Więcej...

Acustica Audio Cream - wirtualny korektor

Oprogramowanie | 15.08.2018  | Marcin Staniszewski
Marka:  Acustica Audio

Acustica Audio przyzwyczaiła nas już do tego, że z każdą kolejną premierą podnosi poprzeczkę w dziedzinie wirtualnego klonowania legendarnych konstrukcji sprzętowych, o których zwykli śmiertelnicy mogą co najwyżej pomarzyć. Jednak w przypadku Cream Włosi przeszli sami siebie, gdyż sięgnęli po absolutnego świętego Graala studyjnych zabawek – słynną konsoletę ze studia Abbey Road.

Każdy kto choć trochę orientuje się w historii muzyki, wie co to oznacza – ikoniczne brzmienie takich zespołów, jak The Beatles czy Pink Floyd. To właśnie konsola EMI jest częścią charakterystycznego, ciepłego brzmienia tych nagrań, a jego echa można odnaleźć dziś w produktach firmy Chandler Limited (genialny korektor Curve Bender albo limitery TG1 i Zener). Żeby cieszyć się tymi ostatnimi trzeba mieć niestety bardzo głębokie kieszenie – mówimy o ponad 20 tysiącach złotych. Nic dziwnego, że gdy gruchnęła wieść, że Acustica Audio wypuszcza na rynek zestaw narzędzi z legendarnego studia, wielu entuzjastom studyjnych igraszek serce zabiło szybciej. Czy słusznie? Czytajcie dalej...

EMI jak żywa

Włoscy programiści poszli na całość i sklonowali w całości autentyczną konsolę (a nawet jej dwie wersje), korektor, kilka rodzajów preampów oraz dwa kompresory. Jakby tego było mało, w przypadku konsoli nie mówimy o klonowaniu jednego kanału – zsamplowano każdy kanał osobno, więc w rzeczywistości mamy do czynienia z 24 kanałami (wejścia liniowe) oraz 12 kanałami mikrofonowymi, z wszystkimi subtelnymi różnicami i nierównościami charakterystycznymi dla starego sprzętu analogowego (każda instancja wtyczki oferuje konkretny kanał do wyboru). Wisienką na torcie jest ulepszony algorytm SASM (Symmetrical and Assymetrical Saturation Modelling), pozwalający na jeszcze wierniejsze oddanie saturacji każdego z elementów układanki. Podobnie jak w przypadku innych kombajnów firmy Acustica, również Cream dostępny jest jako komplety channel strip oraz osobne moduły preampu, korekcji i kompresji. Dodatkowo każdy z nich można uruchomić w opcji bezlatencyjnej (wersja ZL – Zero Latency).

Zaczynając od preampu spójrzmy prawdzie w oczy – jeśli kręci Was brzmienie stołów SSL, to raczej nic tu po Was. „Subtelne” to ostatnie słowo jakim bym je określił. O ile w trybie liniowym bez zbyt dużego gainu sprawy mają się w miarę transparentnie, to w trybach Mic, Tube i C (brzmienie preampu z kompresora) mówimy wręcz o korekcji dźwięku niż „klejeniu”. Najlepiej słychać to w przypadku drugiego i trzeciego modelu lampowego. Model drugi ma aż 11 dB podbicia na 14 kHz, więc sprawdza się w niewielu sytuacjach (pierwszy model jest pozbawiony tej urokliwej osobliwości oryginalnej konstrukcji i można go uznać za najbardziej liniowy).

 

Procesor dostępny jest pod postacią wtyczek VST, AU i AAX. Te zaś podzielono na przedwzmacniacz, kompresor, korektor oraz cały tor sygnałowy zawierający wszystkie trzy elementy w jednym interfejsie.

Trzeci model sięga korzeniami do słynnego stołu Green Machine, nazwanego tak ze względu na charakterystyczny zielonkawy kolor. W tej opcji pojawia się więcej basu, a dźwięk staje się „gęstszy”, szczególnie jeśli podkręcimy Input. I tu ważna uwaga na marginesie – jak najbardziej zachęcam do tegoż procederu. Wtyczki firmy Acustica są tak sprytnie skonstruowane, że wzmocnienie wejścia powoduje automatyczną wewnętrzną kompensację na wyjściu, więc nie ma obawy, że nagle Wasze monitory eksplodują. Należy jednak pamiętać, że nawet sprzęt analogowy ma swoje ograniczenia, więc jeśli przegniecie z miodzeniem harmonicznymi, zaczną pojawiać się artefakty w postaci niezbyt przyjemnego przesteru oraz charakterystycznych popiskiwań (szczególnie dotyczy to opcji Tube 2). W teorii przy maksymalnym odkręceniu parametru Input Trim do +10 sygnał do konsoli wchodzi na poziomie +28 dBu. Zatem bawmy się z głową! Jeśli szukacie przesteru o podobnej klasie brzmienia, to polecam raczej Crimsona, którego opisywałem na tych stronach kilka miesięcy temu. Tak czy siak, do dyspozycji mamy w sumie aż sześć preampów, z czego liniowe dodatkowo oferują 24 wariacje, a mikrofonowe 12 tychże. Możemy więc spokojnie mówić o wewnętrznym „sumatorze”, który każdy może sobie upichcić wewnątrz dowolnej stacji roboczej wedle upodobań.

