Więcej...

Doceniam to czego nie da oddać się zapisem nutowym - Adam Kempa

09.03.2018  | Piotr Lenartowicz
Doceniam to czego nie da oddać się zapisem nutowym - Adam Kempa

Z Adamem Kempą rozmawiamy na chwilę przed premierą "Nieskończonego Dialogu", czyli wydawnictwa łączącego w sobie zbiór opowiadań oraz audiobook. Za warstwę muzyczną tego drugiego elementu odpowiada w dużej mierze nasz gość z którym rozmawiamy m.in. o powstawaniu tego projektu, jego doświadczeniach z pracy w bydgoskim Mózgu oraz chyba nieco przegapionej płycie "GODOT", którą nagrał wspólnie z Mateuszem Lubiewskim.

Pochodzisz z Bydgoszczy a więc dość znaczącego ośrodka na polskiej scenie alternatywnej. To wszystko co działo się wokół tamtejszego Mózgu miało na ciebie duży wpływ?

Adam Kempa: Jasne - yass, free jazz i szeroko rozumiana awangarda od zawsze głęboko mnie inspirowały. Tym bardziej jestem zadowolony, że trzy lata temu zacząłem pracować w Mózgu – najpierw jako barman i szatniarz a ostatecznie zostałem tam akustykiem. Moje wejście w tą rolę było dość niestandardowe, gdyż miało miejsce kiedy to któryś zespół z zagranicy przyjechał bez swojego nagłośnieniowca i trzeba było reagować. Jako, że wyszło nie najgorzej zajmowałem się tym przez kolejne półtora roku. Z jednej strony skok na tak głęboką wodę każe ci bardzo szybko wszystkiego się nauczyć i dostosować do sytuacji – wpadłem w trans oglądania wszystkich możliwych tutoriali mikserów Behringera X32 czy PreSonus StudioLive. A jednocześnie do dzisiaj nie wiem czym różni się wzmacniacz od końcówki mocy, być może nieco przesadzam ale mam świadomość poważnych braków w takiej, często podstawowej wiedzy. Doświadczenia tam zdobyte uważam za jedne z najcenniejszych jaki zgromadziłem zarówno jako akustyk jak i muzyk. Mam nadzieję, że „Mózgowcy” się na mnie nie obrażą, bo niezwykle cenię ten klub za dorobek artystyczny oraz niepowtarzalny nastrój, ale przyzna to każdy znany mi akustyk, który tam „kręcił”, że pomimo całkiem niezłego sprzętu ta sala nie brzmi najlepiej. Trzeba się nieźle namęczyć, żeby okiełznać np. większe składy.

Wcześniej miałeś jakieś doświadczenie w pracy jako akustyk albo kształciłeś się w tym kierunku?

Przed Mózgiem zdarzało mi się coś nagłaśniać przy sytuacjach nie do końca klubowych - angażowałem się w kilku ciekawych wydarzeniach jak np. koncerty w starej Synagodze. Moje muzyczne wykształcenie nie jest zbyt formalne/szkolne, coś tam zaczynałem ale nigdy nie kończyłem. Na reżyserię dźwięku zapisałem się, odebrałem legitymację i nie przyszedłem ani razu, bo studiowałem też na anglistyce. Później wróciłem zrobić tam praktyki, już jako nauczyciel angielskiego. Wyszło tak między innymi dlatego, że bardzo szybko zacząłem działać po tej „wykonawczej” stronie branży i nikt ode mnie chciał żadnych papierów. Jako artysta też od siebie takich nie wymagałem. Cóż, moja muzyczna edukacja jest z pewnością nieregularna i miejscami powierzchowna, niemniej jestem zapaleńcem i te aspekty, które mnie interesują najbardziej potrafię zgłębiać godzinami. Umiejętności muzyczne kształciłem głównie poprzez słuchanie. Ćwiczyłem ucho, obsesyjnie uczyłem się umiejętności słyszenia wszystkich partii instrumentalnych na moich ulubionych płytach. Z pamięci starałem się je ogrywać na instrumentach, z jakimi miałem styczność jako nastolatek. Były to: gitary, perkusja, bas, w końcu klawisze. Jako wokalista ośmieliłem się znacznie później i to również nastąpiło pod wpływem zasłuchiwania się w płytach, na których wokal jest niestandardowy i niesztampowy. Sytuacje koncertowe to zawsze bardzo „rześkie”, inspirujące wydarzenia, zarówno dla artysty, jak i ekipy obsługującej. W Bydgoszczy mamy akademię muzyczną, co oznacza że co roku na rynku powinno się pojawiać dwudziestu nowych fachowców, ale przy różnych okazjach dochodzą mnie słuchy, że bardzo trudno o dobrych fachowców, a nawet o technicznych, stąd zdarza mi się pracować na festiwalach - w 2017 na przykład na fenomenalnie zorganizowanym Fonomo. Niemniej przed Mózgiem do płyt miałem więcej miłości, niż do koncertów, co może mieć wpływ na to, że dzisiaj fascynuję się przede wszystkim rejestracją dźwięku.

