Więcej...
Maciej Envee Goliński
Maciej Envee Goliński

Kiedy, ponad 5 lat temu, nakładem stołecznej oficyny U Know Me Records ukazała się jego EP-ka „Kali”, nikt raczej nie przypuszczał, że na swoje kolejne wydawnictwo każe czekać tak długo.

Rozmowa
Filip Kalinowski, Piotr Lenartowicz
2017-11-01
fot. Filip Antczak

Przez ten okres ciągle był jednak bardzo aktywny - pracował z wieloma artystami przy ich płytach, zagrał masę imprez, razem z nieodżałowanym Maćkiem „Maceo Wyro” Wyrobkiem powołał do życia kolejny wspólny kolektyw, Pili Palili, a także prowadził audycję „Nakamarra” na antenie Radia RDC. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że pomimo tych wszystkich projektów w jakich brał udział, wielu nowych odbiorców wciąż rozwijającej się sceny muzyki niezależnej nie wie kim jest Maciek „Envee” Goliński. Przypomnieć o sobie postanowił on w najlepszy możliwy sposób, czyli wydając swój długo oczekiwany, kolejny album długogrający, którego motywem przewodnim - jak nam zdradził - będzie czas. Podczas naszej rozmowy Envee wraca pamięcią do pierwszych imprez techno w Poznaniu, mówi o tym jak pracując nad dźwiękiem potrafi „znikać” na kilka dni i ze szczegółami opowiada o narzędziach towarzyszących mu podczas produkcji własnych utworów ale również miksu wykonywanego dla innych. A wszystko to w przytulnych wnętrzach Quality Studio w którym pracuje już od dobrych kilku lat.

Zawsze kiedy się spotykamy, rozmawiamy głównie o Maceo i waszym kolektywie Niewinni Czarodzieje ale dzisiaj chcielibyśmy zacząć od tego, co było wcześniej. Dowiedzieć się jak to się stało, że w ogóle zająłeś się muzyką.

Envee: Trudno wskazać mi moment, który mógłbym nazwać jakimś początkiem. W szkole średniej miałem kapelę z którą graliśmy takiego solidnego, licealnego rock and rolla, ale słuchałem też wtedy sporo Depeche Mode i The Cure, a także kapel z wytwórni 4AD takich jak Pixies czy This Mortal Coil, to spektrum było dość szerokie. W drugiej klasie liceum po raz pierwszy zagrałem też imprezę jako DJ - podczas studniówki puszczałem muzykę z winyli i pocztówek dźwiękowych. Później pojawił się pierwszy komputer a ja będąc już na studiach w Poznaniu chodziłem na imprezy techno na Malcie i bardzo wszedł mi wtedy jungle. Wymyśliłem nawet mój własny gatunek muzyczny „puszcza”, który powstawał w ten sposób, że wycinałem fragmenty Komedy i dodawałem do tego klasyczne dla jungle amen breaki (trwająca ciut ponad 5 sekund solówka perkusyjna z utworu „Amen Brother” grupy The Winstons, sampel który położył podwaliny pod breakbeat, jungle czy drum’n’bass - przyp. red), ale że było to bardzo tutejsze i przesycone tym komedowskim romantyzmem, nie pasowała mi do tego nazwa „jungle”, wolałem „puszcza”.

W jakim programie ciąłeś te amen breaki?

W tamtym momencie przesiadłem się z Atari 1040ST z zainstalowanym programem Cakewalk na PC z Acidem. Zresztą jak słucham teraz różnych nowych rzeczy to wydaje mi się, że wraca muzyka, która wtedy rosła. Coś takiego jak pierwsze Prodigy - totalny Acid, proste breakowe loopy często nie za dobrze brzmiące. Ostatnio Burial zrobił remiks „Inner City Life” Goldiego, który jest właśnie taki „słaby” ale jednocześnie w takim wczesno-rave’owym klimacie. Takich rzeczy wychodzi aktualnie coraz więcej. I podobnie też jest z psychodelą, która jest bardzo ważnym składnikiem wielu świeżych płyt - od Childish Gambino po Jacka White’a, nie wspominając nawet o elektronice.

