Więcej...

KORG MS-20 Mini

Sprzęt studyjny | 23.05.2013  | Dariusz Mazurowski
Marka:  KORG
Nasz Typ

Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę dla EiS testował Korga MS 20 - nie jako leciwy klasyk, ale nowy produkt - uznałbym to za możliwe dopiero po wynalezieniu wehikułu czasu względnie wykonał niezbyt elegancki gest przy pomocy palca wskazującego (nie środkowego, żeby nie było wątpliwości - miałem na myśli pukanie się w czoło)...

Wehikułu nie wynaleziono, a przede mną stoi nowiutki MS 20 Mini. Wbrew pozorom nie jest to wcale kandydat do tytułu największej niespodzianki roku. Korg od dłuższego czasu dawał do zrozumienia, że dostrzega popyt na sprzęt analogowy i doskonale wie o kultowym statusie własnego instrumentu z przeszłości. Najpierw była wirtualna emulacja, potem elementy umieszczane w stacjach roboczych i cyfrowych syntezatorach, a wreszcie tania, acz kusząca zabawka, która szybko rozwinęła się w całą rodzinę urządzeń - jak się okazało, nieźle się sprzedających. Korg to poważna firma, znają się nie tylko na sprzęcie muzycznym, ale także na zarabianiu pieniędzy. Spece od marketingu zwietrzyli okazję i od razu została ona wykorzystana. Z obustronną korzyścią - oni pewnie dopiszą do kont okrągłe kwoty, a my dostaniemy do ręki świetny i klasyczny instrument. Czy te komplementy są uzasadnione? Zapraszam do lektury.

Pierwsze narodziny i zejście ze sceny Korg MS-20

W połowie lat 70. pozycja rynkowa Korga nie była tak silna jak obecnie. Producent był wciąż postrzegany jako dostawca raczej prostych i tanich instrumentów. W końcu swój pierwszy syntezator wprowadził w 1973 roku i lista oferowanych modeli była jeszcze dość krótka. Tymczasem w 1977 roku (konkretnie w grudniu) zadziwił cały muzyczny świat prawdziwym arcydziełem inżynierii - polifonicznym PS 3300 - zaprojektowanym przez Fumio Miedę, w tamtym okresie jednego z głównych konstruktorów Korga. Syntezator był efektem kilkuletnich wysiłków i nawet dziś musi robić wrażenie. Wyobraźmy sobie semimodularne monstrum, z kapitalnym brzmieniem i - uwaga - pełną polifonią. Tak, każdy z 48 klawiszy instrumentu mógł oddzielnie zabrzmieć. Pamiętajmy, że to był sprzęt analogowy, więc wszystko musiało fizycznie istnieć, mieć swój układ elektroniczny. Spora obudowa (klawiatura była oddzielnym elementem, podłączanym za pomocą kabla) była naprawdę mocno napakowana płytkami drukowanymi. Syntezator miał trzy identyczne, kompletne sekcje syntezy, każda z oscylatorem, filtrem, zestawem modulatorów oraz bardzo charakterystycznym elementem, tzw. rezonatorem (zestawem trzech filtrów środkowoprzepustowych). Sekcje te pełniły rolę warstw wynikowej barwy, miksowanych w końcowym odcinku toru syntezy. Gniazda napięciowe pozwalały na wprowadzenie dodatkowych powiązań modulacyjnych. Oscylatory korzystały z dzielników częstotliwości, ale np. samych filtrów było - co łatwo policzyć - aż 144! Instrument został bardzo wysoko oceniony przez fachowców, ale okazał się biznesową porażką. Koszt produkcji był wysoki, co przełożyło się na astronomiczną cenę. Wyprodukowano więc zaledwie od 30 do 50 sztuk i zachowane do dziś, działające egzemplarze są po prostu bezcenne. Dodam jeszcze, że Korg wyprodukował także niewielką liczbę skromniejszych modeli PS 3200 i PS 3100 (tego ostatniego jakieś 300-600 sztuk), które wykorzystywały te same układy, ale miały odpowiednio mniej kompletnych sekcji/warstw (dwie lub jedną).

Nieprzypadkowo wspominam o serii PS, bowiem zastosowane w niej elementy i rozwiązania wykorzystano w kolejnej, tym razem monofonicznej rodzinie MS. Jej najważniejszym przedstawicielem był właśnie MS 20, a innymi: mniejszy i prostszy MS 10 oraz MS 50, traktowany jako ekspander (choć to także kompletny syntezator, w dodatku w pełni modularny). Pierwsze dwa zadebiutowały w maju 1978 roku, ostatni z wymienionych w styczniu 1979 roku. Nieco wcześniej pojawiły się jeszcze dwa urządzenia, z racji kształtu obudów i przeznaczenia także zaliczane do serii MS - analogowy sekwencer SQ 10 oraz wokoder VC 10. Obecnie wszystkie te modele są elektroniczną klasyką, cenioną i poszukiwaną przez muzyków. Oczywiście największą sławą cieszy się jednak MS 20. Warto jednak pamiętać, że pomimo wyraźnego pokrewieństwa z serią PS i zastosowania tych samych rozwiązań są to jednak zupełnie różne urządzenia - MS 20 w żadnym razie nie jest monofoniczną wersją PS 3300.

Interesująca jest kwestia autorstwa projektu syntezatora. Obecnie powszechna jest opinia, że MS 20 (i inne z tej serii) zaprojektował Fumio Mieda, a najbliższym jego współpracownikiem był Hiroaki Nishijima, który zresztą właśnie ukończył studia i było to jego pierwsze zadanie. Jednak w niektórych materiałach pojawia się inna, skądinąd zasłużona dla Korga postać - Yasuhiko Mori - który także miał swój wkład w projekt MS 20. Nie odbiegajmy jednak zbytnio od tematu, choć na marginesie tych rozważań warto zauważyć, że o ile dobrze znamy nazwiska czołowych konstruktorów amerykańskich, czy europejskich - jak choćby Bob Moog, Don Buchla, Tom Oberheim, Dave Smith czy Wolf­gang Palm - ich japońscy koledzy po fachu są zwykle dla nas anonimowi, a przecież także zasługują na uznanie. Stało się tak m.in. dlatego, że w Europie i USA firmy zakładali sami konstruktorzy i robili to bardziej z pasji, niż przekonania o dobrym pomyśle na biznes. Tymczasem w Japonii firmy zakładali przedsiębiorcy i dopiero potem zatrudniali inżynierów. Co ktoś później mądrze podsumował - dlatego odnieśli sukces rynkowy i przetrwali, podczas gdy większość pionierskich firm amerykańskich i europejskich zaliczyła po drodze bankructwo i zniknęła z rynku albo odrodziła się już z nowymi właścicielami.

Jedną z najbardziej tajemniczych i zarazem najchętniej dyskutowanych kwestii związanych z oryginalnym MS 20, jest zmiana układu elektronicznego w sekcji filtrów. Instrument wszedł do produkcji z wariantem, w którym wykorzystano firmowy chip Korg35 (ten sam element zastosowano również w modelu MS 10). Ponieważ był on w całości zatopiony w żywicy, w zasadzie niewiele można było powiedzieć o jego strukturze. Dopiero w 2000 roku producent ujawnił szczegóły, zresztą za zgodą twórcy chipu - wspomnianego wcześniej Fumio Miedy.