 

 

Taka była też twoja rola przy powstawaniu wydawnictwa „Nieskończony Dialog”?

Owszem. „Nieskończony Dialog” to takie podwójne wydawnictwo oficyny artystycznej, która gromadzi niemałą grupkę bardzo płodnych bydgoskich artystów. 28 marca nastąpi premiera książki z opowiadaniami, do której dołączona będzie płyta z audiobookiem. Razem z Maksem Gwincińskim wspólnie z którym prowadzimy oficynę Plexus Of Infinity umówiliśmy się w taki sposób, że on będzie kuratorem wszystkiego co związane z książką, natomiast ja odpowiadam za to co dotyczy powstawania płyty. Muzycznie pracowało nad nią pięcioro kompozytorów (niektórzy później nagrywali wraz z zaproszonymi przez siebie dodatkowymi muzykami), w tym ja. Oprócz tego zająłem się całością procesu rejestracji, miksu i masteringu. Plan (zwłaszcza finansowy) zakładał żeby ograniczyć się wyłącznie do naszych zasobów, co jest pomysłem bardzo ambitnym, ale udało się poskładać sensowny zestaw mikrofonów (Shure SM58 i SM57, Audix i5, audiotechnika AT2020, kilka mikrofonów t.bone, która jest chyba najbardziej nierówną firmą na świecie – wyższe modele ich pojemnościówek, czy odpowiednik 57 są bardzo udane, ale zdarzają się nieporozumienia) i całość nagrałem wyłącznie na 8 śladowy interfejs U-Phorii. Nasza działalność jest ciągle mała, jeśli mówimy o zasięgu naszych albumów i zainteresowaniu, jakie wywołują. Oczywiście, ucieszylibyśmy się na większy rozgłos, ale priorytetem zawsze było promowanie dobrej sztuki; tym samym możemy sobie pozwolić na realizację przeróżnych naszych fanaberii. Audiobook powstaje do opowiadań, które publikowaliśmy na łamach innej naszej oficyny, tym razem literackiej, o nazwie „Splot Nieskończoności”. Dosyć nieoczekiwanie to czasopismo, które w założeniu było dosyć niewinnym uzupełnieniem naszych muzycznych dokonań spotkało się z odczuwalną falą entuzjazmu, dlatego naturalnym było te dwa światy połączyć i zrobić wspólne dzieło. Poza tym, słuchowiska nas zwyczajnie w świecie „jarają”, słuchamy różnych pozycji tego typu np. będąc w trasie.

Wiem, że postanowiłeś samemu „wypalać” płyty z tym materiałem…

Po raz pierwszy wypuszczę wydawnictwo w ten sposób. Mam świadomość, że znajdą się tacy, którzy zareagują na to z niesmakiem, ale prawda jest taka, że na polskim rynku muzyki niezależnej 85% nowych płyt to CD-rki. Tłocznie oferują produkcję nośników od tysiąca sztuk w górę, dlatego labele zamawiają w drukarniach kompleksowe wykonanie płyt, które najpierw są zakrywane nadrukiem UV a później kopiowane. Korzystałem z wielu drukarni i żadna nie chciała się do tej pory przyznać z jakich korzysta nośników i jakimi prędkościami kopiuje dane, co przecież będzie miało ogromny wpływ na to, jaką żywotność będzie miała płytka oraz nagrane na niej informacje. Stwierdziłem, że w takim razie poświęcę na ten projekt więcej czasu i wykonam rzecz sam – rozpoznałem rynek i znalazłem fenomenalne nośniki CDR z powierzchnią do nadruku od firmy Taiyo Yuden (sygnowane jako JVC). Jedna taka płyta kosztuje średnio 5-6 razy więcej od standardowych ekwiwalentów. W momencie, w którym rozmawiamy płytki opuściły drukarnię, gdzie zrobiono na nich grafiki i teraz nośniki czeka lakierowanie oraz pojedyncze wypalanie na moim komputerze. Zaopatrzyłem się w stare, cenione nagrywarki zewnętrzne firmy Plextor. Korzystam też z bardzo profesjonalnego programu Fuerio, który o włożonej do stacji płycie potrafi powiedzieć wszystko. Płytki od JVC ocenia na klasę „A”, czyli tak samo jak tłoczone płyty. Muszę przyznać, że przeraziłem się widząc odległe litery alfabetu gdy testom poddałem niektóre płyty ze swojej kolekcji...