Jest coś takiego w tej współczesnej elektronice, że coraz mocniej ciąży ona ku organiczności…

Warto dodać, że organiczności bardzo różnie pojmowanej. Aktualnie panuje moda na modulary, które są takie zimno-elektroniczne ale przez sposób w jaki się nimi operuje mam wrażenie, że jest w tym jakaś organika. Nie dziwię się więc moim kolegom, którzy się mocno zainteresowali tematem. Szczerze mówiąc, ja jestem ciut leniwy w tym sensie, że komputer pozwala mi ominąć ograniczenia jakie ma analogowy gear - jeśli masz pomysł, to komputer pozwala go bardzo szybko zrealizować. Taki Fruity Loops na przykład z którego korzystałem przez pewien czas po Acidzie - narzędzie o prześmiesznej wręcz historii. Przez lata był to taki amatorski program, który w dużej mierze służył do zabawy a przecież dzisiaj tylu poważnych, świetnie brzmiących producentów z niego korzysta. Myślę, że wynika to z ciągłego odmładzania się grupy, która tworzy muzykę elektroniczną, dla tych młodszych pokoleń ten „fun factor” jest bardzo istotny. I ja również go cenię ale odnajduje go w Abletonie Live z którego korzystam na co dzień.

Ta organiczność to chyba zawsze też była twoja droga?

To prawda. Bo ja bardziej czuję muzę niż umiem ją opisać. W tych modularnych systemach o których wspominałem bałbym się tego co często zdarza mi się nawet przy kompie, czyli wsiąkania na parę dni - jak już się w coś wkręcę to potrafię siedzieć nad tym całą noc, a co dopiero jeśli masz takie piękne urządzenie z gałeczkami, których każda nawet najmniejsza modyfikacja coś zmienia. W modularach wiele dzieje się w zasadzie poza tobą i to też by mi przeszkadzało - nie kręci mnie sytuacja w której zbyt szybko i łatwo osiągam jakiś efekt. Lubię coś najpierw popsuć żeby uzyskać to, co w muzie rozpowszechnił J Dilla, czyli taki groove, który wynika z pulsu krwi a nie gridu i maszynkowego podejścia.

W jakich warunkach tworzyłeś swoje pierwsze produkcje?

Kiedy poszedłem do pracy przystosowałem sobie piwnicę w domu i miałem tam swoje małe studyjko. Zacząłem wtedy kolekcjonować płyty i mocniej interesować się nowymi nurtami w muzyce. Moje demówki z tamtego okresu to dziwne połączenia trip hopu, jazzu i psychodelii. Pamiętam, że taką świeżą muzą, która mnie wtedy mocno chwyciła były wydawnictwa londyńskiej wytwórni Hospital, takie wczesne broken beaty jak pierwsze płyty Agriculture jako Liquid Biscuit, Mark De Clive-Lowe czy Landslide - i stąd pewnie brały się te fuzje. Później, kiedy przeprowadziłem się do Warszawy zacząłem pisać o muzyce do magazynu Fluid a poza tym grałem pierwsze imprezy jako DJ. Tak poznałem Maceo i całą resztę ekipy. Do momentu w którym razem z Fiszem nagrałem płytę „Fru!” pracowałem jednak w studiu domowym. Później, kiedy poznałem się lepiej z braćmi Waglewskimi wspólnie z Emade stworzyliśmy nasze studio. Przeżyłem tych zmian miejsca trochę, bo w między czasie dzieliłem też przestrzeń z Jurkiem Zagórskim, który aktualnie jest producentem płyt Natalii Przybysz, Wojtkiem Soburą znanym m.in. z projektu SOTEI w którym łączy swoje siły z Teielte oraz Dominkiem Trębskim z Muzykoterapii. Ostatecznie trafiłem do Quality Studio i bardzo mi z tym dobrze. Nie zapowiada się abym zmienił to miejsce - na pewno nie z własnej woli. A sam Damian, który jest tutaj zawiadowcą to po prostu anioł.

fot. Filip Antczak

A jak poradziłeś sobie z tym przeskokiem ze studia domowego do tego, które założyłeś razem z Emade?