Jednak w trakcie produkcji syntezatora MS 20 (stało się to mniej więcej po dwóch latach, zatem w 1980 roku) zapadła decyzja o przeprojektowaniu sekcji VCF. Nowy wariant oparty został o powszechnie dostępny układ scalony - LM13600. Ale dlaczego tak uczyniono? Ta kwestia jest przedmiotem spekulacji, domysłów i plotek. Jedni mówią o wysokich kosztach produkcji Korga35 i problemach z serwisowaniem. Inni wskazują na problemy ze stabilnością, skłonność do przesterowania itd. Trzeba podkreślić, że w zasadzie zaprojektowano nowy układ - nie było to proste zastąpienie jednego komponentu drugim. Nowy, ale realizujący tę samą funkcję i charakteryzujący się tymi samymi własnościami brzmieniowymi. Oba warianty sekcji VCF są więc bardzo podobne, ale jednak nie identyczne. Różnice są naprawdę subtelne i często trudne do zauważenia. Zwykło się uważać, że VCF oparty na Korgu35 jest nieco bardziej agresywny (sami konstruktorzy użyli określenia: „radykalny”), jakby skłonniejszy do saturacji, zniekształcania dźwięku.

Czytelnicy chcieliby zapewne wiedzieć, jak odróżnić egzemplarz ze wspomnianym chipem odtego, w którym wykorzystano LM13600. Obawiam się, że jedyny sposób to otwarcie obudowy i przeanalizowanie układów obu filtrów. Na tabliczkach informacyjnych (z tyłu obudowy) nie ma roku produkcji, a jedynie numer seryjny. Może on być jedną ze wskazówek - ma postać sześciocyfrową i jeśli instrument ma numer zaczynający się od 143XXX (lub wyżej), to niemal na pewno mamy do czynienia z późniejszym wariantem. Niekiedy można natrafić na informację jakoby znakiem szczególnym był wkręt widoczny nad grafiką przedstawiającą VCA (a dokładnie pod słowem CONTROLLED), wskazujący na późniejszy wariant. Nie jest to jednak do końca prawda, bowiem ów wkręt pojawił się mniej więcej rok po rozpoczęciu produkcji, zatem jeszcze przed zmianą chipów. W każdym razie egzemplarz bez niego z pewnością ma w środku układ z Korgiem35.

MS 20 został zaprojektowany jako prosty, ale bardzo elastyczny i przy tym relatywnie tani syntezator, ostatnia z tych cech wyraźnie odróżniała go od serii PS. W związku z tym jego wyposażenie nie było zbyt wyszukane - przynajmniej jak na standardy lat 70 tych. Żadnego drewna, obudowa ze stalowej blachy i boki z tworzywa, raczej średniej jakości. Przeciętna, acz standardowa klawiatura napięciowa, prosta i czytelna grafika (ciekawostką niech będzie to, że sama nazwa modelu w ogóle nie pojawia się na obudowie). Jednak nie wygląd był najważniejszy - instrument okazał się niezwykle udany, świetnie brzmiał i był łatwy w obsłudze. Nic dziwnego, że odniósł sukces rynkowy, choć pojawił się w momencie, gdy rozwój syntezatorów podążał już w nieco innym kierunku. Popyt na sprzęt modularny wyraźnie spadał, rynek po prostu się nasycił, a astronomiczne ceny tych urządzeń mocno zawężały krąg odbiorców. Zaczynały się pojawiać instrumenty polifoniczne, wyposażone w pamięć (w 1978 roku zadebiutował także Prophet 5) i to do nich należała najbliższa przyszłość. Urządzenia cyfrowe jeszcze nie stanowiły konkurencji, bo albo były to niezupełnie udane konstrukcje eksperymentalne, albo koszmarnie drogie monstra, o przeciętnym brzmieniu (choć można wskazać parę wyjątków). Korg MS 20 był więc poniekąd jednym z ostatnich przedstawicieli swego gatunku w złotej erze analogów. Kiedy w 1983 roku zakończono jego produkcję, rozpoczynała się nowa epoka - jej zwiastunem było pojawienie się MIDI. Jednak przez te pięć lat zyskał sporą popularność, zwłaszcza w Japonii. Kultowy status w Europie i Ameryce zapewnił sobie dopiero jakiś czas później, gdy był już wspomnieniem minionych czasów.

Życie po życiu i ponowne narodziny jako Korg MS-20 Mini

Renesans analogów, jaki przypadł na lata 90., przyniósł także ogromną popularność i kultowy status wielu historycznym urządzeniom. Niektóre absolutnie nań nie zasługiwały, inne cieszyły się sławą w pełni zasłużenie. Do tych drugich należał Korg MS 20. Szczególnie ceniono jego sekcję filtrów (mało kto zdawał sobie wtedy sprawę, że były dwa warianty), więc szybko pojawiły się jej współczesne klony pod postacią modułów napięciowych albo efektów kompaktowych (jednym z najlepszych, pod pewnymi względami nawet lepszym od oryginału, był australijski Frostwave The Resonator).

Narodziny klasy tzw. wirtualnych analogów przyniosły pierwsze próby cyfrowej emulacji wspomnianego elementu. Zaczęły się one pojawiać w instrumentach Korga, syntezatorach, stacjach roboczych. Ten trend trwa zresztą do dziś, a bodaj najbardziej udana emulacja znalazła się na pokładzie nowego modelu - KingKorga (test w EiS 4/2013).

Furorę zaczęły robić także wirtualne repliki analogowych klasyków, w postaci wtyczek lub samodzielnych aplikacji. Pojawienie się MS 20 VST było więc tylko kwestią czasu. I krok ten wykonał sam Korg, oferując pakiet Legacy Collection, składający się początkowo z trzech emulacji - MS 20, Polysix i Wavestation. Bardzo cennym, niestety w kolejnych wydaniach już niedostępnym składnikiem był sprzętowy kontroler, w postaci zminiaturyzowanego MS 20. Za jego pomocą można było ustawiać brzmienia, nawet łączyć gniazda kablami i każda z tych operacji od razu miała odzwierciedlenie w samej aplikacji. Oczywiście był to wyłącznie kontroler dedykowany konkretnemu oprogramowaniu. Jak się miało okazać, odegrał on jednak pewną rolę w narodzinach MS 20 Mini. Kolejne edycje (czyli w naszym wypadku Analog Edition) były już wyłącznie programowe - obecnie MS20 Legacy oferuje się jako oddzielną aplikację, podobnie jak pozostałe. Jest to jedna z lepiej brzmiących wirtualnych replik klasycznych analogów, ale - bądźmy szczerzy - różni się od oryginału na tyle, że prawdziwych koneserów nie może w pełni zaspokoić. Co jednak już dawno odkryto, analogowego charakteru (czasem wręcz niedoskonałości) na razie nie da się idealnie odtworzyć metodami cyfrowymi.