 

 

Z czego to może wynikać?

Kupuję przede wszystkim płyty polskie, no i przeważnie te z alternatywą. Najważniejszą rolę odegra więc producent nośnika, bo w tych przypadkach większość to będą CD-rki (chociaż są świetne wydawnictwa, które wyłącznie tłoczą swój katalog, np. Instant Classic). Drukarnie, z którymi się kontaktowałem, nie tylko nie zdradzają jaki producent dostarcza im nośniki, ale nawet nieprzychylnie skłaniają się ku pomysłom, by to klient dostarczył nośnik od siebie. Dlatego też tak duża część nakładów wypalana jest później stacjami wypalającymi, urządzeniami które mają po 50 kieszeni i masowo produkują w ekspresowym tempie kolejne kopie płyt. Ja będę wypalał „Nieskończony Dialog” prędkością 1x, co oznacza, że jedna płyta będzie się wypalać 80 minut… Bardzo ciężko o taką nagrywarkę CD, która umożliwia tak wolny zapis. Trzeba też mieć na uwadze, że bardzo szybkie wypalenie płyty na dobrym nośniku przełoży się na niższą klasę produktu.

Dzięki takiemu podejściu DIY (do it yourself – przyp. red.), które jest charakterystyczne dla całej sceny muzyki niezależnej artyści mają bezpośredni wpływ na całościowy obraz swoich wydawnictw ale istnieje też ciemniejsza strona takiej samodzielności.

To prawda, aktualnie zmagamy się z chyba dość powszechnym problemem znalezienia dobrego pomieszczenia i lokalizacji. Dlatego salka, która miała być tymczasowym miejscem prób trochę się rozrosła i aspiruje pod cele nagrywania. W każdym razie nie prowadzimy nawet oferty nagraniowej, służy ona wyłącznie nam i poza powieszeniem kilkunastu metrów kwadratowych standardowych ustrojów akustycznych i zebraniem wszystkich gratów w jedno miejsce nie można mówić o poważniejszym pomyśle na ten lokalik. Jeśli jakiś czytelnik EiS wpadł czytając to zdanie na pomysł gdzie w Bydgoszczy można zrobić sensowne studio, to proszę o kontakt. Prawdę mówiąc mam trochę sprzętu, którego wolę nie zostawiać na salce i które czeka w domu moich rodziców, aż coś znajdę, przykładowo spersonalizowany pod nagrania komputer, czy kompresor Universal Audio LA-610 Mk II. Dlatego też na salce dokonuję wyłącznie rejestracji nagrań, a później jadę odwiedzić rodziców i pomiksować trochę w swoim pokoju.

Z tego co do tej pory powiedziałeś odnoszę wrażenie, że nie przykładasz zbyt dużej wagi do marek narzędzi z których korzystasz a traktujesz je wyłącznie użytkowo.