To wyszło bardzo naturalnie, bo szczerze mówiąc nie ma aż tak wielkiej różnicy. Po prostu rozbudowuje się wszystko dookoła a jak ma się zajawkę to wszystko idzie gładko. Dopiero w pewnym momencie uświadamiasz sobie jak niewiele wiesz i umiesz - wtedy rozpoczyna się prawdziwa nauka. Ja też lubię takie momenty, wolę pomęczyć się z jakimś tematem nawet kilka godzin niż szukać gotowego rozwiązania w tutorialach na YouTube. Oczywiście to też czasem jest pomocne, bo przecież żyjemy w czasach, kiedy wiedza jest bardzo łatwo dostępna. Jestem jednak z innego pokolenia, co muszę przyznać czasami mi też ciąży. Kiedy widzę jak młodzież podchodzi do wszystkiego zupełnie bez kompleksów i jak ta przystępność wiedzy jest dla nich naturalna do tego stopnia, że im nawet nie wstyd, kiedy niektóre rzeczy są wielokrotnie powielane, wtedy czuję ten bagaż. Nie mogę słuchać tego wysypu amerykańskiego, spitchowanego rapu w Polsce… Staram się nie buntować, bo choć mi się to nie podoba to trzeba to zwyczajnie zaakceptować. Gdzieś pod tym wszystkim są ciekawe rzeczy jak Electro Acoustic Beat Sessions czy P. Unity - niby nic nowego ale przecież nie zawsze musi chodzić o to żeby odkrywać jakąś nową ścieżkę. Pamiętam bardzo fajny norweski zespół jazzowy The Core po którym graliśmy kiedyś koncert jako Tworzywo Sztuczne. Ta skandynawska formacja grała muzykę, która nie była jakoś szczególnie odkrywcza, bo grali Coltrane’a ale przez to, że byli z pokolenia znającego Nirvanę, heavy metal, techno i rave ten Coltrane brzmiał zupełnie inaczej. Był tam saksofonista Kjetil Moster, który wychodził i po prostu płonął. A te nowe ścieżki też przecież wynikają często z jakichś fuzji w głowie, z tego czego w życiu słuchałeś i jak to potrafisz w sobie przerobić.

Mówiłeś, że pracujesz głównie na komputerze. A jaki jest twój stosunek do sprzętu analogowego?

Korzystam z niego głównie jeżeli chodzi o samo brzmienie. Wszystko miksuje na zewnątrz - używam Looptrottera Audio Satur8 jako sumatora. Mam tylko 8 śladów ale wyjść z karty też jest 8, więc wypuszczam 4 grupy stereo i przepuszczam je przez chain Looptrotter Emperor, Looptrotter Monster i SSL Buss Compressor. Czasami dochodzi do tego jeszcze preamp Neve i wtedy schodzi to już do poziomu dwóch ścieżek mono i jednej stereo, które nagrywam z powrotem do kompa; obchodzę tym samym potrzebę stołu mikserskiego. Natomiast Ableton Live przy całym swoim „fun factor” o którym mówiłem ma też parę słabości, które odkryłem już jakiś czas temu. Chodzi mi przede wszystkim o sekcje master. Ostatnio miksowałem i masterowałem płytę zespołu z jednej z większych wytwórni w naszym kraju. Nad singlem pracowałem razem z liderem tego zespołu i zrobiłem to właściwie w całości poza komputerem, z wielkim pietyzmem i dbaniem o detale, a trwało to 3 dni. Kiedy pomyślałem, że praca nad całym albumem będzie tak wyglądać to trochę zwątpiłem, zwłaszcza że trudno pracuje mi się nad nagraniami które nie do końca są z mojej bajki. Postanowiłem więc, że resztę nagrań zrobię już na kompie w Abletonie Live. Kiedy porównałem ich brzmienie z tym singlem, to różnica była… naprawdę znacząca. Puenta jest taka, że cyfra i sam proces tworzenia muzy jest super na Abletonie czy Fruity Loopsie - to wszystko w kompie może też fajnie brzmieć ale jak przyjdzie co do czego i przepuszczasz jeszcze raz wszystko przez taką ścieżkę analogową to okazuje się, że dostaje to zupełnie innego koloru i miękkości. Muszę powiedzieć, że z paru ostatnich miksów i masterów, które robiłem już na tych zewnętrznych gratach jestem bardzo zadowolony.

Wspomniałeś, że trudniej ci się pracuje nad nagraniami z „nie twojej bajki”.

Ale bywa też tak, że jestem mega zajarany tym co dostaje. Tego w ogóle nie da się przewidzieć. Miksowałem ostatnio bębniarza, który przyniósł jeden taki numer, że z ogromną przyjemnością siedziałem nad nim tydzień żeby wszystko tam pięknie grało. I przychodzą też tutaj bardzo różni ludzie, np. youtuberki. Miałem taką sytuacje, że przyszła do nas dziewczyna biorąca udział w jakimś konkursie i chciała coś nagrać. Od początku nastawiony byłem dość sceptycznie, jednak kiedy zaczęła śpiewać po prostu opadła mi szczęka. Naprawdę przecudowny głos, nagraliśmy już nawet razem piosenkę. Dziewczyna nazywa się Olga Matuszewska i studiowała w Berklee, więc można chyba zaryzykować tezę, że to nie przypadek. Porozmawialiśmy trochę o tym jak wygląda edukacja muzyczna w Polsce a jak tam, czyli w najbardziej prestiżowej uczelni muzycznej na świecie i chyba ciut bardziej rozumiem teraz czemu sytuacja muzyczna w naszym kraju jest jaka jest. Wydaje mi się, że edukacja muzyczna jest u nas nieco „zakwasiała” i uczy się ludzi „jedynej słusznej drogi”, a tych przecież jest multum.

