Więcej...

Sosnowski - The Hand Luggage Studio

12.12.2018 
Nasza ocena:
5 /6

Bartka miałem okazję poznać kilka lat temu, gdy miksowałem jego poprzednią EP-kę nagraną z zespołem. Od razu wiedziałem, że mam do czynienia z prawdziwą osobowością, bo nie dość, że dysponuje on unikalnym, zachrypniętym głosem przywołującym na myśl Toma Waitsa czy Screamin’ Jay Hawkinsa, to w dodatku jest niesamowicie miłą osobą, której nie da się nie lubić.

Wystarczy, że wychodzi na scenę i publika natychmiast go kupuje – naturalny, pewny siebie, spokojny. Te wszystkie atrybuty szczęśliwie udało się zachować na solowym debiucie warszawskiego artysty. Mamy do czynienia z tuzinem piosenek napisanych po polsku i angielsku, utrzymanych w korzennym klimacie amerykańskiego folka i bluesa.

Podoba mi się minimalizm tych nagrań. Bartek słusznie postawił na intymność i organiczne brzmienie. Brak tradycyjnej perkusji sprawia, że nic nie odciąga uwagi od słów śpiewanych z emfazą i wielkim zaangażowaniem. Jemu się po prostu wierzy. Jako podkład służy jedynie prosta stopa, tamburyn, gitara i banjo. Czasem tylko w tle odezwą się kobiece chórki albo harmonijka. Mimo tego nie sposób się nie wzruszyć przy takich utworach, jak "Where Do We Go" czy "Gniew". Podoba mi się też surowa produkcja "The Hand Luggage Studio", pozbawiona sztucznych pogłosów, bez drażniącej góry, za to z bardzo masywnym dolnym środkiem.

- Miks i master to zasługa Roberta Szczytowicza, choć idea była taka, żeby nie dłubać w tym materiale zbyt wiele.  Głównie chodziło o to, żeby ustawić poziomy, pozbyć się niepożądanych brudów i dodać trochę pogłosu. To miało być „dziadowskie granie” w takim sensie, że siada facet z gitarą, gra piosenki i ma brzmieć naturalnie, swobodnie i brudno – tłumaczy Sosnowski, który zrealizował swoje marzenie o solowej płycie z minimalnym zaangażowaniem środków finansowych.

(fot. YouTube)

- Nie ukrywam, że ta stylistyka była też podyktowana brutalnymi realiami. Nie miałem za bardzo kasy na nagrania i studio z wysokiej półki, więc wziąłem sprawy w swoje ręce. Całą płytę nagrałem samodzielnie na najtańszym mikrofonie pojemnościowym Audio-Technica AT2020 pożyczonym od kolegi. Do tego używany laptop kupiony od przyjaciół za 350 PLN i równie tani interfejs PreSonusa. Do rejestracji i edycji użyłem Reapera, który jest bardzo prosty w obsłudze, tym bardziej że nie potrzebowałem żadnych wtyczek ani instrumentów wirtualnych, bo pracowałem wyłącznie z sygnałami audio – tłumaczy muzyk.

Podczas słuchania "The Hand Luggage Studio" uwagę zwraca naturalne brzmienie, pozbawione niepotrzebnych upiększeń i fajerwerków. - Bardzo ważne było dla mnie, żeby te numery nie straciły nic ze swojej koncertowej energii, bo tak o nich myślałem podczas komponowania. Poza tym, gdy sam realizujesz swoje nagrania, bardzo łatwo stracić obiektywizm, więc przyjąłem zasadę, że cokolwiek nagrywam, mam maksymalnie cztery podejścia. Ta reguła obowiązywała również gości, którzy pojawili się na płycie. Człowiek się wtedy bardziej spina, a i edycja śladów jest później znacznie prostsza. Jedynym wyjątkiem był utwór Gniew, na który długo nie mogłem znaleźć patentu.  Sporym wyzwaniem było dla mnie również śpiewane w języku polskim. Do tej pory robiłem to głównie po angielsku i w tym języku tworzyłem też melodie, a to zupełnie inna bajka. Na szczęście mogłem się posilić talentem Oli Góreckiej. Nie umiem pisać tekstów po polsku, więc zaufałem osobie, która potrafi to robić. Podobnie zresztą zrobiłem z miksem.

Rada dla ludzi próbujących nagrać samodzielnie płytę za niewielkie pieniądze? - Nie czekajcie na nikogo – ani na muzyków, ani na realizatorów, ani na wytwórnie, bo czekanie odbiera zapał i świeżość – konkluduje artysta.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada
i Studio
listopad 2018
Kup teraz