Acustica Audio Cream, czyli konkretna korekcja

Korekcja, a w zasadzie dwie jej odmiany, to w tym zestawie danie główne. Włosi nie zadowolili się jedynie sklonowaniem oryginalnego stołu z Abbey Road (ze względów natury prawnej nie podają jaki konkretnie to model informując jedynie, że chodzi o urządzenie z 1970 roku; niemniej brzmienie jest takie, że średnio mnie to interesuje). Poprosili też o pomoc firmę Soundrops i konstruktora znanego jako SteDal. Zbudował on swoją wersję oryginalnej korekcji, która różni się od oryginału, choć są to różnice niewielkie, jeśli pominąć kilka drobnych ulepszeń, takich jak dodatkowe częstotliwości w sekcji Bass czy ciekawy, płynny filtr stożkowy L-A w sekcji Magic.

 

Grafika procesora prezentuje się niezwykle atrakcyjnie, ale odbyło się to kosztem małej precyzji przy dokonywaniu zmian ustawień.

A skoro mówimy o nomenklaturze, to z początku może się ona wydawać dość zawiła, ale wystarczy zapamiętać, że pierwsza litera oznacza typ filtru (L dla Low-shelf, S dla Hi-shelf, P dla Presence i H dla Hi-pass). Litera druga oznacza tryb korekcji (A jest wersją SteDala, a B to oryginalna konsola). Dodatkowo oba tryby sygnalizowane są różnymi kolorami sekcji – oryginał jest zielonkawy a wersja SteDala po przełączeniu zmienia kolor na szary.

Nie ma co się rozwodzić nad wszystkimi rodzajami filtrów, bo trochę tego jest, ale trzeba wspomnieć, że nie jest to raczej chirurgiczna korekcja. Jak tnie, to NAPRAWDĘ tnie. Co ciekawe, mimo że do czynienia mamy z bardzo szerokimi podbiciami i cięciami, odnosi się wrażenie, że źródło nie traci nic ze swojej konsystencji, jak ma to miejsce w przypadku wielu algorytmicznych korektorów. Wszystko nadal jest zwarte i sonicznie namacalne. To z kolei sprawia, że praca z Cream jest bardzo szybka, gdyż okazuje się, że zamiast kilku małych cięć, których na ogół się dokonuje, można zrobić jedno bez większej szkody dla pacjenta. To naprawdę działa.

Podobnie jest z podbiciami. W tej dziedzinie wyróżnia się sekcja Presence, za pomocą której można przywrócić do życia nawet najbardziej cherlawy materiał. Polecam 4-decybelowe podbicie 5 lub 8 kHz na wokalu albo dodanie 200 Hz i 1,8 kHz na werblu. Świat staje się wyraźny, jak nigdy dotąd. Bardzo ładnie ujął to jeden z moich kolegów po fachu: „dźwięk się po tym utwardza i jakby utrwala”. Tym bardziej cieszy fakt, że sekcję Presence można zdublować w sekcji Treble (P-B), co pozwala na bardziej elastyczną obróbkę dowolnego źródła.

Znam niewiele korektorów, które oferowałyby tak elegancką górę. 10 kHz w Cream kojarzy mi się z genialnym Ruby sprzed paru miesięcy (kopia korektora lampowego D.W. Fearn). Na uwagę zasługuje też ciekawa sekcja Magic. Znajdziemy tu kilka wynalazków w rodzaju filtru kompensującego brak efektu zbliżeniowego (B-A), który ulega redukcji, gdy źródło dźwięku znajdzie się dalej od mikrofonu. Aktywuje się wówczas podbicie zaczynające się w okolicach 120 Hz, które kończy się w okolicach 20 Hz z poziomem o 10 dB większym. Jest też płynnie zmieniany filtr stożkowy podbijający/tłumiący pasma powyżej i poniżej 1 kHz (L-A). Nie usuniecie nim rezonansów w ścieżce gitary, ale spokojnie mogę sobie wyobrazić świat, w którym istnieje tylko Cream i Fabfilter Pro-Q2.

Warto wspomnieć też, że Włosi zadbali o to, by sekcja korektora była wolna od tzw. „echo bug”, czyli pojawiania się krótkiego delaya w przypadku dużych podbić w dole pasma.