To ciekawe, bo ostatnio Andrzej Korzyński, który skończył Akademię Muzyczną bodajże w 1964 roku opowiadał nam, że w tamtych latach szkoła muzyczna była swego rodzaju oknem na świat. Pomimo żelaznej kurtyny i końcówki stalinizmu wykładowcy znali tam dorobek takich artystów jak Cage, Reich czy Stockhausen. A teraz ci sami ludzie, którzy się wtedy o nich uczyli przestali dalej szukać i - niestety - często zabierają swoim uczniom radość z uprawiania muzyki.

Oczywiście, bardzo ważną części edukacji muzycznej są szkoły ale nie tylko - mało kto zwraca uwagę na sklepy płytowe, które mogą być świetnym warsztatem i taką „niedzielną szkółką” muzyczną. Na szczęście w Warszawie są przynajmniej trzy sklepy muzyczne z prawdziwego zdarzenia. Kiedy jadę do Berlina posłuchać i poszukać ciekawych płyt, to w tych sklepach - po prostu - fajnie spędza się czas a przy tym można się bardzo wiele nauczyć. Teraz trwa era reedycji, bo w dużej mierze to właśnie wznowienia zajmują półki sklepów zarówno w Berlinie jak i Warszawie. Po ilości tych albumów widać ile jest do nadrobienia. To też element edukacji, którego zabrakło. Ja się cieszę, że zrobiła się taka „moda” na winyl; być może dzięki temu ileś osób pójdzie dalej i odkryje jakieś ciekawe dla siebie nagrania.

A zdarzają ci się takie momenty, kiedy praca w studiu jest dla ciebie nauką?

Pewnie. Nie skończyłem szkoły muzycznej, więc jestem takim naturszczykiem i w zasadzie każdy dzień w studiu i każda kolejna sesja jest dla mnie nową lekcją. Bycie DJ-em podobnie - lubię grać takie „zadane” imprezy. Ostatnio przeżyłem najpiękniejszy wieczór lata, kiedy na Placu Defilad grał Jazz-Band Masecki/Młynarski a ja po ich koncercie grałem taką stricte big bandową imprezę do której musiałem się solidnie przygotować. Teraz z kolei dostałem zlecenie grania na wernisażu Meli Mutter i przyznam, że nie znam zbyt wielu francuskich nagrań, więc już cieszę się na myśl robienia reasearchu. Kiedy będę szukał ciekawych nagrań, sam przy okazji podszkolę się w tym zakresie. To jest ważna część mojej edukacji muzycznej, kiedy nie gram zwyczajnych imprez klubowych tylko właśnie takie tematyczne rzeczy. Bardzo to sobie cenię.

Od lat angażujesz się w bardzo wiele różnych projektów, natomiast twoich autorskich wydawnictw nie ma zbyt wielu. Wspominałeś o tym kilkudniowym „znikaniu” nad jakimś sprzętem…

Mam tę przypadłość - odwrotną do kolegów artystów, którzy co roku wydają nowy album - że bardzo rzadko bywam zadowolony. Właśnie teraz kończę mój album i wpadłem na pomysł żeby to był właśnie wiodący temat tej płyty - czas. Znajdą się tam numery sprzed 12 lat nie bez kozery wrzucone na jedną płytę razem z tymi powstałymi kilka tygodni temu. Być może w tych starszych numerach słychać jakąś nieświeżość modową ale ja w nich słyszę przede wszystkim… siebie. Stwierdziłem, że nie mam się czego wstydzić, a czas jest w ogóle świetnym tematem. To fascynujące jak czas płynie nam w głowie i jak potrafi zmienić punkt widzenia na wiele rzeczy, nie tylko jeśli chodzi o muzykę. Nawet to tracenie czasu, które czasem nie do końca jest bezwartościowe… Teraz przyznam się do czegoś, to będzie mój coming out - bywa tak, że kiedy wchodzę rano do studia to jem pączka i oglądam coś na Netflixie. I nie chodzi o to, że jestem leniem tylko po prostu jest jakiś mind set, który musi osiągnąć odpowiedni pułap żeby móc coś robić. A z drugiej strony są takie momenty, że jak mnie złapie to nie potrafię odejść od komputera.

