Więcej...

Wojciech Kucharczyk

19.08.2016  | Piotr Lenartowicz
Wojciech Kucharczyk fot. fot. Paweł Kulczyński

Powiedzieć, że Wojciech Kucharczyk to jeden z pionierów nowoczesnych brzmień nad Wisłą to w zasadzie nic nie powiedzieć. Założyciel oficyny mik.musik.! znany z formacji takich jak Mołr Drammaz, Retro*Sex*Galaxy czy The Complainer od lat konsekwentnie podąża swoją artystyczną drogą czego najbardziej aktualnym wyrazem jest jego ostatnia płyta „BRAK”. Podczas naszej rozmowy wielokrotnie pojawia się osoba niedawno zmarłego Prince’a, który był dla Wojciecha Kucharczyka kimś więcej niż tylko ulubionym artystą. Ponadto możemy dowiedzieć się ile tak naprawdę potrzeba czasu aby stworzyć płytę z muzyką elektroniczną a także dlaczego zanim wyjdzie na scenę zakleja taśmą nazwy urządzeń z których korzysta.

Rozmawiamy niedługo po niespodziewanej śmierci Prince’a. Na jednym z portali pojawił się Twój bardzo emocjonalny tekst, gdzie go wspominasz i nazywasz nawet członkiem swojej rodziny.

Wojciech Kucharczyk: Zdecydowanie bardziej wolę określenia bliższe życiu codziennemu niż np. słowo „idol”, które ma dla mnie zbyt wiele negatywnych konotacji. Prince ze swoją muzyką, praktycznie od zawsze był obecny w moim domu, więc takie określenie jest – według mnie – uprawnione. Cała moja rodzina uwielbiała jego twórczość i często pojawiał się nawet w naszych codziennych rozmowach. Toteż, choć nie bywał u nas na święta, traktowałem go właśnie w ten sposób. Jego śmierć bardzo mnie dotknęła.

Co zrozumiałe, po tym zaskakującym odejściu pojawiło się bardzo wiele tekstów na temat Prince’a i wpływu, jaki miał na całe rzesze artystów. W pamięci szczególnie mi zapadł ten, w którym była mowa o jego oddziaływaniu na scenę techno z Detroit - być może to właśnie Prince zaszczepił w tamtych artystach podejście DIY (do it yourself – przyp. red.).

Tak, też czytałem ten artykuł. Rzeczywiście, w większości jego klasycznych albumów to on odpowiadał zarówno za produkcję, jak i grał na wszystkich instrumentach. Później pojawiał się również zespół, ale głównie dlatego, żeby powstał ten funk, który jest możliwy dopiero wówczas, kiedy następuje interakcja między ludźmi. Właśnie od Prince’a dowiedziałem się też prawdopodobnie najwięcej, jeśli chodzi o produkcję muzyki i myślenie o jej nagrywaniu.

Co w tym było najważniejsze?

Myślenie wielotorowe: to, że siadając do pracy, musisz od razu mieć wszystko zaplanowane. Tak jak mówisz, pojawia się teraz wiele tekstów, m. in. w serwisie Pitchfork publikowane są bardzo kompleksowe recenzje jego najważniejszych płyt. W jednej z nich pada zdanie, że Prince nie wymyślał jedynie albumów, tylko całe środowiska w których one funkcjonowały. Zawsze bardzo pociągała mnie jego wolność w myśleniu o tym, jak dźwięk powinien być realizowany. Nigdy nie przejmował się tym, że kawałek został nagrany za pierwszym podejściem i pojawiały się jakieś błędy. Ceniłem u Prince’a właśnie ten brak myślenia o technice jako takiej, tylko o tym, co chce się powiedzieć. Dzisiaj w muzyce widzę tego niewiele, wszystko jest jakieś wyrafinowane i wyprute z prawdy.

fot. Paweł Kulczyński

Zawsze miałeś takie podejście do roli sprzętu w muzyce?

Zaczynałem moją działalność w takich czasach, a nie innych, więc wtedy w zasadzie każdy rodzaj bardziej zaawansowanego sprzętu był dla mnie nieosiągalny. Nowy bęben czy nawet nowe pałki do perkusji to była już poważna sprawa.

Jednak już w Twoim pierwszym zespole, czyli Mołr Drammaz, pojawia się elektronika.