Zgodzę się. Mam powierzchowną wiedzę na temat realizacji oraz teorii muzyki. Wypracowałem sobie specyficzny gust dotyczący produkcji muzycznej i wiem, że niektórzy znajdą w nim sporo nieschludności. Wynika to głównie z preferencji i mojego rozumienia świata muzyki—czasem staram się trochę zwalczać wszechobecną matematykę w muzyce oraz jej idealny charakter, doceniam to, czego nie da się oddać w zapisie nutowym, bądź co ucieka (post)produkcyjnej konwencji. Szanuję muzykę lo-fi. Pierwsza płyta Velvet Underground powstała na sprzęcie, który specjalnie nie nadaje się do profesjonalnego nagrywania, a jednak jest podstawową pozycją kanonu muzyki rockowej. Dlatego też wybierałem do tej pory swoje zabawki pod względem przydatności, często obracając się dookoła bardzo budżetowych pozycji. Jeżeli coś na ucho spełnia moje oczekiwania, ale ma nie do końca przychylne recenzje, bądź pochodzi od producenta o różnej renomie, to jestem w stanie to przeboleć. Podobne regularności występują w mojej późniejszej pracy. Staram się nie przesadzić—zdarza mi się obserwować pracę realizatorów, którzy przez kilkadziesiąt godzin szukają idealnego brzmienia bębna basowego w improwizowanej sesji nagraniowej muzyków jazzowych… Perkusista przy nagrywaniu starał się od wszystkiego uwolnić, od zasad, od myślenia. A później pan realizator to wszystko psuje.

Staram się zwalczać wszechobecną matematykę w muzyce oraz jej idealny charakter, doceniam to, czego nie da się oddać w zapisie nutowym, bądź co ucieka (post)produkcyjnej konwencji.

Kiedy chcesz poznać nowy sprzęt to posiłkujesz się instrukcją obsługi?

Mam zasadę, że nie sprzedaję ani nie żegnam się ze sprzętem, którego porządnie nie rozpracowałem. Nie twierdzę, że znam wszystkie swoje zabawki na wylot, ale tak: instrukcje i tutoriale to podstawa. Eksperymenty oczywiście też są wskazane. Gdzieś na „Płycie Dla Naszych Przyszłych Żon” stworzonej dwa lata temu z moim przyjacielem Tomkiem Gołdą nagrałem vocoderem z Novation Mininova szum radiowy, po drodze przepuszczając go przez chorus. Powstał niedorzecznie szeroki noise z tego. W każdym razie nie potrafię zrozumieć pasji kupowania kolejnych gratów bez poświęcania im należytego czasu i zdarza mi się w wolnej chwili rozpracowywać swoje sprzęty. Mimo wszystko ciężko nie zauważyć, że zaopatruje się głównie w intuicyjne sprzęty. Często dobieram je pod względem późniejszej używalności podczas grania na żywo. Lubię też grać możliwie jak najwięcej „z ręki”, dlatego unikam automatyzacji. Od niedawna nie zabieramy z kolegą Lubiewskim Abletona w trasy, jeśli już, to sample lecą z Rolanda SP-404x. Jest to możliwe głównie dlatego, że koncertujące wcielenie naszego duetu rozrosło się do kwintetu o dosyć luźno przydzielonym instrumentarium.

W zeszłym roku razem z Mateuszem Lubiewskim nagraliście album „GODOT”.

Jeszcze przed tym nagraliśmy płytkę z dosyć lekkimi i spontanicznymi kompozycjami dookoła popu i elektroniki („Do Oraju Barwistanu, 2016, wyd. Plexus of Infinity). „GODOT” brzmi o wiele poważniej i dosadniej, bo akurat mieliśmy potrzebę na taką płytę. Łączenie elektroniki z gitarą to dla nas tylko metoda na powiedzenie konkretnej sztuki i nadanie specyficznej atmosfery. Takie połączenie to jeden z miliona akceptowalnych pomysłów. Mam na myśli to, że nie myślimy o muzyce w kategorii gatunków ani nawet konkretnych form. Niewykluczone, że dałoby się zrobić tę płytę na jazzowo, czy w hardcorowej konwencji (i niewykluczone że może będziemy tak ją kiedyś grać, lubimy zmieniać aranżacje na koncertach). W tym duecie wszystko jest dopuszczalne, o ile jest w stanie się artystycznie obronić. Na co dzień nie słucham aż tak dużo elektroniki, chociaż łatwo mnie kupić dobrą produkcją muzyczną. Płyty miksowane przez Nigela Godricha przyswajam z łatwością, a zespół Atoms For Peace to mój ideał brzmienia muzyki elektronicznej. Chcieliśmy z Mateuszem wyciągnąć jakiś element „ducha” ich płyty. Często inspirują mnie ich gęste (wielościeżkowe) perkusje. Z drugiej strony bardzo nas inspiruje Ścianka swoim poniekąd „popsutym” i oszczędnym graniem. Mateusz Lubiewski słynie z grania ambientu sposobami, o których ambientowców byśmy nie podejrzewali. Zebraliśmy te wszystkie inspiracje, zaprosiliśmy całą gromadkę gości i dopieściliśmy płytkę, którą zechciało wydać trójmieskie Music is the Weapon. W 2018 r. jeszcze trochę z nią pojeździmy w poszerzonym składzie, o którym wspomniałem. Tym samym nasze aktualne wcielenie zawiera zarówno akustyczne bębny, jak i automaty, syntezator Mininova, sampler, dwie gitary elektryczne, bas i kilka niestandardowych niespodzianek. Ciekawych tego, jak można zrobić kompozycję z odbiornika radiowego i loopera zapraszamy na koncerty. Zdaje się że Music is the Weapon szykuje kilka mini festiwali z występami swoich artystów w różnych miastach.