Ciekawy musi być proces selekcyjny wybierania utworów powstałych na przestrzeni tak wielu lat, bo zapewne te kawałki różnią się pod wieloma względami, nawet brzmieniowo.

No, będę nad tym jeszcze pracował żeby to wszystko ujednolicić. Mam zamiar wydać dwie płyty - pierwsza będzie swoistym beat tape’m a druga taką piosenkową płytą, bo w muzyce bardzo cenię sobie coś co znaleźć można tylko w piosenkach, czyli jakąś historię. Jestem bardzo szczęśliwy, bo na płycie będzie też przyjaciel mój i Macea, Łukasz „Requiem”, który swego czasu był członkiem AL-HACA Soundsystem, gdzie robił świetne rzeczy. Ostatnio zajął się poezją spoken word i kiedy przyjechał do mnie na sesję to ten czas, który razem spędziliśmy dobitnie uświadomił mi, że w muzyce nie liczą się tylko bity… Zawsze wspominam też sesję Niewinnych Czarodziejów, kiedy przyjechał do nas Coultrain - nasza znajoma, która była wówczas w studio popłakała się kiedy nagrywał swoją zwrotkę. To są takie momenty, kiedy czujesz na całym ciele ciary - dla takich chwil to robię. Czasem bywa tak, że sam proces przerasta efekt końcowy. Moja płyta będzie właśnie o tym procesie.

A przy okazji produkcji, które trafią na ten beat tape - korzystałeś kiedykolwiek z jakichś hardware’owych beat maszyn? Scena bitowa wciąż otoczona jest etosem MPC.

Nie, u mnie raczej wszystko dzieje się w kompie. Często robię bity w podróży i to są fajne momenty, kiedy gdzieś jedziesz a dookoła ciągle dzieje się coś innego. MPC ma oczywiście bardzo charakterystyczne brzmienie, które już zawsze będzie klasyką, jednak nigdy nie posiadałem swojego egzemplarza. Głównie dlatego, że podczas dzielenia studia z Emadem miałem okazje się nią trochę pobawić. Odrzucał mnie jej interface i cała obróbka sampli. Pewnie jak ktoś jest w tym sprawny to może czerpać z tego przyjemność ale dla mnie to przechodzenie z banku do banku i przycinanie próbek było jakąś mordęgą. Mam natomiast fenomenalny moduł brzmieniowy - nazywa się to Yamaha TX802 i jest to 8 Yamah DX7, czyli 8 źródeł dźwięku. Wyświetlacz ma jak w MPC, więc obróbka tych soundów to masakra, a ukręcenie na tym czegoś ciekawego graniczy z cudem. Jednakże brzmienia, które tam są to jest… koniec świata. Jeśli chodzi o moduły brzmieniowy to żadne urządzenie nie ma tutaj podjazdu.

Sporo mówimy o tym elemencie zabawy w procesie tworzenia - sądząc po dostępnych aktualnie nowych „zabawkach” często jednak zdarza się, że im dany sprzęt ma większy „fun factor” to tym gorsze brzmienie.

Jedna z najważniejszych rzeczy, których nauczyłem się przez lata pracy w studiu to zaufanie do własnych uszu. I z tego też jakoś wynika moja droga, choć nie twierdzę, że jest najlepsza. Mam swoich guru brzmieniowych, których sound kocham, choć nie jest to do końca brzmienie, które sam robię; mam tu na myśli np. Marka Pricharda czy Jamesa Blake’a. A sam przez lata nauczyłem się bardziej słuchać niż ufać w to co ktoś mi powie czy gdzieś napisze. Dużo ostatnio miksuje, działam studyjno-inżynieryjnie i jedną z rzeczy którą kiedyś totalnie odrzucałem a ostatnio nieco zmieniłem zdanie w tej kwestii, to kontrolery MIDI. Widziałem ostatnio u Mikołaja Bugajaka Softube - Console 1, czyli kontroler midi do DAWa. Zawsze podchodziłem do takich rozwiązań sceptycznie a tutaj zacząłem się tym bawić i było super. Można wyłączyć monitor przez który łatwo stracić puls - masz tylko palce i uszy - sto procent uwagi na tym co i jak brzmi.

