RØDE NT-USB+ – domowe studio na USB bez kompleksów
RØDE NT-USB+ to mikrofon USB, który wbrew nazwie podkręca ambicję: skoro i tak nagrywam w domu – podcast, voiceover, streaming, lektorkę do wideo – to chcę brzmieć jak człowiek, a nie jak wbudowany mikrofon z laptopa w poniedziałek rano. To nie jest kolejna „gamingowa latarnia” świecąca RGB, tylko klasycznie wyglądający, pojemnościowy mikrofon kardioidalny, który ma robić jedną rzecz: szybko dowieźć nagranie na poziomie, który zwykle kojarzy się z XLR.
W praktyce NT-USB+ najbardziej imponuje tym, jak mało trzeba mu tłumaczyć. Podłączasz przez USB-C, wybierasz jako źródło dźwięku i… właściwie już. Charakter brzmienia jest naturalny, czysty i „gotowy do emisji” – z dobrą czytelnością środka pasma, sensowną plastyką w dole (zwłaszcza gdy mówisz bliżej) i niskim szumem własnym. To ważne, bo w domowym środowisku prawdziwym wrogiem nie jest brak „studyjności”, tylko wentylator komputera, odbicia od ścian i klawiatura mechaniczna, która nagle staje się instrumentem perkusyjnym. NT-USB+ nie jest cudotwórcą – to nadal czuły kondensator, więc cisza w pomieszczeniu i podstawowe ogarnięcie akustyki robią różnicę – ale punkt wyjścia jest na tyle dobry, że można nagrywać „na surowo” i wciąż brzmieć profesjonalnie.
Drugi filar tej konstrukcji to elektronika i DSP. RØDE dołożył tu swój preamp Revolution (nastawiony na wysokie wzmocnienie przy niskim poziomie szumów) oraz wewnętrzne przetwarzanie, które włącza się z poziomu aplikacji RØDE (Central/Connect/Reporter). I to jest dokładnie ten scenariusz, w którym mikrofon ma być „najlepszym USB do home studio” pod podcasting, voiceovery i streaming – a dodatkowo ma ułatwiać mobilne dogrywki, kiedy liczy się tempo i brak czasu na dłubanie w edycji. Dostajesz więc zestaw narzędzi typu „szybkie ratowanie i upiększanie”: filtr górnoprzepustowy (np. 75/150 Hz), bramkę szumów, kompresor oraz firmowe procesy APHEX (Aural Exciter i Big Bottom), które potrafią w parę sekund dodać głosowi prezencji i „radiowego” ciężaru. To nie jest zabawa w precyzyjne strojenie jak we wtyczkach studyjnych – raczej szybkie przełączniki i proste decyzje – ale w workflow do krótkich form, streamów i szybkich VO działa to dokładnie tak, jak powinno: mniej grzebania, więcej publikowania. Co ważne, ustawienia można zapisać w samym mikrofonie, więc gdy już raz znajdziesz „swój” zestaw, przenosisz go między komputerem a urządzeniem mobilnym bez zaczynania od zera.

W tym miejscu dochodzimy do mobilności, która w USB-mikrofonach wciąż bywa tylko marketingowym dopiskiem. NT-USB+ realnie da się używać z telefonem czy tabletem – to duży, pełnowymiarowy mikrofon, więc „kieszonkowy” nie będzie – ale do nagrań w trasie, w hotelu, na planie, w garderobie przed koncertem albo do szybkiej lektorki pod rolkę sprawdza się lepiej, niż sugeruje jego studyjna postura. Jeśli masz sprzęt Apple, istotne jest też to, że producent pozycjonuje go jako rozwiązanie MFi/kompatybilne z iOS, czyli do pracy z iPhonem/iPadem. Innymi słowy: to USB, które nie kończy się na biurku.
Ergonomia ma jednak swoją listę „ale”. Po pierwsze: brak fizycznej regulacji gainu na obudowie. W studiu, gdzie ręka odruchowo szuka gałki, to drobna irytacja – tym bardziej że konkurenci w podobnej cenie potrafią to dać. Po drugie: brak fizycznego przycisku mute, co w streamingu i wideokonferencjach bywa zaskakująco ważne (i dopiero gdy go nie ma, człowiek docenia, jak często go używa). Na obudowie są za to dwa pokrętła odsłuchu: głośność słuchawek i miks między sygnałem bezpośrednim (zero latency) a dźwiękiem z komputera – to akurat rozwiązanie sensowne i „broadcastowe”, bo pozwala kontrolować komfort mówienia bez wpływania na poziom nagrania.
Trzecia rzecz: akcesoria. W pudełku jest filtr pop i biurkowy statyw, co uczciwie pozwala zacząć od razu. Filtr jest skuteczny i wygląda profesjonalnie (na ekranie też robi robotę), natomiast statyw – mimo że działa – jest najsłabszym ogniwem zestawu: lekki, plastikowy, łatwy do potrącenia, a przy większym mikrofonie to proszenie się o drobne katastrofy w stylu „kabel zahaczył, mikrofon poleciał”. To nie dyskwalifikuje produktu, bo NT-USB+ aż prosi się o ramię lub solidniejszy statyw (i ma na to sensowne mocowanie), ale warto to wprost powiedzieć: jeśli planujesz regularne nagrania, budżet na porządny uchwyt jest tu równie „obowiązkowy”, co same słuchawki.

Na koniec: technicznie NT-USB+ pracuje w 24-bit/48 kHz. Dla wielu zastosowań lektorskich, podcastowych i streamingowych to standard w pełni wystarczający – zwłaszcza że liczy się czystość toru i spójność brzmienia – ale jeśli ktoś szuka „hi-res” do bardzo konkretnych wymogów produkcyjnych, musi mieć świadomość tego limitu.
W ogólnym rozrachunku RØDE NT-USB+ jest dokładnie tym, czym ma być: mikrofonem USB dla ludzi, którzy chcą brzmieć poważnie bez budowania całego toru XLR. Największą siłą jest tu jakość „na starcie” i sensowny pakiet DSP, który realnie skraca drogę od nagrania do publikacji. A jeśli dołożysz ramię i ustawisz go w sensownej akustyce, robi się z tego narzędzie, które spokojnie może być domowym „głównym mikrofonem” do głosu – i to zarówno przy komputerze, jak i w mobilnych dogrywkach.
Plusy:
- Bardzo czyste, naturalne brzmienie i niski szum własny
- Preamp Revolution i wewnętrzny DSP z procesami APHEX
- Zapis ustawień w mikrofonie + sensowny ekosystem aplikacji
- Odsłuch bezlatencyjny przez 3,5 mm z kontrolą miksu i głośności
- Realna wszechstronność
- Solidna, metalowa konstrukcja i dobry filtr pop w zestawie
Minusy:
- Brak fizycznej regulacji gainu na obudowie i przycisku mute
- Lekki, mało stabilny statyw biurkowy