Dalszy ciąg tej historii Czytelnicy już znają - trzy lata temu Korg zaprezentował analogowy model Monotron (EiS 8/2010), śmiało mogący kandydować do miana najmniejszego i najtańszego syntezatora na świecie. Być może niewiele osób zwróciłoby uwagę na tę zabawkę, gdyby nie informacja, że filtr jest repliką LPF z sekcji MS 20. Dodajmy od razu - starszego wariantu. Następnym krokiem był Monotribe (EiS 11/2011), kolejnymi Monotrony Duo i Delay (EiS 5/2013). Rynek został zbadany i oceniono, że ponowne wprowadzenie kompletnego MS 20 będzie komercyjnym sukcesem.

Zadania zaprojektowania nowego instrumentu podjął się tym razem Hiroaki Nishijima, choć zapewne z pomocą Fumio Miedy. Teoretycznie było ono proste. Projekt istniał, niczego nie trzeba było wymyślać od nowa, ale... Owszem, projekt istniał, ale stworzony z myślą o częściach dostępnych w 1978 roku, a przez 35 lat sporo się zmieniło. Trzeba było wszystko przełożyć na współczesne komponenty (SMD), co wcale nie było proste. Największy problem sprawiła sekcja filtrów. Tu oficjalne informacje producenta nie pozostawiają wątpliwości - w przypadku MS 20 Mini wykorzystano oryginalny schemat z 1978 roku, zatem starszy wariant. Oczywiście Korg35 od dawna nie jest wytwarzany i musiał zostać zastąpiony innymi komponentami. Czy zatem można mówić o naprawdę oryginalnym, pierwotnym układzie elektronicznym? Sam Hiroaki Nishijima jest w tej kwestii dość ostrożny, nazywając go raczej nową, trzecią wersją, w dodatku przyznaje, że brzmi ona jednak nieco inaczej niż pierwowzór. Co ciekawe, prototyp syntezatora zbudował w oparciu o stary kontroler z pakietu Legacy, po prostu wstawiając do wnętrza nową elektronikę. Początkowo zresztą sądziłem, że producent wykorzystał istniejące formy i części mechaniczne, ale okazuje się, że zostały one w większości zaprojektowane od nowa. W tym także miniaturowa klawiatura, nie mająca nic wspólnego ze znanymi z innych modeli producenta. Jak przyznali sami konstruktorzy, część elementów pochodzi z Japonii, ale cały instrument powstaje już w chińskich zakładach.

Czas na Korg MS-20 Mini

Za sobą mam chyba najdłuższe wprowadzenie, jakie kiedykolwiek napisałem przy okazji testu, ale ten instrument naprawdę na nie zasługiwał. W końcu takie powroty po trzech dekadach nie zdarzają się codziennie.

Pierwsze spostrzeżenie - nawet karton jest kopią (zmniejszoną) oryginalnego. Załączona instrukcja obsługi to reprint oryginału, zachowano format i kolorystykę. Zawarte w niej zdanie (z 1978 roku!), że produkt ten wykorzystuje „najnowocześniejszą dostępną obecnie technologię” brzmi nieco zabawnie, choć wcale nie jest tak dalekie od prawdy. Oprócz instrukcji otrzymujemy broszurę (także reprint) z przykładowymi ustawieniami i kilkoma czystymi szablonami oraz jedyny dokument z naszych czasów, opisujący specyficzne cechy reedycji modelu, np. MIDI.

Oczywiście od początku wiedziałem, że reedycja będzie mniejsza od oryginału, bo jej rozmiary stanowią 86% pierwotnych. Dlaczego akurat tyle? Bo dzięki temu można zastosować miniaturowe klawisze i zachować wszystkie proporcje. To jasne, ale dlaczego w ogóle zdecydowano się na miniaturę? Takie pytanie zadano samym konstruktorom i odpowiedzieli, że to... z szacunku dla oryginału, bo nie chcieli go dewaluować nowym urządzeniem o takich samych gabarytach. Rozumiem, że taka jest wersja oficjalna i jej będą się trzymać. Czy zadecydowały względy ekonomiczne? Być może, choć oszczędność na materiale nie jest chyba zbyt duża. Rozmiary nie mają żadnego wpływu na walory brzmieniowe, a układ elementów na panelu jest taki, że nawet w mniejszej skali obsługa nie stanowi problemu. Natomiast miniaturowa klawiatura ma niewielką użyteczność. Grać się na tym za bardzo nie da, chyba że ma się naprawdę drobne dłonie i jest się do takiej wielkości przyzwyczajonym. Owszem, nie lubię instrumentów z klawiszami mini, bo pasują do zabawek, nie poważnych syntezatorów.

Konsekwencją miniaturyzacji jest także zastąpienie gniazd TR w rozmiarze 6,3 mm innymi - 3,5 mm. W tym wypadku MS 20 Mini łatwiej zintegruje się z europejskim sprzętem modularnym, w większości wyposażonym właśnie w takie złącza. Jeśli zechcemy połączyć stary egzemplarz z nowym, będą potrzebne specjalne kable albo przejściówki.

Poza wymiarami (i oczywiście mniejszą masą - 4,8 kg w porównaniu z 7,7 kg poprzednika) bardzo starannie odtworzono wszystkie cechy klasycznego syntezatora. Obudowę ze stalowej blachy, rodzaj czarnej farby i jasnoszarą grafikę (napis z tyłu jest także taki sam, jedynie w miejscu metalowej plakietki znajduje się naklejka) oraz boki z tworzywa. Nawet liczba i rozmieszczenie wkrętów się zgadza. Brak ośmiu otworów (zakrytych gumowymi zaślepkami), które służyły do kalibracji starego MS 20. Współczesne układy analogowe są po prostu stabilniejsze, choć i je czasem trzeba podregulować. Być może jakieś elementy znajdują się na samych płytkach drukowanych, co jednak nas nie powinno interesować, bo to kwestia wyspecjalizowanego serwisu.

Od strony funkcjonalnej najistotniejszą różnicą jest wyposażenie instrumentu w MIDI, w związku z czym stosowne gniazda (USB oraz DIN jako samo wejście) znajdują się z tyłu obudowy. Od razu wyjaśnijmy, że specyfikacja została ograniczona do absolutnego minimum, niezbędnego do integracji z resztą współczesnego studia czy zestawu scenicznego. Syntezator rozpoznaje wyłącznie komunikaty nutowe (Note On/Off) i to tylko na kanale 1. Jest też ograniczenie zakresu, zresztą odpowiadające właściwościom oryginału - od C1 do G7. Korzystając z portu USB można także wysyłać komunikaty z klawiatury, ale tylko nuty w zakresie klawiatury i wyłącznie na kanale 1 (wówczas szybkość ataku zawsze ma wartość 64). Oczywiście MS 20 Mini raczej nie nadaje się do roli klawiatury sterującej MIDI, tak ze względu na jej nieporęczny rozmiar, jak i bardzo ograniczony potencjał.

Ostatnią rzeczą, która istotnie różni testowany model od poprzednika, jest zewnętrzny zasilacz sieciowy (tego klasyk nie miał). I tu ciekawostka, otóż podobnie jak stary MS 20, wariant Mini pracuje na napięciu ±15 V (DC), zresztą typowym dla analogów. Tymczasem zasilacz jest na 9 V (DC), co wymusiło zastosowanie pewnych rozwiązań wewnątrz samej obudowy (czego oczywiście wcześniej nie było).

