Więcej...

Drekoty - Lub maszyna dzika trawa

21.05.2018 
Nasza ocena:
5 /6

Odkąd usłyszałem debiut Drekotów, natychmiast stało się jasne, że oto mamy do czynienia z arcyciekawym zespołem, który prezentuje oryginalne brzmienie połączone z niebanalnymi tekstami i porusza się gdzieś na granicy popu i mrocznej alternatywy.

Na drugą płytę musiałem czekać sześć lat, ale warto było, bo Lub maszyna dzika trawa bardzo się różni od debiutu i zabiera słuchacza w psychodeliczną, transową podróż, w którą oprócz Oli Rzepki (perkusja), Natalii Pikuły (wokal) i Olgi Czech (klawisze), zabierają nas doskonali gości: Mikołaj Trzaska (klarnet basowy) i Raphael Rogiński (gitara).

 

 

- Ta płyta różniła się od poprzedniej przede wszystkim tym, że była nagrywana na setkę. Wcześniej sama rejestrowałam ślad po śladzie i cały czas czułam niedosyt. To była "matematyka bez powietrza". Głowę otwarła mi sesja dla Otwartej sceny i współpraca z Raphaelem Rogińskim. Nagrywanie na setkę wytwarza całkiem inną energię. W końcu poczułam, że mam prawdziwy zespół. Właśnie dlatego roboty nigdy nie będą w stanie zagrać ludzkiej muzyki. Nagrania zajęły cztery dni. Wszystko poszło bardzo sprawnie, głównie za sprawą Sebastiana Witkowskiego, który od razu poczuł o co mi chodzi – tłumaczy liderka zespołu Ola Rzepka.
A skoro o brzmieniu mowa, to już od pierwszych minut uwagę przykuwa świetnie brzmiąca perkusja. - Całą płytę nagrywaliśmy u mnie w studiu Soundmaking. Mamy tam doskonale brzmiące pomieszczenie. Do rejestracji zestawu perkusyjnego użyliśmy stereofonicznego mikrofonu CK-40 firmy Avantone (overheady). Poza tym podejście klasyczne – na stopie AKD D112, a na tomach Sennheisery MD 421. Całe brzmienie bębnów ustawił nam niepozorny paluszek AKG C 451 E postawiony mniej więcej metr od zestawu na wysokości werbla. Gdy tylko go otworzyliśmy od razu wiedzieliśmy, że to jest sound, którego szukamy – tłumaczy Sebastian Witkowski.

Nie sposób też nie zwrócić uwagi na jedwabisty głos Natalii Pikuły, który czasami jest tu bliski i intymny, a czasami konkretnie przesterowany. - Wokal nagrywaliśmy mikrofonem Telefunken AK 47 wpiętym w przedwzmacniacz Chandler LTD-1 – wylicza Witkowski.

 

fot. Thin Man Records

 

Bardzo podoba mi się miks tej płyty – elegancko zbalansowany i oszczędny. - Obecnie wszystko miksuję w komputerze. Kiedyś używałem zewnętrznych urządzeń, ale z czasem doszedłem do wniosku, że więcej z tego problemów niż korzyści. Nowe wtyczki są tak doskonałej jakości, że nie widzę sensu inwestowania w outboard, przetworniki DA/AD i tracenia czasu na recall. Lubię szybko pracować i jestem wielkim fanem channel stripów firmy Brainworx – N Console i E Console. Pracowałem przez kilka lat na konsolecie Neve VR72 w studiu Sound And More i nie słyszę różnicy, gdy używam wirtualnego odpowiednika. Odpowiada mi też format pluginu typu channel strip. Wszystkie najważniejsze narzędzia mam pod ręką, tak samo jak w konsoli – bramki, kompresor i korekcja – fantastycznie zintegrowane z kontrolerem Avid S3, którego używam. Wtyczki Brainworx obsługują protokół Eucon, więc każdy parametr mam zawsze w tym samym miejscu. Jak na analogowej konsolecie. To genialne rozwiązanie, które bardzo przyspiesza pracę.

- Bardzo lubię też wtyczki naszej rodzimej firmy PSP. Używam ich w każdym miksie. Szczególnie podoba mi się rewelacyjny pogłos 2445, który jest emulacją cyfrowego plate’a. Żaden inny pogłos nie siedzi tak w miksie. Poza tym używam ich pogłosów sprężynowych i korektora E27, który mam włączony na sumie stereo. Oprócz tego na sumie pracują kompresory Slate Digital Virtual Buss Compressor. Najważniejszym elementem studia jest jednak odsłuch – bez niego, mając nawet najlepsze pluginy i mikrofony nie byłbym w stanie wyprodukować dobrze brzmiącej płyty. Od kilku lat używam Sveda D’Appo i subwoofera Wombat i nie szukam dalej. Svedy dają mi 100% pewności, że to co słyszę w studiu jest tym, co usłyszą odbiorcy – na laptopie, iPhonie, czy audiofilskich głośnikach. Skończyły się SMS-y typu "wiesz, w studiu to brzmiało świetnie, ale w domu/samochodzie..." – podsumowuje realizator.