 

 

A jak wyglądał sam proces nagrywania tego materiału?

Przy nagrywaniu nie mamy konkretnych ról ani domyślnych instrumentów, w podobnej skali za warstwy gitar, perkusji czy elektroniki odpowiada Mateusz, jak i ja. Nasz zestaw nieustannie ulega zmianom. Przy płycie „GODOT” używaliśmy też dwóch DAW-ów, Mateusz pracował na swoim komputerze w Abletonie, gdzie z Pushem 2 kombinował na swoich VST-ach. Ja używam chyba nie aż tak popularnego Mixcrafta, który jest programem bardzo „współpracującym” (zarówno ze mną, jak i masą innych programamów i wtyczek). Nie rozumiem dlaczego ten program się nie przyjął. Używam siódmej odsłony tego programu, kiedyś dołączano go do różnych interfejsów i kart muzycznych od firmy E-MU. Nie jest bardzo pamięciożerny, działa w 32 bitach oraz sprawnie przywołuje wszelakie zewnętrzne edytory. Na dobrą sprawę przy miksowaniu konkretnej ścieżki można nawet odpalić inny DAW (w ramach Mixcrafta) by to zrobić. Można też dodać ścieżkę wideo, doskonała sprawa do synchronizacji obrazu i dźwięku. Nie jest też znowu bardzo drogi. Aranżujemy stosunkowo gęsto, więc pojawia się na płycie naprawdę sporo śladów, zarówno darmowych VST, jak i sprawdzonych klasyków, np. Battery, Monark, Iris czy też kombajny do miksu od iZotope. Hardware oczywiście też jest w użyciu, chociaż z przyczyn finansowych nie na taką skalę, jakbyśmy sobie życzyli. Spora część naszych nagrań powstaje na tym co z nami jeździ i co mamy na naszej salce: SPX 404, Juno 106, Mininova, jakiś stary synth z Niemiec, Volki, OP-32 (kocham ten mały kalkulatorek). Pedalboard też podróżuje po zestawach, w użyciu przede wszystkim są delaye i loopery (Boss RC 300, Ocean Machine, TE-2 Terra Echo – kocham, Flashback Delay, jakieś przestery, jakieś multi-efekty). Kolejka życzeń jest oczywiście dłuższa, niż to na czym gramy.

To dość pokaźny zestaw sprzętowy. Czego jeszcze w takim razie brakuje?

Rozmawiamy głównie o „GODOT-cie”, ale zawsze mam na boku kilka aktywnych projektów, więc staram się dobierać gadżety, które przydadzą się tu i ówdzie. Być może powinienem sprawić sobie multi-efekt, który rozwiąże trochę problemów. Choruję też aktualnie na 8bitowy fuzz, rozważam zamówienie sobie takowego, jako że nie są popularne, ale łatwo znaleźć schematy. Z wielu powodów przydałby mi się analogowy mikser, z kilkoma wejściami stereo. Nie obraziłbym się też zamienić moje dwa Peaveye na jeden wzmacniacz lampowy z wyższej półki. Tak czy inaczej staram się nie zapomnieć, że sprzęt ma być tylko narzędziem realizującym pomysły, które powstają już w głowie, a że szczęśliwie jest już na czym pracować, to mam nadzieję nie zejść z tempa przy pracy nad kolejnymi projektami.