Panel MS 20 Mini jest idealnym odwzorowaniem starszego i większego krewniaka, oczywiście w odpowiedniej skali. Nawet gałki potencjometrów (niestety kiwających się na boki) i czterech przełączników obrotowych są zmniejszoną kopią oryginalnych, zastosowano również identyczne połączenie włącznika i potencjometru głośności (obok niego pojawił się nowy element - dioda sygnalizująca stan włączenia). Nieco inne jest kółko modulacji, za to charakterystyczny przycisk do ręcznego wyzwalania zdarzeń jest taki sam, nawet nie zmniejszony. Jeśli ktoś pracował wcześniej z klasykiem, przesiadka na jego reedycję nie sprawi najmniejszego kłopotu.

W zestawie otrzymujemy 10 kabli, dość krótkich i nadających się raczej tylko do łączenia gniazd w obrębie samego instrumentu. W innych wypadkach będziemy potrzebować czegoś dłuższego. Nie jest to jednak wyraz skąpstwa producenta, po prostu ta długość pozwoli na połączenie dowolnej pary na panelu, a przy tym nadmiar kabla nie będzie się nam plątał na klawiaturze.

Korg MS 20 (także Mini) ma bardzo charakterystyczny układ panelu, sprawiający że od razu rozpoznajemy instrument. Jest nieco nachylony w stosunku do pionu, co pozwala na łatwe manipulowanie potencjometrami, łączenie kablami, a przy tym zachowana jest jego czytelność. Nieco ponad połowę powierzchni w lewej części zajmują elementy regulacyjne poszczególnych sekcji. W prawej części znalazły się gniazda na napięcia sterujące i impulsy bramkujące (a konkretnie s trigger), wyjście liniowe, wyjście słuchawkowe, wejście na zewnętrzny sygnał audio oraz sekcja procesora sygnałów zewnętrznych (External Signal Processor). Układ gniazd może się wydać na pierwszy rzut oka nieco chaotyczny, ale jest w nim pewna logika. Poza tym na panelu mamy bardzo czytelną legendę, z grafikami symbolizującymi poszczególne bloki i układ połączeń. Nawet nie czytając instrukcji łatwo się w tym wszystkim zorientować. Zauważono to zresztą już 35 lat temu, chętnie wykorzystując MS 20 do celów edukacyjnych. Instrument doskonale nadaje się dla początkujących, którzy dzięki niemu poznają podstawy syntezy dźwięku.

Syntezator Korg MS-20 Mini

Korg MS 20 Mini jest klasycznym subtraktywnym syntezatorem analogowym (dodajmy, że analogowym w 100%), należącym do kategorii semimodularnych. Oznacza to, że poszczególne elementy toru syntezy zostały wewnętrznie połączone i do uzyskania dźwięku nie trzeba stosować żadnych dodatkowych kabli. Jednak znajdujące się na wyposażeniu gniazda napięciowe pozwalają na stworzenie innych konfiguracji, generalnie polegających (w tym konkretnym przypadku) na zastępowaniu wewnętrznych połączeń innymi. Możemy oczywiście dokonywać komutacji w ramach samego syntezatora, ale także stosować napięcia pochodzące z innych urządzeń.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na istotną kwestię. Otóż w latach 70. Korg stosował w swoim sprzęcie standard Hz/V, inny niż znacznie powszechniejszy (i dziś absolutnie dominujący) V/oktawę. Standard był typowy dla producentów japońskich, w zasadzie jeszcze tylko Yamahy. Generalnie polega na tym, że interwałowi równemu oktawie odpowiadał dwukrotny wzrost napięcia, czyli np. 4 V pozwalały na uzyskanie dwukrotnie wyższej częstotliwości VCO niż 2 V. W standardzie V/oktawę interwałowi równemu oktawie odpowiadała zawsze wartość 1 wolta. Odwołując się do przytoczonego przykładu, 4 V dawały cztery razy większą częstotliwość oscylatora niż 2 V.

Ponadto zamiast najbardziej popularnego sposobu wyzwalania obwiedni (czyli za pomocą impulsu napięciowego gate) w MS 20 wykorzystano tzw. short circuit trigger, czyli s trigger. Wyzwolenie następowało po zwarciu do masy, a nie pojawieniu się napięcia rzędu +5/+10 V jak w przypadku gate. Ten standard był w latach 70. całkiem popularny, stosował go nawet Moog (np. w Minimoogu) - obecnie jednak, podobnie jak Hz/V, praktycznie zaniknął. Oczywiście z myślą o użytkownikach klasycznych urządzeń produkuje się konwertery MIDI/CV, które pozwalają na stosowanie wszystkich dawnych standardów. Posiadacz MS 20 Mini nie będzie ich jednak potrzebował, gdyż instrument wyposażono w MIDI.

Nieco większy problem pojawi się, gdy będziemy chcieli wykorzystać inne urządzenia (pracujące w standardzie V/oktawę i gate) wraz z testowanym modelem. Należy wówczas pamiętać o dostosowaniu napięć (zwłaszcza gdy chcemy uzyskać konkretne wysokości dźwięku z VCO), co w przypadku analogowego sekwencera nie stanowi problemu, a także konwersji gate na s trigger. I to drugie jest bardzo proste, rzecz załatwia (nie wymagający zasilania) układ składający się pojedynczego rezystora i tranzystora NPN.

Podstawę barwy MS 20 stanowią dwa oscylatory (z oktawowymi przełącznikami zakresu), przy czym pierwszy z nich generuje przebiegi trójkątne, piłę i impuls z regulacją szerokości (PW), zamiast nich można też wykorzystać biały szum. Generator szumu jest zresztą niezależnie dostępny w sekcji modularnej i oferuje dwa wyjścia: biały i różowy. Drugi oscylator generuje piłę oraz dwie wersje impulsu o różnych, lecz stałych wartościach PW. Zamiast niego można przełączyć się na modulator kołowy, będący jedną ze specjalności MS 20. Wykorzystuje on na wejściach sygnały z VCO 1 (przebieg wybrany przełącznikiem) oraz VCO 2, zawsze impuls o mniejszym PW. Dodajmy, że drugi oscylator można odstroić względem pierwszego, dostroić oba łącznie, a także ustalić czas portamento. Nie ma funkcji synchronizacji VCO, nie da się także modulować PW pierwszego z nich. Natomiast warto podczas gry manipulować potencjometrem tego parametru - w okolicach 75% obrotu szerokość impulsu osiąga taką wartość, że sygnał praktycznie zanika, co wprowadza ciekawe efekty, np. gdy oscylatory są nieznacznie odstrojone.

Zmiksowany sygnał obu VCO (ew. zamiast jednego z nich szum albo modulator kołowy) trafia do miksera, a następnie do sekcji filtrów. Najpierw górnoprzepustowego (o tłumieniu 6 dB/oktawę, często spotyka się błędną informację, że to 12 dB/oktawę), a następnie dolnoprzepustowego (12 dB/oktawę). Oba filtry mają absolutnie niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju charakter - dzięki niemu da się rozpoznać MS 20 z zamkniętymi oczami. Oba wzbudzają się przy wysokich wartościach rezonansu i mają skłonność do lekkiego przesterowania, zwłaszcza LPF. Ten nieco narowisty, agresywny charakter postrzegany jest jako największa zaleta. Gdy wzbudzimy LPF i zaczniemy kręcić potencjometrem częstotliwości, w dźwięku będą pojawiać się nowe składowe, stanie się on bogatszy, pełniejszy.

