01.12.2016  | Piotr Lenartowicz
Wrong Dials fot. fot. W66

Wrong Dials a tak naprawdę Mateusz Rosiński to producent i promotor mieszkający w Gorzowie Wielkopolskim. Jego oficyna Dym Records poza wydawaniem wielu ciekawych producentów, jak chociażby Tutti Harp zajmuje się również organizacją festiwalu, który na parę dni w roku zamienia Gorzów w stolicę polskiej muzyki niezależnej. Z naszym gościem rozmawiamy o momentach, które były przełomowe dla jego działalności, podejściu do produkcji oraz sprzęcie z jakiego korzysta.

Twój debiutancki występ na festiwalu Tauron Nowa Muzyka był dla ciebie jakimś przełomem?

Wrong Dials: Nie nazwałbym tego przełomem, ale z pewnością było to bardzo ciekawe i pożyteczne doświadczenie. Tauron Nowa Muzyka jest prestiżowym wydarzeniem, więc zaproszenie tam było dla mnie nobilitacją. W zasadzie nigdy wcześniej nie występowałem na tak dużej scenie, więc na własnej skórze przekonałem się, że to jednak dość spory stres, chociaż godzina mojego występu była wczesna, a namiot prawie pusty.

Źle radzisz sobie ze stresem?

Na szczęście nerwy działają na mnie mobilizująco i paradoksalnie gra mi się wtedy dobrze. Nawet pomimo lekko trzęsących się rąk. Kiedy w Katowicach odtworzyłem pierwsze pętle wiedziałem, że dalej będzie już tylko lepiej. Musiałem też założyć okulary przeciwsłoneczne, bo raziło mnie zachodzące słońce i nie widziałem niczego poza sprzętem. Być może później przyszło trochę więcej ludzi.

Na pewno był tam obecny dziennikarz portalu The Quietus, który napisał bardzo entuzjastyczną recenzję twojego występu.

To rzeczywiście bardzo miłe przeczytać takie słowa na temat swojej pracy, zwłaszcza w serwisie, jakim jest The Quietus. Tristan Bath wyróżnił mój występ spośród bardzo mocnego składu Taurona i nie będę ukrywał, że dało mi to ogromnego „kopa” do działania. Wrong dials to dość świeży projekt, więc tym bardziej jestem szczęśliwy, że „na dzień dobry” dostałem szansę zagrania na tak dużym festiwalu.

Agnieszka Szydłowska, która również obserwowała twój live act, napisała o muzyce, którą usłyszała: "betonowo/ industrialno/ bolesne dźwięki". Czy taki opis ci odpowiada? Na swoim profilu na Facebooku określiłeś gatunek, w jakim się poruszasz: „excuse me?”. 

Zobacz także test wideo:
Behringer Flow 8 - interfejs audio i cyfrowy mikser
Behringer Flow 8 - interfejs audio i cyfrowy mikser
Firma Behringer wielokrotnie pokazała, że potrafi zaprezentować rzeczy oryginalne i innowacyjne. Do takich należy Flow 8 – kompaktowy, w pełni cyfrowy mikser ze sprzętowymi tłumikami i sterowaniem Bluetooth, mogący funkcjonować także jako interfejs audio 10x4.

Cieszę się, że pani Agnieszka tak napisała, bo oznacza to, że moja muzyka na nią jakoś podziałała. Rzeczywiście bardzo nie lubię wyjaśniać ludziom, w jakim gatunku właściwie tworzę. Wiem, że może być to różnie odbierane i niekoniecznie jest to z mojej strony fair, ale po prostu nie potrafię odpowiedzieć konkretnie na to pytanie. Sam słucham bardzo różnej muzyki, nie tylko elektronicznej, i mogę powiedzieć tylko tyle, że z każdego gatunku staram się czerpać. Nie ma się co oszukiwać: każdy artysta kradnie, kimś lub czymś trzeba się inspirować. Dla mnie najważniejsze jest pozostać szczerym wobec samego siebie, więc muszę powtórzyć to, co napisałem w polu „genre” na Facebooku – excuse me?.

Słowa dziennikarki Trójki odnoszą się do utworów, które znalazły się na Twoich dwóch ostatnich wydawnictwach, czyli „Unnecessary But True” i „Future Perfect in the Past”, ale osoby, które znają Twoje wcześniejsze produkcje, wiedzą o tym, że świetnie radzisz sobie również w lżejszej stylistyce.