Poza tym jak brzmi, ważne też często jest to jak to czuć, szczególnie przy basie, który zawsze wydawał mi się jednym z twoich „koników”.

Znam wielu lepszych w tej dziedzinie, choć cały czas lubię doły. Teraz trochę cierpię studyjnie, bo zauważyliśmy, że stacja monitorowa, której wcześniej używaliśmy psuje nam bardzo sound. Wymieniliśmy ją na małe urządzenie KRK Ergo, które na zewnątrz ma tylko jedną gałkę „volume” ale za to w środku mieści się mnóstwo elektroniki. Do tego urządzenia jest mikrofon, który ustawia się po kolei w kątach pokoju i on sprawdza jaki jest „response” pomieszczenia. W zależności od potrzeby ucina lub dodaje to czego brakuje. Pracowaliśmy na tym i okazało się, że był niski response tych niskich częstotliwości 90-110 Hz i ta stacja monitorowa ograniczała nas jeśli chodzi on nagrywanie wokalistów. Kupiłem więc SPL 2381, bo sprawdza się świetnie przy takiej pracy ad hoc z monitorami, z wokalistą - jest feedback, komunikacja, natomiast nie ma tej funkcji uzupełnienia i… przez miesiąc przebasowywałem wszystkie miksy.

Spędzasz dużo czasu na dopieszczaniu brzmienia już w komputerze?

Kiedy nagrywam instrumenty to staram się żeby ich dźwięk był jak najlepszy już na etapie nagrania. Czasem equalizuje i kompresuje przy miksie ale wszystko nagrywam przez Universal Audio, które jest świetnym preampem. Oczywiście używam też różnych filtrów i bawię się tym soundem. Czasami też psuje brzmienie, np. je przekompresowuje. Kiedy miksowałem płytę „Ambient Works” nagraną przez Michał Milczarek Trio starałem się nadać dźwiękom Rhodesa nieco pazura. Podpiąłem go pod Looptrotter Emperor i wtedy usłyszałem jak wychodzą takie „brudy” - cała wibracja ze skrzynki, wszystkie prądy i hałasy. Okazało się, że jest tam mnóstwo harmonicznego dobra. To był przykład takiego fajnego zepsucia.

fot. Filip Antczak

A często zdarza ci się reanimować czyjeś nagrania?

Dostaję sporo takiej „laptopowej” muzyki i mam swoje metody, żeby te wszystkie ciekawe rzeczy z niej powyciągać. Pracuje w środowisku Universal Audio Apollo, więc nawet pokładowe pluginy są takiej jakości, że można uszlachetnić naprawdę kiepskie brzmienie lub z tego słabego soundu zrobić jakąś wartość. Bo często jest tak, że nie da rady czegoś do końca naprawić, tylko możesz podkreślić ten lo-fi. W nowej muzie jest tego bardzo dużo. Kiedy nagrywałem na moją płytę Mroza to zrobiliśmy chórki czego sam Mrozu zbyt często nie robi. Jak nagrywaliśmy poszczególne głosy to byłem załamany, sądziłem że w ogóle tego nie użyjemy. Jednak kiedy nałożyłem je wszystkie na siebie to okazało się, że super gada. Bardzo jestem zadowolony z tego gościnnego udziału Mroza, tym bardziej, że to wiersz Macea, który napisał podczas swojego pobytu w Stanach. To bardzo ważny dla mnie numer.

Ta płyta, którą właśnie kończysz w ogóle wydaje mi się dosyć ważna na twojej drodze twórczej. Pierwsza od blisko dekady twoja autorska płyta długogrająca, pierwsza nagrana po latach tak wytężonej pracy studyjnej, pierwsza po śmierci Maćka, a do tego jeszcze podejmująca tak poważny temat jak czas. To swojego rodzaju podsumowanie twojej dotychczasowej pracy artystycznej?

Na podsumowania jeszcze nie mam ochoty. Czas jako tematyka to bardziej fascynacja chwilą obecną - zestawienie takich chwil z dłuższego okresu czasu jako większej całości, której tworzywem jest proces. Proces wieloletni, zlepiony z rozwojem osobowości artystycznej ale nie tylko, bo również z poszerzaniem wiedzy, doświadczenia, pielęgnowaniem wewnętrznego dziecka, które mimo podeszłego wieku wciąż chce się bawić. Proces zlepiony z naturą, przebiegami por roku i upływem lat, ale też z cywilizacją, rozwojem i kierunkami w muzyce, filmie, sztuce czy nawet diecie.