Warto także docenić ergonomię - generalnie panel instrumentu jest wyjątkowo udany - a w przypadku filtrów mamy dwa duże potencjometry częstotliwości odcięcia, ulokowane w takiej odległości, że można swobodnie manipulować każdym z nich, ale także obracać oba jedną ręką, podczas gry.

Sygnał z sekcji VCF trafia do wzmacniacza, któremu przypisano na stałe obwiednię ADSR. Znajdziemy tu jeszcze jeden parametr, HOLD, który w istocie przedłuża, o ustawiony odcinek czasu, działanie impulsu wyzwalającego, zatem opóźnia początek fazy wybrzmienia (na atak i opadanie nie ma wpływu).

Jak widać, MS 20 jest stosunkowo prostym syntezatorem, wykorzystującym najniezbędniejsze bloki - przy tym układ elementów audio jest stały i nie można go zmienić. Mamy za to ciekawie rozwiązaną kwestię modulacji, zarówno w postaci wewnętrznych połączeń, jak i zestawu gniazd napięciowych. Przede wszystkim możemy doprowadzić zewnętrzne napięcia (zamiast MIDI) na wejścia do sterowania częstotliwościami obu VCO naraz, albo tylko drugiego, a także zewnętrzny s trigger do startowania obu obwiedni. ADSR wzmacniacza ma numer 2, pierwszą jest prostsza obwiednia DAR (AR z czasem opóźnienia startu), mająca gniazdo na niezależny impuls bramkujący, gdy chcemy ją startować za pomocą innego s triggera. EG 1 dysponuje wyjściem napięciowym, na którym pojawia się jej inwertowany sygnał, zaś EG 2 ma dwa - na sygnał normalny i inwertowany.

Pojedynczy LFO (nazwany tu Modulation Generator, w skrócie MG) rozwiązano bardzo ciekawie - generuje równocześnie przebiegi trójkątne i impulsowe, przy czym ich kształt można płynnie zmieniać (w istocie pierwszy z nich przechodzi od piły, poprzez trójkąt do piły odwróconej, a w drugim zmieniamy szerokość impulsu). Obie fale mają oddzielne wyjścia napięciowe. Syntezator wyposażono także w układ sample & hold, z wejściami na sygnał próbkowany i zegar oraz wyjściem napięciowym. Jest także drugi wzmacniacz, który można wykorzystać do kształtowania amplitudy dowolnego sygnału - audio lub napięciowego. O ile nie podłączymy zewnętrznego modulatora, do tego celu wykorzystana zostanie pierwsza obwiednia. Listę dostępnych napięć sterujących uzupełniają sygnały z klawiatury, kółka modulacyjnego (pod nim znajduje się mały przycisk ręcznego wyzwalania s triggera, który pojawia się w odrębnym gnieździe) oraz sekcji procesora zewnętrznych sygnałów, o którym opowiem z chwilę.

A co możemy za pomocą tego arsenału modulować? Częstotliwości obu oscylatorów (równocześnie, ew. dodatkowo samego VCO 2), częstotliwości odcięcia obu filtrów (oddzielnie) oraz poziom inicjalny VCA. Każdy z tych parametrów ma swoje gniazdo napięciowe, ale jeśli nie doprowadzimy do nich żadnych sygnałów, wówczas do dyspozycji mamy wewnętrzne komutacje. W przypadku VCO są to: LFO (w połączeniach wewnętrznych zawsze wykorzystywany jest przebieg trójkątny) i EG 1, zaś dla obu filtrów: znów LFO oraz EG 2, oczywiście zawsze z oddzielnymi potencjometrami głębokości. Te potencjometry służą także do ustalenia głębokości modulacji za pomocą innych sygnałów, które doprowadzimy na wejścia napięciowe i zastąpimy nimi połączenia wewnętrzne. Interesującym elementem jest gniazdo opisane jako TOTAL - doprowadzone doń napięcie może posłużyć do równoczesnego modulowania częstotliwości obu VCO i VCF, przy czym głębokości ustalamy już indywidualnie.

Bardzo cennym składnikiem MS 20 jest tzw. External Signal Processor, zajmujący dolną część panelu modularnego. Służy do obróbki dowolnego materiału audio, a także uzyskiwania z niego napięć sterujących i impulsów bramkujących. Ustalamy poziom owego sygnału, a także korygujemy barwę za pomocą dwóch prostych filtrów (odcinających górne i dolne pasma).

Tak przetworzony sygnał możemy np. dostarczyć na wejście sekcji VCF, ale także wykorzystać inaczej. Procesor zewnętrznych sygnałów zawiera bowiem dwa elementy: detektor obwiedni (zamieniający profil dynamiczny sygnału audio na zmienne napięcie sterujące, a po przekroczeniu wartości ustalonej potencjometrem czułości generujący dodatkowo s trigger) i konwerter częstotliwości na napięcie. Zwracam szczególną uwagę na ostatni z wymienionych, niespotykany w tej klasie urządzeń. Konwerter ten zamienia podstawową częstotliwość sygnału audio na odpowiadające jej napięcie (można je korygować potencjometrem CV adjust). Oczywiście najlepiej działa z prostymi, monofonicznymi partiami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wykorzystać złożony materiał i uzyskać nieco bardziej zwariowane efekty. Można zatem próbować grać za pomocą gitary, instrumentów dętych itp. Nie jest to z pewnością sterowanie precyzyjne, ale gwarantuje naprawdę ciekawe rezultaty.

Konwerter częstotliwości na napięcie w ogóle jest rzadkim, bo trudnym do skonstruowania modułem i na ogół drogim. Jego obecności na pokładzie MS 20 radziłbym nie lekceważyć, bo oferuje naprawdę spore możliwości, podobnie jak cały procesor sygnałów zewnętrznych. Jeden z wielu godnych uwagi tricków polega na tym, że do omawianej sekcji doprowadzamy szum z generatora, a następnie tak ustawiamy czułość detektora obwiedni, by w momencie gdy amplituda osiągnie wartość szczytową, następowało wyzwolenie impulsu bramkującego (s trigger). Ze względu na rodzaj przetwarzanego materiału będzie to zjawisko o charakterze losowym. Napięcia z detektora i konwertera można wykorzystać do sterowania różnymi parametrami, uzyskując osobliwe i nieco zwariowane struktury.

Inne pomysły nasuwa także układ sample & hold - jako zegar wykorzystujemy impulsy z sekwencera, klawiatury, przycisku ręcznego wyzwalania itp. W tej roli da się wykorzystać także przebieg impulsowy pokładowego LFO (choć jest to zmienne napięcie), z tym że najlepiej będzie ustawić potencjometr kształtu fali na maksimum. Próbkować można dosłownie wszystko, od sygnałów audio, po napięcia z innych modułów. A nade wszystko warto - przepraszam za kolokwializm - po prostu kręcić gałami (naturalnie nie mam na myśli gałek ocznych)...