Tak jak wspominałem, inspiruję się bardzo różnymi zespołami i to wszystko decyduje o tym, jak brzmią moje aktualne produkcje. Zawsze słuchałem dużo gitarowej muzyki, szczególnie zimnej fali, punka i początków shoegaze'u. Myślę, że stąd wynika forma ekspresji w mojej muzyce, oczywiście zinterpretowana na swój sposób. Czasem kawałki są brudne, szybkie i bez kompromisu, a czasem smutne, zaszumione i wolne. Prawdę mówiąc, nie jestem nawet wykształconym muzykiem – nie znam nut i był taki okres, kiedy nad tym ubolewałem. Wydaje mi się, że bardziej „piosenkowa” stylistyka wymaga więcej muzycznej wiedzy, dlatego wolę zostawić to tym, którzy się na tym naprawdę znają.

Z drugiej strony niektórzy producenci wskazują edukację muzyczną jako balast, który nie pozwala im w pełni rozwinąć skrzydeł.

Ja właśnie uznałem tę świadomość za atut. Poruszając się w bardziej eksperymentalnych klimatach, mogę odkryć więcej niespodziewanych rozwiązań, niż gdybym był ukierunkowany na konkretne metody. Niekiedy błądzę, nie zważając na jakiekolwiek zasady aranżacji czy kompozycji, ale nieprzewidywalność jest w tym wszystkim najbardziej ekscytująca. Nie wiem, czy moja muzyka taka jest, ale dążę do tego, aby taka właśnie była. Zbigniew Karkowski w jednym ze starych wywiadów powiedział, że jeśli chce się odkrywać nowe rzeczy, trzeba posunąć się do skrajności i ekstremów. Dopiero wtedy, kiedy się wyjdzie poza powszechnie uznane normy, jest to możliwe. To dotyczy każdej dziedziny nauki czy sztuki. Nie twierdzę, że literalnie wprowadzam te słowa w życie, ale niewątpliwie staram się na tyle, na ile potrafię.

A czy ta zmiana miała jakieś przełożenie na sprzęt, z którego korzystasz podczas produkcji?

Wzbogaciłem set up kilkoma prostymi synthami, samplerem i drum maszyną. Jeszcze ponad rok temu kupiłem całą serię Korg Volca – zainteresowała mnie dobra jakość brzmienia tych zabawek i oczywiście bardzo konkurencyjna cena. Wszystko wpiąłem w zwykły analogowy mixer Behringer Xenyx i dorzuciłem kilka tanich efektów gitarowych. W połączeniu z elektroniką mogą naprawdę pozytywnie zaskoczyć. Obecnie używam też kontrolera midi, który ułatwia mi pracę w Ableton Live. W moim przypadku jest to Novation Launch Contol XL. Na dokładkę stary odtwarzacz kasetowy Grundig CR 110, kupiony w lumpeksie. Bardzo go lubię, bo fajnie szumi i ma połamaną pokrywę, więc można ręcznie zwalniać lub przyspieszać taśmę. Czasem używam całego sprzętu, a niekiedy utwór powstaje tylko na sofcie lub magnetofonie wpiętym w kiepskiej jakości gitarowy przester. Zdecydowanie nie jestem sprzętowym nerdem i to, co zamierzam nagrać, nie jest uzależnione od konkretnego sprzętu.

Nie fetyszyzujesz sprzętu analogowego?

Fajnie jest mieć dobrze brzmiące analogowe zabawki, ale jednak najważniejsze jest to, żeby finalnie była z tego jakaś muzyka. Niektórzy często „zbroją” się w sprzęt pod sufit i mimo to kończy się na gadaniu. Są też tacy, którzy „ogarniają spaghetti” z modularów, nagrywając świetną muzykę i za to pełny szacun. Osobiście jestem zdania, że najlepiej mieć dwa, trzy ulubione urządzenia i wykorzystać je najlepiej, jak się potrafi. Zawsze można sprzedać i zamienić na coś innego, dalej szukać. Artyści mogą mieć ten sam sprzęt, ale każdy może go wykorzystać w inny sposób i to jest w tym najlepsze. Szanuję freaków sprzętowych, którzy rzeczywiście wykorzystują to wszystko, dla mnie jednak najważniejsze jest to, co wychodzi z głośników, a nie dokąd biegną kable z miksera. To wszystko jest interesujące, ale nie aż tak istotne. W przypadku setów djskich fizyczny kontakt ze sprzętem ma dla mnie duże znaczenie. Miksowanie z czegokolwiek innego niż gramofony nie będzie już dla mnie tak przyjemne. Ostatnio dużą frajdę sprawia mi również granie z kaset, trzeba się wtedy nieźle „narzeźbić”. Być może byłoby łatwiej, gdybym był właścicielem odtwarzaczy z pitch’em.

Opowiedz proszę o swoim setupie podczas grania na żywo: są to raczej DJ sety czy pełnoprawne live act'y?