Acustica Audio Cream, czyli sprężysta kompresja

Last but not least – kompresor. A właściwie dwa. Pierwszy, typ B, jest kopią słynnego kompresora opartego o diody Zenera, zaś typ C to klon kompresora lampowego Vari-Mu, zapewne typu RS114 i RS168. Zacznijmy od tego, że jak na współczesne standardy, mamy do czynienia z dość wolnymi urządzeniami. Wartość ataku jest stała a instrukcja obsługi nie podaje żadnych liczb. Dobrano ją jednak tak, że sprawdza się doskonale zarówno na bębnach (uwagę zwracają elegancko zaokrąglone transjenty, co nie powoduje osłabienia ataku), jak i na basie czy wokalu. Użytkownik ma za to wpływ na parametr Recovery, czyli Release, który można regulować w zakresie 0,1-0,6 sekundy. Raczej nie uda Wam się napompować tym mikrofonów ambientowych, ale dawno nie słyszałem tak stylowego "pyknięcia" na werblu czy stopie. Z reguły kompresory programowe przy głębszych ustawieniach dają charakterystyczny, plastikowy "klik", ale w przypadku Cream wszystko robi się po prostu grubsze i bardziej zwarte.

 

Unikalność produktu podkreśla nietuzinkowa instrukcja obsługi, której struktura, treść i grafika wzorowana jest na różnych wydaniach Boskiej Komedii Dantego, z opisami kolejnych kręgów piekieł włącznie.

Szczególnie przypadł mi do gustu model B, który szybciej i wyraźniej łapie szczyty i genialnie sprawdza się na grupie bębnów. Cieszy też obecność współczesnych ulepszeń, takich jak filtr side-chain (wewnętrzny i zewnętrzny), pokrętło Mix (Dry/Wet) oraz, standardowa w produktach Acustica Audio, sekcja SHMOD, pozwalająca na bardzo precyzyjne dostosowanie pracy kompresora do reakcji na transjenty danego źródła. Z reguły wystarczą 2-4 dB tłumienia, by obrabiany materiał nabrał pięknych rumieńców w środku pasma.

Podsumowanie

Jeśli chodzi o brzmienie, mamy do czynienia z czymś naprawdę wyjątkowym. Jeżeli jakaś wtyczka zasługuje na często nadużywane miano „color box”, to jest nią właśnie Cream. Zadziwiające, ile odcieni i barw można uzyskać za pomocą skromnego w sumie arsenału, jeśli porównać go do innych nowoczesnych wtyczek.

Cieniem na ogólnym wrażeniu kładzie się pozostawiające wiele do życzenia wzornictwo interfejsu. W pogoni za realizmem i „wintydżowym lookiem” włoscy programiści chyba zapomnieli, że te wtyczki służą przede wszystkim do pracy, a nie do podziwiania. Pokrętło zmiany kanałów w sekcji preampów jest bardzo nieporęczne – wąskie i trudno na nie trafić myszką, a w dodatku wartości przeskakują w dość frywolny sposób. Oznaczenia różnych wariantów sprzętowych są niekonsekwentne i mogą wprowadzać niepotrzebny zamęt, tak jak ma to miejsce w przypadku sekcji Tube.

W sumie mamy zsamplowane trzy modele konsolet. W pełnej wersji Cream możemy je zwyczajnie wybrać pokrętłem (1, 2 i 3), jednak w samodzielnej wersji przedwzmacniacza mamy już dwie sekcje: Tube 1, zawierającą pierwsze dwa modele, oraz Tube 2, pod którą kryje się trzeci model. Czemu ma służyć takie mnożenie bytów? Na pewno nie ergonomii pracy. Wystosowałem petycję w tej sprawie do konstruktorów i wiem, że nie jestem sam. Włosi zaliczali już wcześniej podobne wpadki na polu interfejsu, ale wyciągali wnioski i usprawniali kolejne wersje (pamiętny koszmarek Pink, który w drugiej odsłonie brzmi i wygląda wzorcowo). Pozostaje mieć nadzieję, że i w tym wypadku będziemy mogli liczyć na korekcję designerskiego szaleństwa.

Mimo ergonomicznych niedogodności uważam, że zestaw tych narzędzi jest wart polecenia. Nie ma bowiem nic, co mogłoby im dorównać pod względem brzmienia z charakterem. Porównywalny jest tylko hardware spod znaku Chandler Limited.

 

Nasze spostrzeżenia


+ unikalne brzmienie będące kwintesencją sprzętu z lat 60. i 70.
+ doskonałe odwzorowania niuansów starszych układów połączone z nowymi funkcjami
+ możliwość pracy w charakterze wyjątkowego systemu sumowania
+ zaawansowana technologia splotu z wykorzystaniem nowoczesnych algorytmów przetwarzania
+ efektowny interfejs użytkownika

- dość kłopotliwa obsługa niektórych kontrolek
- niezrozumiałe różnice pomiędzy wtyczkami

 

Zakres zastosowań

- wszechstronny system kształtowania charakteru brzmieniowego ścieżek, grup i miksu z uwzględnieniem unikalnych cech sonicznych urządzeń z przełomu lat 60. i 70.



Informacje

Format wtyczki w formatach VST, AU i AAX dla komputerów PC i Mac. Można oddzielnie uruchamiać przedwzmacniacz, korektor i kompresor, jak też wszystkie trzy pod postacią jednego procesora
Producent Acustica
Cena 199 EURO