Każde zdanie powyższego opisu można z powodzeniem zastosować zarówno do klasycznego MS 20, jak i współczesnego Mini - pod względem funkcjonalnym są po prostu identyczne. Producent nawet nie próbował niczego zmieniać, poprawiać czy dodawać nowych elementów (poza MIDI) - i chwała mu za to. Zachował oryginalną postać kultowego instrumentu, zarówno jego wygląd, jak i działanie oraz - co najważniejsze - brzmienie. Nie będę zresztą przesadzał z komplementami. MS 20 Mini bezwzględnie na nie zasługuje, ale ma też wyjątkowe szczęście, bo nie musi pracować na swoją reputację - od ponad trzech dekad robi to z sukcesem jego wielki poprzednik.

Porównanie z klasykiem - Korg MS-20 vs. Korg MS-20 Mini

W przeszłości wielokrotnie miałem okazję testować modele, które były w części lub nawet w całości emulatorami klasycznych urządzeń. Pod postacią wtyczek, sprzętu cyfrowego, a nawet analogowego. Zawsze w takich razach zadawałem sobie pytanie - czy wierność reprodukcji charakterystyki oryginału jest w tym wypadku najistotniejsza? Czy stanowi kryterium oceny? A jeśli replika brzmi lepiej niż pierwowzór, ale przecież inaczej - to źle, czy dobrze?

Tym razem jednak mamy do czynienia z nieco innym przypadkiem, bo to przecież nie jest żaden emulator, ale taki sam układ elektroniczny, tyle że zrealizowany za pomocą współczesnych komponentów. Nie bardzo podobny instrument, ale po prostu taki sam. No, prawie... Czy to ostatnie słowo ma jakieś ukryte znaczenie? Bez wątpienia większość Czytelników zadaje sobie pytanie - które zresztą nurtowało i mnie - jak wypadnie porównanie obu MS 20, starego i nowego? Zanim podzielę się swoimi spostrzeżeniami, winien jestem kilka uwag.

Po pierwsze - porównanie nowego instrumentu z egzemplarzem mającym już swoje lata jest zawsze obarczone pewną niedokładnością. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi analogowa elektronika, która niestety się starzeje, co więcej - w różnym stopniu, gdy zestawimy ze sobą kilka pozornie identycznych urządzeń. Teoretycznie, jeśli syntezator był dobrze traktowany, co więcej - sprzęt został w ostatnim czasie wyremontowany, odświeżony - powinien zabrzmieć tak samo, jak w dniu, gdy opuszczał fabrykę. Szkopuł w tym, że owa teoria niekiedy mija się z praktyką, o czym sami zainteresowani nie zawsze wiedzą. Znam przypadek, gdy chciano porównać brzmienie Minimooga z wirtualnym emulatorem i dla lepszego obrazu zebrano w studiu kilka egzemplarzy - okazało się, że były między nimi subtelne różnice. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że sprzęt przechowywany w odpowiednich warunkach, wykorzystywany zgodnie z zaleceniami producenta i (co bardzo ważne) zasilany stabilnym prądem, po wielu latach zachowuje wszystkie swoje oryginalne cechy. Może się zdarzyć, że będą trzeszczeć potencjometry, coś zaiskrzy na przełącznikach, ale charakter brzmienia powinien pozostać bez zmian.

Po drugie - zauważalne różnice między różnymi egzemplarzami tego samego modelu nie zawsze wynikają z upływu czasu. Pomijam historię konkretnego instrumentu, który być może został przez któregoś z poprzednich właścicieli zmodyfikowany, względnie naprawiony za pomocą współczesnych części - czasem wymiana starego tranzystora na nowy potrafi zmienić brzmienie. O czym się rzadko wspomina - model z początku produkcji niekiedy różni się od tego z jej końca. Jeśli sięgniemy do historii syntezatorów, okaże się, jak wiele z nich było w trakcie wytwarzania modyfikowanych. Czasem z powodu wycofania z produkcji określonych podzespołów i konieczności zastąpienia ich innymi (tak było m. in. w przypadku Rolanda MKS 80), innym razem w celu poprawy pewnych właściwości (wspomniany Minimoog został nieco zmodyfikowany, by zwiększyć stabilność temperaturową układu). Niekiedy nie miało to wpływu na brzmienie, ale bywało wręcz odwrotnie. W przypadku niektórych instrumentów producent grał w otwarte karty, wprost oznaczając kolejne wersje (jak było choćby z modelem Prophet 5), ale czasem nabywca nie miał pojęcia, że jego syntezator jest w środku nieco inny niż taki sam u kolegi. Modyfikacje nie ominęły praktycznie żadnego klasycznego instrumentu, który był produkowany co najmniej kilka, czasem i kilkanaście lat - by wymienić (oprócz już wspomnianych) jeszcze: ARP 2600, ARP Odyssey, VCS 3 i Synthi A, a nawet... Poliwoks. I oczywiście Korg MS 20, o czym już była mowa wcześniej (zmiana układu VCF).

Kończąc nieco przydługie wprowadzenie, powiem jeszcze o samej metodzie porównawczej. Dokładne sprawdzenie każdej funkcji, każdego drobiazgu byłoby po prostu niemożliwe, a w każdym razie bardzo trudne i raczej niewykonalne w rozsądnym czasie, jaki można poświęcić na badania. Skupiłem się zatem na kluczowych kwestiach - przebiegach oscylatorów, działaniu obu filtrów, czasach obwiedni, zakresie częstotliwości LFO i zakresach regulacji głębokości modulacji kluczowych parametrów. Starałem się także ustalić czułość detektora obwiedni oraz konwertera częstotliwości na napięcie. Za najważniejszą uznałem subiektywną ocenę dźwięku, a w dalszej kolejności jego analizę za pomocą dostępnych narzędzi. Dotyczy to przede wszystkim porównania krzywych przebiegu uzyskanych próbek, co ilustruje kilka przykładów (patrz grafiki). Porównywałem na dwa sposoby - najpierw starając się ustawić potencjometry i przełączniki testowanych syntezatorów w identycznych pozycjach, a jeśli wynikowe brzmienie wykazywało różnice, sprawdzałem, czy korekta ustawień w MS 20 Mini pozwala na uzyskanie dokładnie takiego samego dźwięku.

Ale dość już teorii, niech przemówią fakty. Nie dokonałem żadnych sensacyjnych odkryć i trudno byłoby się takowych spodziewać. Generalnie mamy do czynienia z takim samym instrumentem jak przed laty, tylko że zbudowanym w oparciu o współczesne komponenty i technologię SMD. Charakter brzmienia jest w zasadzie tożsamy z oryginalnym, z niemal wszystkimi detalami. Tym niemniej zauważyłem pewne różnice - ocenę ich wagi pozostawię Czytelnikom. Jedna jest szczególnie wyraźna, a dotyczy ogólnego poziomu dźwięku. Otóż stary MS 20 jest wyraźnie głośniejszy, ma lepszą dynamikę. Gdy ustawimy potencjometr VOLUME na maksimum, wiele barw będzie niemal wysadzać głośniki. MS 20 Mini gra ciszej, ale też dość żwawo i dynamicznie. Zresztą proszę przyjrzeć się wykresom przebiegów (i posłuchać kilku przykładów audio) - abstrahując od innych różnic, wyraźnie widać niższą amplitudę tych, które pochodzą z nowego egzemplarza. Dlaczego tak jest, to już pytanie do producenta. Nie sądzę, by istniały jakieś przeszkody techniczne, najprawdopodobniej jest to wynik świadomej decyzji. Moja rada - jeśli ktoś chce odczuć prawdziwą moc MS 20 Mini, niech łączy go przez DI box.