Wyraźnie to rozgraniczam – live act to co innego niż DJ set. Jednocześnie przyznaję, że obie formy sprawiają mi dużo satysfakcji. Do grania swoich rzeczy podchodzę bardziej emocjonalnie, chociaż czasem puszczając moje ulubione płyty, również mam ciarki na plecach. Kiedy gram autorski materiał, najczęściej wykorzystuję mikser Behirngera Xenyx Q1202, w który wpięty jest laptop Lenovo, sampler Korg Volca i przester gitarowy Hammer z poprzedniego stulecia (podobno zagrał 200 wesel, zanim go kupiłem), który z elektroniką sprawdza się doskonale. Do tego dochodzi wspomniany wcześniej kontroler Novation LC XL.

Jak to wygląda w praktyce? Masz przygotowane ścieżki, które odtwarzasz i wokół nich budujesz całą „narrację”? Czy jest tam miejsce na improwizacje?

Tak, zazwyczaj mam przygotowane loopy powycinane ze starych kaset, a także patterny perkusyjne. Wszystko jednak dość minimalistyczne i niezbyt długie. Najczęściej są to kilkusekundowe nieregularne pętle. Improwizacja polega tutaj bardziej na kontrolowaniu i aranżowaniu całości na żywo. Zdarza mi się też zagrać live z jednego dźwięku np. kick'a z samplera przepuszczonego przez przester, wtedy jest to totalne impro i bywa naprawdę super. Nagle okazuje się, że z jednego krótkiego dźwięku masz piękną „ścianę”, którą możesz jeszcze przemalować milion razy. Bywa też, że granie na żywo polega na minimalnym kręceniu trzema gałkami i przesuwaniu dwóch suwaków, a wszystko zależy od tego, jaki materiał zamierzam grać i w jakich okolicznościach przychodzi mi występować.

W jaki sposób podchodzisz do postprodukcji swoich nagrań?

Jestem wierny zasadzie DIY (do it yourself – przyp. red.) ale często daję innym osobom materiał do przesłuchania z prośbą o ewentualne propozycje zmian. Wiadomo, że tzw. „świeże ucho” często słyszy więcej. Nie wykluczam współpracy z osobą, która zajmuje się masteringiem na co dzień – prawdopodobnie słychać byłoby różnicę. Taki człowiek musiałby jednak rozumieć charakter mojej muzyki. Nie może być ona zbyt „przygłaskana”, bo zepsułoby to zamierzony efekt.

Oprócz działalności stricte producenckiej prowadzisz też dwie niewielkie oficyny: Please Feed My Records oraz DYM Records . Wielu wydawców podkreśla, że aktualna sytuacja na rynku muzycznym jest bardzo dobra. Podzielasz tę opinię?

Szczerze mówiąc, przypuszczam, że większość osób prowadzących tzw. niezależne, małe oficyny tak naprawdę cieszy się, jeśli zarobi na kolejne wydawnictwo. Obym się mylił (śmiech). Można by wzorem większości zrzucić całą winę za obecny stan rzeczy na wysyp darmowej muzyki w internecie i powszechnego piractwa. Ja oczywiście się z tym zgadzam, ale chciałem jeszcze zauważyć zjawisko „klęski urodzaju”, gdzie coraz częściej ten urodzaj to po prostu kiepskie i mocno przewartościowane płyty. Myślę, że alternatywą są dzisiaj właśnie małe labele, które wydają taką nieoczywistą muzykę, np. na kasetach. Mówi się, że obecnie panuje moda na kasety. Nie mam z tym problemu – chciałbym, żeby dzisiejsi nastolatkowie poznali ten analogowy nośnik. Zawsze był mi bliski.

Słuchałeś dużo kaset w dzieciństwie?

Mam 29 lat, więc to wystarczająco dużo, by pamiętać czasy, kiedy odtwarzacz CD był jeszcze w polskich domach rzadkością. Jako dzieciaki nagrywaliśmy z bratem kawałki z radia na kasety, często po 100 razy na te same. Mieliśmy też Commodore 64 i gry video właśnie na kasetach, do dzisiaj nie mogę skumać, jak to działało. Zwyczajnie mam duży sentyment do tego analogowego brzmienia, szczególnie tych „zajechanych” taśm. Uważam, że dźwięk z kasety wcale nie jest gorszej jakości, po prostu jest inny niż sterylnie brzmiące cyfrowe formaty.

Właśnie w momencie, w którym się spotykamy, premierę ma Twoje nowe wydawnictwo „życie smutne też jest wesołe” . Opowiedz nieco o tym materiale.

