Więcej...

Maja Kleszcz - Odyseja

05.02.2019 
Nasza ocena:
5 /6

Nowa płyta Mai Kleszcz zapewne nie bez powodu nosi tytuł "Odyseja". Jedna z najciekawszych polskich wokalistek podjęła bowiem spore ryzyko i ruszyła w daleką podróż na nieznane tereny.

Do tej pory Maja kojarzona była bardziej z folkiem, muzyką teatralną i akustycznym retropopem (Kapela ze Wsi Warszawa, IncarNations). "Odyseja" zabiera słuchacza w futurystyczny pop oparty na szerokich syntezatorach i zgrabnie upichconych maszynach perkusyjnych. Posłuchajcie majestatycznego padu w "Mieście z Mgły", ejtisowych fajerwerków w "Czekam na znak" albo psychodelicznych, modularnych bulgotów w "Ulu". Wszystkie te partie wydają się bardzo proste, ale nie czuć tu plastiku ani mechanicznego odtwarzania sekwencerowych paternów. To ciągle bardzo żywa muzyka.

- Od początku pracy nad tą płytą, wiedziałem że największym wyzwaniem będzie właśnie ta kwestia – żeby niezwykle dynamiczny głos Mai nie przykrył całej reszty aranżu. Syntezatory musiały z nim współgrać i też musiały mieć w sobie pewien ruch, dynamikę. Dlatego zdecydowałem, że wszystkie partie będę wgrywane z ręki. No i postawiłem w większości na sprzętowe instrumenty – tłumaczy producent "Odysei" Andrzej Izdebski.

Nie sposób przejść obojętnie obok tych wszystkich syntezatorowych łakoci. Podoba mi się to, że niemal każda partia brzmi szeroko, jakby składała się z kilku instrumentów. - Bo się składała - śmieje się Izdebski. - Miałem na to dobry patent. Niedawno nabyłem Yamahę DX7, która ma bardzo jasne, zdefiniowane brzmienie. Łączyłem je z analogowym ciepłem, które dawały mi moje ulubione instrumenty, czyli Roland Alpha Juno, Juno 60 i Korg Polysix. Był jeszcze Moog Voyager XL, ale służył mi głównie jako instrument basowy oraz generator wszelkich modularnych dziwactw. Instrumentów programowych używałem sporadycznie. Głównie piana, które nawiasem mówiąc też było hybrydą. Lubię łączyć Una Cordę z Giantem Native Instruments. Często brzmienie piana podbijałem też barwą Rhodesa z Pianoteqa, który jest niezwykle dynamicznym instrumentem. Do przyprawienia syntezatorów użyłem sprawdzonych narzędzi w postaci wtyczek Decapitator, Kaya, Amplitube oraz VSM-3 – tłumaczy Izdebski.

Bardzo ciekawą historię mają piękne posuwiste gitary, które pojawiają się we wstępie do utworu "Krew za krew". Byłem przekonany, że to jakaś grubsza sprawa w rodzaju Gretscha White Falcona. Nic bardziej mylnego. - To jest gitara, którą zrobił dla mnie Mikołaj Sikorski (Miku Guitars). Znalazł nad jeziorem kawałek szyldu starej knajpy i zmienił go w steel guitar. Więc teraz mogę grać na czymś co nie tylko brzmi wyjątkowo, ale ozdobione jest też napisem "Piwo, Flaki" – śmieje się producent.