Tak, chociaż zaczynaliśmy grać zupełnie akustycznie – przecież coś takiego jak laptop wtedy w ogóle nie istniało. Później zaczęły dochodzić jakieś samplowane rzeczy, ale to dopiero wówczas, kiedy pojawił się ten komputer. Przygotowywałem w domu jakieś próbki i dziwne przetworzenia, które później przynosiłem na dyskietkach 1,4 MB do wynajętego studia, gdzie wszystko składaliśmy w całość. Często chciałem uzyskać jakieś brzmienie, ale nie miałem tych instrumentów i możliwości, więc starałem się do niego dojść alternatywnymi metodami. Myślę, że można by to porównać do udźwiękowiania filmów, gdzie np. jeśli chcesz uzyskać tętent konia, bierzesz kokosy i na kuwecie z piaskiem próbujesz ten odgłos imitować. Starałem się również odtwarzać niektóre dźwięki wokalnie, aby zbliżyć się do różnych, usłyszanych gdzieś rozwiązań. Pierwszy utwór, który skomponowałem wyłącznie przy użyciu komputera, powstał dopiero w 1999 roku. Jeśli miałbym teraz odtworzyć tamte okoliczności, to wydaje mi się, że byłem wtedy pod zbyt dużym wpływem osób, które przekonywały mnie, że nie ma sensu zakładać domowego studia, bo to się po prostu nie uda. W ten sposób właściciele profesjonalnych studiów nagraniowych dbali o swój interes.

Zawsze - zanim wyjdę na scenę - zaklejam loga i numerki na wszystkich instrumentach. Nie chcę, żeby dla ludzi, którzy słuchają tego, co robię, miało jakiekolwiek znaczenie, na czym pracuję.

Dzisiaj, kiedy co drugi producent jest tzw. bedroom producerem, rzeczywiście brzmi to absurdalnie. Z czego korzystasz w swoim domowym studio?

Jestem w tym strasznie minimalistyczny. Nie kolekcjonuję sprzętu, nie dbam o marki i legendarne modele. Chcę słyszeć tylko konkretne brzmienie i tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, jak i czym je uzyskam. Poza tym, zawsze - zanim wyjdę na scenę - zaklejam loga i numerki na wszystkich instrumentach. Nie chcę, żeby dla ludzi, którzy słuchają tego, co robię, miało jakiekolwiek znaczenie, na czym pracuję. Najlepsi fotografowie też zawsze zaklejają markę aparatu, którego używają. Jestem zupełnie no logo i stosuję to również do moich instrumentów. Ale jeśli już pytasz, to powiem, że od zeszłego roku moim ulubionym instrumentem jest Nord Drum 2, który podsunął mi Paweł Kulczyński. Prosta, mała, w pewnym sensie kieszonkowa rzecz, a ma nieprawdopodobne możliwości. Moim pierwszym instrumentem jest perkusja, a dzięki temu syntezatorowi, grając na niej, mogę uzyskiwać np. drony czy też rozciągać do granic możliwości delay i szumy. Mogę również w ten sposób budować melodie, dodawać odpowiednie trzaski, rozwijające się w taką stronę, w jaką w danym momencie jest to potrzebne. Dzięki prostemu interfejsowi można to wszystko robić, grając na żywo, choć – niestety - wtedy na bębnach mogę grać tylko jedną ręką, a drugą - muszę przyciskać i przekręcać guziczki. To jednak całkiem ciekawy skill.

W  Twoich pierwszych działaniach najważniejszy był chyba rytm, a gdzieś później - coraz większą rolę zaczęła odgrywać melodia.

Rzeczywiście tak było, że kiedy zaczynaliśmy z Mołrami, to zupełnie odrzucaliśmy melodię. W tamtym czasie uważałem ją za bardzo europejski, przesłodzony element, a interesowała mnie wtedy przede wszystkim muzyka afrykańska, gdzie właśnie głównym nośnikiem jest rytm. Taki był punkt wyjścia, ale potem to wszystko zaczęło się całkiem naturalnie rozszerzać. Pamiętam wywiad, którego udzieliłem kiedyś do magazynu Brum lub Tylko Rock, gdzie bardzo buńczucznie ogłosiłem, że zupełnie odrzucamy idee rocka, a jedyna partia gitarowa, którą toleruję to solówka w „Kiss” Prince’a. Na pewnym etapie jednak porzuca się pewne koncepcje, bo świat muzyczny jest niesamowicie złożony i wielowątkowy.

Można powiedzieć, że szkoda byłoby się w ten sposób ograniczać.