Ponieważ podstawą barwy są oscylatory, uważnie przeanalizowałem ich przebiegi. Na wykresach widać wyraźne różnice między starym egzemplarzem, a nowym (pierwszy zawsze znajduje się na górze i ma żółte tło, drugi - zielone). Co ciekawe, gdy je porównujemy ze słuchu, różnica jest dużo mniejsza, niż mogłoby to wynikać z krzywych przebiegów. Najbardziej wyraźna w przypadku fali trójkątnej (VCO 1). Klasyczna MS 20 ma więcej składowych, jest bogatsza - co i widać, i słychać - podczas gdy MS 20 Mini w istocie raczej zbliża się do sinusoidy. Piły w obu wypadkach brzmią niemal identycznie, różnice są nieistotne, choć widoczne na wykresie. Co ciekawe, ten przebieg jest w nowym egzemplarzu odwrócony w fazie w stosunku do klasyka (nb. podobnie jak trójkątny). Krzywe fali impulsowej (na wykresie widzimy VCO 1 przy ustawieniu PW = 50%) także dość istotnie różnią się od siebie, choć słuchając obu przykładów nie wydaje się to aż tak wyraźne. Reasumując - sekcję oscylatorów udało się dość dobrze odtworzyć, instrumenty różnią się paroma niuansami, choć w ogólnym rozrachunku i one mogą wpływać na inny odbiór końcowego rezultatu - zwłaszcza gdy VCO 1 będzie generować przebieg trójkątny.

Elementem, któremu MS 20 w znacznej mierze zawdzięcza swoją sławę, jest sekcja filtrów. Wykonane testy wskazują na dwie najistotniejsze różnice. Po pierwsze - w klasycznym egzemplarzu znacznie szybciej dochodzi do wzbudzenia VCF (szczególnie jest to odczuwalne w przypadku LPF). Już ustawienie rezonansu w okolicach siódemki na skali powoduje, że filtr elegancko gwiżdże, jakby szybciej pojawia się też tak charakterystyczne przesterowanie. W MS 20 Mini musimy obrócić potencjometr o dwie kreski dalej, by uzyskać taki efekt. Drugie spostrzeżenie dotyczy zakresu głębokości modulacji częstotliwości odcięcia - w przypadku starego egzemplarza jest on nieco większy, co wyraźnie słychać, gdy wykorzystamy np. obwiednię i ustawimy potencjometr głębokości na maksimum.
Na płycie znajdują się trzy przykłady audio, stanowiące porównanie działania sekcji filtrów - dodatkowo zostały zaprezentowane w postaci krzywych (znów stary MS 20 jest na górze, z żółtym tłem, Mini na zielonym). Pierwszy z nich (na płycie jest to plik o nazwie MS20 VCF test 1.wav) to pojedynczy, niemodulowany przebieg VCO, przepuszczony przez filtr dolnoprzepustowy, którego częstotliwość odcięcia modyfikowana jest za pomocą obwiedni (EG 2). Ustawienia w obu instrumentach były takie same, przy czym rezonans miał wartość równą 7. Pierwsza (z trzech) próbka to klasyczny MS 20, druga MS 20 Mini. Ich po­równanie wskazuje na wyraźnie mniejszy rezonans i brak wzbudzenia w modelu Mini, a także mniejszą intensywność modulacji częstotliwości (w obu wypadkach ustawiono maksimum). Trzecia próbka to znów Mini, ale z rezonansem o wartości 9, co pozwoliło na uzyskanie bardzo podobnego rezultatu. Oczywiście nadal zauważalna jest różnica głębokości modulacji, co widać także na krzywej przebiegu (w postaci wyraźnej górki).

Drugi przykład, składający się z dwóch próbek (pierwsza znów z klasycznego MS 20), to porównanie filtrów dolnoprzepustowych, ale tym razem ich częstotliwości modulowane są za pomocą LFO. Ustawienia na obu instrumentach są identyczne, także rezonansu (wartość 9). Poza tym, że głębokość modulacji jest większa na starym egzemplarzu, brzmienia są bardzo do siebie zbliżone. Różna jest - o czym już była mowa - amplituda.

Trzeci przykład porównuje dla odmiany HPF obu urządzeń. I tym razem ustawienia były identyczne, jednak wynikowy dźwięk jest zupełnie inny, co zresztą nie tylko słychać, ale też widać na wykresie.

Sekcja filtrów MS 20 Mini jest więc tym elementem, który wykazuje największe różnice w stosunku do klasycznego modelu. Jeśli za punkt wyjścia przyjąć istnienie dwóch wersji, to nowy egzemplarz prezentuje nam trzeci wariant (co potwierdza sam konstruktor). Różniący się zarówno od tego, który bazował na chipie Korg35, jak i późniejszego, z LM13600. Moim zdaniem, choć to oczywiście subiektywna opinia, obie wersje starego modelu są sobie pod tym względem bliższe niż nowy któremukolwiek z nich. Oczywiście warto zadać pytanie, czy to jest aż tak istotne? Uważam, że nie. Po pierwsze bowiem, oryginalny charakter brzmienia został zachowany. Jest ono wyraziste, agresywne (z wyraźnym przesterowaniem) i ma wszystkie cechy pierwowzoru. Czasem dla uzyskania takiego samego rezultatu trzeba nieco skorygować ustawienia, ale to przecież nie problem. Filtry brzmią świetnie i mają równie niepowtarzalne walory, jak klasyk.

Pozostałe elementy syntezatorów nie wykazują istotnych różnic, choć - co zastrzegłem wcześniej - nie byłem w stanie szczegółowo przebadać absolutnie wszystkich ustawień. Zakresy częstotliwości LFO, czasy i poziomy obwiedni są praktycznie takie same. Być może są subtelne różnice kształtów przebiegów LFO, ale raczej nie ma to wpływu na wynikowy dźwięk. Identycznie działają połączenia wykonywane za pomocą gniazd napięciowych. Także sekcja procesora sygnałów zewnętrznych działa w ten sam sposób, choć w przypadku MS 20 Mini może nawet nieco precyzyjniej.

Powyższe porównania proszę jednak traktować z pewnym dystansem. Zrozumiałe jest, że jeśli tak znany producent reaktywuje swój produkt po 30. latach (i to model wręcz kultowy), zestawienia obu egzemplarzy po prostu nie da się uniknąć. Za wszelką cenę chciałem uniknąć sytuacji, w której moje badania sprawiałyby wrażenie zamierzonego dowodzenia, iż stare jest lepsze (albo na odwrót). Nie jest. Jest nieco inne. Rozumiem i akceptuję opinie innych użytkowników - ktoś może uznać klasyka za bardziej odpowiadającego jego oczekiwaniom, innym bardziej przypadnie do gustu jego następca (co pewnie uzależnione będzie od tego, co akurat posiadają...). Większość chyba zgodzi się, że to wciąż ten sam, fascynujący syntezator, choć obecnie po prostu nieco mniejszy. I pod takim stanowiskiem się podpisuję.