6 kawałków, które znalazły się na tej kasecie, to takie klasyczne oczyszczenie z nadmiaru skrajnych emocji i podłych nastrojów, które mnie ostatnio dopadały. Generalnie sam proces nagrywania przebiegał tak, jak zawsze, czyli pojawił się ciekawy pomysł, usiadłem do sprzętu i zarejestrowałem wszystko na tak zwaną „setkę”.

Jak chcesz dalej rozwijać labele DYM i Please Feed My Records? Masz na to jakiś konkretny pomysł?

Jeśli chodzi o PFMR, to ten temat jest oficjalnie zakończony. Była to początkowo inicjatywa kilku osób, a skończyło się na tym, że zajmowałem się tym tylko ja. Dlatego stwierdziłem, że chcę to zrobić od początku do końca po swojemu i w ten sposób powstał DYM. Oczywiście z chłopakami, z którymi stworzyłem PFMR, wciąż się przyjaźnimy i spotykamy przy wszystkich możliwych okazjach. W każdym razie powstał DYM, który jest właściwie nieukierunkowany. Zasada jest jedna: wydajemy tylko dobre rzeczy. Zależy mi też na wydawaniu lokalnych artystów.

No właśnie, wydaje się, że Gorzów, gdzie aktualnie mieszkasz, nie ma zbyt wielu reprezentantów na naszej scenie muzycznej.

Mieszkam tu od pięciu lat i jak na razie nie mam zamiaru tego zmieniać. Pasuje mi przebywanie w mieście średniej wielkości, oddalonym tylko 150 kilometrów od Berlina, mieście, gdzie znajdują się pozamykane fabryki, rzeka i najdłuższa estakada kolejowa w Polsce. Całego obrazu dopełniają zróżnicowane ukształtowanie terenu, poniemieckie kamienice, trochę brudu i piękne parki. Można by tak jeszcze długo wymieniać, ale chodzi mi o to, że wszystko tworzy wyjątkowy, specyficzny klimat tego miejsca. Sprzyja to więc przeróżnej twórczości artystycznej, choć ta cała otoczka działa niekiedy depresyjnie, zwłaszcza podczas brzydkiej pogody. Wiadomo, że otoczenie odgrywa ogromną rolę w procesie jakiejkolwiek twórczości. Kiedy tu trafiłem, byłem w szoku jak wielu świetnych artystów, z różnych dziedzin artystycznych, tutaj mieszka. Kluczowy problem polega na tym, że wciąż brakuje odbiorców.

To rzeczywiście zasadnicza kwestia.

Na szczęście ludzie, którzy organizują wydarzenia kulturalne w Gorzowie nie zniechęcają się i wspólnie staramy się prężnie działać. Jest tutaj o co walczyć, bo przecież kultura i sztuka to idealne narzędzia do promocji miasta. Wyróżnić tu trzeba Tomasza Malewicza, który od kilku lat prowadzi Centrum Kultury Niezależnej Centrala. Poza tym w Jazz klubie Pod Filarami grają naprawdę światowe sławy, a dosłownie 100 metrów dalej, w Magnetoffonie, można trafić na koncert awangardowych przedstawicieli tego gatunku. Z DYM-em organizujemy audiowizualne wydarzenia, więc też próbujemy dorzucić swoje trzy grosze. W zasadzie wszystko jest super, tylko szkoda, że wciąż tak mało młodych ludzi z tego korzysta. To trochę taka praca u podstaw, która wymaga sporego wysiłku, ale równocześnie daje dużo satysfakcji, kiedy widzisz, że ludzie zaczynają się twoimi działaniami interesować.

Chyba aktualnie najbardziej znanym artystą z Gorzowa jest Błażej Król, który występuje również jako Lauda ze swoją żoną Iwoną.

Z Błażejem i Iwoną Król oczywiście znamy się i lubimy. Niewątpliwie dzięki twórczości Błażeja miasto jest w Polsce kojarzone i nic dziwnego, bo jest wyjątkowo utalentowany. Bardzo szanuję to, co robi we wszystkich swoich projektach, również - jako Lauda - wspólnie z Iwonką. Poza tym mamy w Gorzowie fenomenalny zespół Siła i tak naprawdę wielu innych świetnych muzyków, ale niestety na wymienienie ich wszystkich zabrakło by nam miejsca. Podsumowując, chciałem tylko powiedzieć, że miasta średniej wielkości, często mają ogromną siłę rażenia, jeśli chodzi o kulturę. Wpadnijcie więc czasem do Gorzowa!

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
grudzień 2016
Kup teraz
Close icon
Poczekaj, czy zapisałeś się na nasz newsletter?
Zapisując się na nasz newsletter możesz otrzymać GRATIS wybrane e-wydanie jednego z naszych magazynó