Pomimo tego, że robiłem swoje „dziwne” rzeczy, to cały czas słuchałem też popowej muzyki, bo przecież jako fan Prince’a nie mogłem tego popu „obciąć”. Nierzadko kłóciłem się z kolegami z branży, którzy dziwili się, kiedy mówiłem, że Abba jest dobrym zespołem. A przecież to jest świetny zespół i zawsze taki był – nie nagrali żadnego złego utworu! Często dla ludzi z tzw. undergroundu problemem było zrozumienie, że pop to nie jest zło. Sam gatunek nie może taki być, jedynie ludzie, którzy za nim stoją, mogą mieć czasem nieczyste intencje, ale to już zupełnie inna kwestia. Na zasadzie ciągłego poszerzania wątków włączałem te wszystkie sprawy dla mojej twórczości. Starałem się, żeby każdy projekt i zespół wymyślać jakoś inaczej: np. hwdjazz był czymś, co miało występować przeciwko jazzowi, a inne rzeczy robiłem w Retro*Sex*Galaxy czy The Complainer…

Tych zespołów na przestrzeni lat pojawiało się bardzo dużo. Dlaczego wciąż powoływałeś do życia nowe twory?

Coraz bardziej pociągały mnie bardzo różne kwestie i sądziłem, że nie da się ich zrealizować w  ramach jednego zespołu. Uznałem, że trzeba włączyć myślenie strategiczne, bo ludzie nie są przyzwyczajeni do tego, żeby jeden zespół grał tak często ekstremalnie różne rzeczy. Generalnie tak nie powinno być, gdyż sam uważam, że najważniejsza w muzyce jest wolność – wychodzisz, grasz i zupełnie nie ma znaczenia, jaki to jest styl czy w jaki sposób osiągasz dany rezultat. Po wielu latach działania z tymi różnymi projektami stwierdziłem, że tego jest już za dużo – zwłaszcza kiedy odbiorcy  zaczęli zastanawiać się, czy Wojtek Kucharczyk stojący za RetroSexGalaxy to inny człowiek niż ten, który stworzył The Complainer.

Rzeczywiście było tego sporo.

Kiedy zacząłem promować swoje nazwisko, pojawiła się inna kwestia – pytano mnie, czy zwariowałem, bo chcę wydać 5 płyt w roku. Nie rozumiem, dlaczego miałbym nagrywać tylko 10 utworów w ciągu 12 miesięcy. Żeby dopasować się do słuchaczy? Jestem fanem artystów takich jak Sun Ra, który wydał pewnie 1000 płyt i nie zastanawiał się nad tym, jak zareagują odbiorcy. O archiwum, które pozostawił po sobie Prince, też krążą legendy i pewnie jeszcze przez 100 lat będą pojawiać się jego nowe płyty. To jest dla mnie nieograniczone podejście do muzyki. To mi się podoba. To jest życie.

Takie podejście wymaga jednak całkowitego zaangażowania, a w Polsce, niestety, wielu producentów ciągle robi muzykę „po godzinach”.

Ja już od kilku lat traktuję moją działalność muzyczną jako główne zajęcie. Żeby osiągnąć ten efekt, który mnie interesuje, muszę robić to na pełen etat, a taka praca „po godzinach” po prostu nie wchodzi w grę. Wolę mieć niekiedy kłopot z opłaceniem rachunków, ale jednocześnie móc poświęcić absolutnie cały czas na robienie tego, czym powinienem zajmować się w życiu. Wydaje mi się, choć może zabrzmi to nieskromnie, że jakość moich produkcji jest coraz wyższa i nie wynika to z faktu używania urządzeń z coraz wyższej półki. W moim wykonaniu jest to nieustanne szlifowanie warsztatu i dzięki temu mogę wycisnąć z tych samych narzędzi absolutne maksimum. W zasadzie każdy z pomysłów mogę zrealizować bardzo szybko – jestem w stanie zrobić elektroniczną płytę w ciągu kilku dni.

W tym miejscu na twarzach wielu osób pojawi się zdziwienie.

No, ale naprawdę nie potrzeba więcej. Oczywiście są produkcje, gdzie pracujesz z orkiestrą, chórem czy z jakąś większą liczbą ludzi, wtedy wymaga to odpowiedniej ilości czasu. Naprawdę mało zdarzyło mi się takich projektów, których teraz żałuję. Moja muzyka jest też zawsze ściśle związana z aktualną sytuacją, więc nie mogę pracować nad albumem – powiedzmy - pół roku. Lubię porównywać mój tryb pracy do pracy malarza. Nikt nie zarzuca malarzowi, że stworzył w roku 300 obrazów. Oczywiście nie wszystkie będą genialne, ale to normalne. Czemu tak samo nie może robić muzyk? Szczególnie, że mamy przecież narzędzia do tego, aby skomplikowane i w pełni zaaranżowane numery realizować natychmiast w bardzo dobrej jakości. Przy pracy non-stop, kiedy traktujesz ją zupełnie na poważnie, to takie rzeczy realizujesz natychmiast.