Zakres zastosowań

• współczesna reedycja absolutnego klasyka, zachowująca wszystkie cechy oryginału, przy nieco mniejszych wymiarach
• instrument dla muzyków poszukujących, lubiących własne barwy i typowo analogowe brzmienie
• niewyczerpalna kopalnia intrygujących dźwięków

 

Nasze spostrzeżenia

+ klasyczne, rewelacyjne brzmienie
+ wierne odtworzenie oryginału
+ prostota obsługi
+ spore możliwości modulacji barwy
+ charakterystyczne filtry
+ atrakcyjna cena
- chwiejące się potencjometry
- niższy niż w oryginale poziom wyjściowy dźwięku

 

Podsumowanie

Przede wszystkim pragnę przeprosić tych Czytelników, którym mój tekst wydał się długi i niepotrzebnie wypełniony tyloma informacjami. Ponowne wprowadzenie do produkcji tak wyjątkowego instrumentu uznałem jednak za wydarzenie na tyle istotne, że warto potraktować je w szczególny sposób. A z drugiej, cóż - może trochę chciałem się wykazać i trafiła się ku temu okazja...

Zalety MS 20 Mini są takie same jak w przypadku szacownego pierwowzoru. Niepowtarzalne i bardzo charakterystyczne brzmienie, wyjątkowa łatwość odnajdowania się w każdym miksie, przydatność zarówno jako syntezatora, jak i procesora efektów - to tylko niektóre z nich. Dodajmy łatwą, intuicyjną obsługę i - pomimo dość prostej w sumie budowy - ogrom możliwości. Ten instrument po prostu inspiruje, zachęca do eksperymentowania. Z racji obecności gniazd napięciowych doskonale integruje się z innym sprzętem modularnym. Dodanie gniazda MIDI (także w wersji USB) pozwala uniknąć konieczności stosowania dodatkowych konwerterów. Syntezator wystarczy podłączyć i grać.

Cieszę się, że producent oparł się pokusie unowocześnienia urządzenia i odtworzył je w oryginalnej postaci (wyposażając jedynie w MIDI). Dzięki temu dostajemy do ręki analogowy sprzęt rodem z końca lat 70., z jego brzmieniem, pewną zadziornością i nieprzewidywalnością. Tej staromodnej duszy nie zabiła współczesna technologia SMD. MS 20 Mini jest więc prawdziwym unikatem na rynku, nawet w gronie innych analogów. Wiele współczesnych modeli z tej kategorii charakteryzuje się wspaniałym, bardzo stabilnym i czystym brzmieniem. Są perfekcyjne, bo dziś technologia już na to pozwala - 35 lat temu to jeszcze nie było osiągalne. Opisane urządzenie symbolicznie przenosi nas w inną epokę, brzmi tak, jakby przez trzy dekady nic się nie zmieniło - choć jego wnętrze jest przecież jak najbardziej współczesne. Dlatego w pełni świadomie rezygnuję z rozważań o ewentualnej konkurencji, zresztą za tę cenę naprawdę trudno byłoby cokolwiek wskazać. Taki instrument kupuje się w nieco inny sposób - znając legendę poprzednika, jego reputację, po prostu decydujemy się na MS 20 albo nie.

Pamiętając o tak szlachetnym rodowodzie, wypominanie jakichkolwiek wad było nietaktem. Tak, wolałbym go w pełnym wymiarze, a nie miniaturę - na brzmienie wpływu to nie ma, ale na komfort pracy trochę tak. Współczesny wariant ma także pewne cechy modelu budżetowego, przede wszystkim kiwające się potencjometry, ale musimy je uznać za niezbędny kompromis (w końcu przed laty MS 20 też nie był szczytem luksusu). Jeśli zestawić je z absolutnie rewelacyjną ceną urządzenia, stają się naprawdę mało istotne. Obecnie nie ma na rynku analogowego syntezatora, który za tak niewielką kwotę oferowałby tyle możliwości i legendarne już brzmienie. Korg zrobił rzecz w pewnym sensie odważną, ale w swej prostocie genialną i jestem przekonany, że odniesie sukces. Czy zainspiruje on innych?

MS 20 Mini nie oznacza odwrócenia biegu historii, nie spodziewałbym się raczej wysypu reaktywowanych klasyków sprzed lat (czego w sumie trochę żałuję). Dla producenta to zapewne także boczny tor, choć z pewnością liczy na spore profity z tego tytułu. Bo zakładając, że chciałby pójść za ciosem, to co niby miałby wznowić? SQ 10, a może Polysiksa? Owszem, jest w czym wybierać, ale akurat MS 20 był tym strzałem w dziesiątkę, inne już niekoniecznie (choć sami konstruktorzy zastrzegli, że firma będzie obserwować reakcję rynku i podejmie decyzję o ew. dalszych krokach). Nie sądzę, by na przykład Roland nagle wpadł na podobny pomysł, tym bardziej że Korg jednak dość długo przygotowywał się na ten krok, a ich rodzimy konkurent na razie w ogóle nie zdradza zainteresowania światem analogów (choć reedycja SH 101 za rozsądne pieniądze mogłaby okazać się sukcesem). Yamaha chyba w ogóle już nie myśli o dawnych czasach, poza tym żaden z jej instrumentów analogowych nie osiągnął statusu kultowego, który byłby porównywalny z MS 20 (pomijam tu legendarnie masywnego i drogiego potwora CS 80). Wielu zasłużonych producentów już nie ma na rynku (choćby ARP), inni powrócili z nową, dodajmy, znakomitą ofertą - Moog, Dave Smith Instruments (spadkobierca Sequential Circuits), Tom Oberheim. No, rozmarzyliśmy się, a czas zejść na ziemię.

Jak kilkakrotnie już sygnalizowałem, MS 20 Mini skazany jest na sukces. Z racji walorów i ceny. Jego wprowadzenie do oferty producenta spotkało się z ogromnym zainteresowaniem i to na długo, zanim trafił do sprzedaży. Także w Polsce popyt jest naprawdę spory, czemu trudno się dziwić. Biorąc te fakty pod uwagę i sumując z wnioskami z testu, nie mam wątpliwości, że testowany model zasługuje na odznakę Nasz Typ. Trzymam też kciuki za jego sukces rynkowy i kolejną odważną decyzję Korga - jeśli mieliby wznowić SQ 10 i MS 50 (czego ponoć całkiem nie wykluczają), ja już się ustawiam w kolejce.

 


PRODUCENT
Korg, www.korg.com

DYSTRYBUCJA
Mega Music, tel. 58-551-18-82, www.megamusic.pl

Funkcja: monofoniczny, analogowy syntezator semimodularny.
Synteza: subtraktywna.

Tor syntezy: 2 oscylatory, generator szumu, modulator kołowy, 2 filtry, 2 wzmacniacze, 2 obwiednie, LFO, panel modularny z gniazdami napięciowymi, procesor sygnałów zewnętrznych.
Klawiatura: 37 zmniejszonych klawiszy.
Zasilanie: zewnętrzny adapter, 9 V DC.
Wymiary: 493×257×208 mm.
Waga: 4,8 kg.
Cena: 2.500 zł

Cena
2500,00 zł
Producent
KORG
Artykuł pochodzi z
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada
i Studio
czerwiec 2013
Kup teraz