Ile czasu zajęła praca nad Twoją ostatnią płytą „BRAK”?

Dwa tygodnie. W ogóle nie robiłem masteringu tego materiału, starałem się zmiksować go w taki sposób, żeby od razu był gotowy. Jeszcze w kontekście tego wszystkiego, co powiedziałem przed chwilą, to często dziwi mnie gadanie, że ktoś już prawie zabrał się za pracę nad albumem, ale czeka któryś tydzień na jakiś kompresor, efekt czy coś tam. Na co tu czekać?! Ludzie są w stanie uzależniać powstanie ich płyty od tego, czy kupią dany mikrofon. Taki przerost formy nad treścią mnie przeraża. Zwłaszcza, że później w tych produkcjach często nie słychać tego niesamowitego sprzętu. Dzieje się tak, ponieważ zamiast bezczynnie czekać na jakieś urządzenie, trzeba było szlifować swój warsztat.  Naprawdę wszystko działa, kiedy trenujesz. Wtedy te najważniejsze rzeczy dzieją się same.

Mówiłeś, że tworzysz w odpowiedzi na to, co dzieje się dookoła. W materiałach prasowych pojawia się informacja, że album „BRAK” powstał, mówiąc eufemistycznie z uczucia gniewu…

Tak, jest to moja reakcja na ten czarny moment, którego jesteśmy aktualnie świadkami. Nie chcę się tutaj bardzo rozwodzić na tematy polityczne, ale myślę, że w mik.musik! robiliśmy naprawdę ważne rzeczy i wszystko zaczęło nabierać kolorów, a nagle pojawili się ludzie, którzy chcą to po prostu zniszczyć. Mówię o pracy mojej i moich przyjaciół, ale też całej scenie muzycznej, nie tylko niezależnej. Wszystko zbiegło się też w czasie z wyjazdem do Rio de Janeiro, na który zostałem zaproszony przez Instytut Adama Mickiewicza. Wyjazd do Brazylii był moim marzeniem już od lat 80 i pierwszej składanki z muzyką brazylijską Davida Byrne’a „Beleza Tropical”. To, co zobaczyłem na miejscu, przerosło moje wyobrażenie. Było ciekawiej niż sądziłem. Wtedy też w naszym kraju rozpoczęły się ostre polityczne zmiany i ja ze środka lata we wspaniałej Brazylii wylądowałem w samym środku ciemnej zimy u nas. Do tego doszła jeszcze śmierć Davida Bowie’go, który również był mi szalenie bliski…

Kończąc już wątek polityczny, trzeba jeszcze powiedzieć, że zmiany, które nastąpiły, dotknęły Ciebie również jako kuratora jednej ze scen na Festiwalu Tauron Nowa Muzyka.

Praktycznie żaden festiwal nie otrzymał w tym roku dotacji z Ministerstwa. Uważam jednak, że polska muzyka na tym zyska i widać to już po tym, co aktualnie się dzieje: wszyscy naprawdę ciężko pracują. Myślę więc, że ten dobry moment dla nas dopiero nadejdzie. Obserwuję, jak w ważnych serwisach takich, jak The Wire czy Quietus,  bacznie przyglądają się temu, co dzieje się w Polsce. To bardzo miłe, choć obawiam się, że jak na razie z tego zainteresowania nic poza kilkoma dobrymi recenzjami nie wyniknie.

Co takiego musiałoby się zatem stać, żeby polska muzyka realnie zaistniała zagranicą?

Myślę, że dopóki w Polsce nie pojawi się mocny management, system współpracy, pomocy, przede wszystkim zrozumienie, jak to wszystko działa, to nie uda się tego zrobić. Aktualnie jest to na bardzo wstępnym etapie, a to, co niektóre instytucje potrafiły zbudować przez lata ciężkiej pracy, jest niestety niszczone. Potrzebne jest duże zaangażowanie, ale chciałbym też, żeby więcej ludzi nie osiadało na laurach. Jeden festiwal nic nie zmieni, dziesięć ani sto – też nie. Wciąż potrzeba bardzo mozolnej pracy, a polscy muzycy często pojadą na parę festiwali i sądzą, że już jest wszystko gotowe. Nic nie jest dane raz na zawsze. Sam grałem na wielkich festiwalach i często, oprócz satysfakcji, nic więcej za tym nie idzie. Pytanie więc, co dalej. Ale mimo wszystko pozostaję optymistą, bo pracy nikt mi nie zabierze. A praca zawsze przynosi efekty.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
lipiec 2016
Kup teraz