Więcej...
06.02.2018  | Piotr Lenartowicz
Coals

Gdyby zebrać wszystkie podsumowania najciekawszych wydawnictw, które ukazały się w zeszłym roku to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w większości z nich znalazłaby się płyta "Tamagotchi" duetu Coals. Łukasz Rozmysłowski oraz Katarzyna Kowalczyk opowiedzieli nam o swoim debiutanckim krążku oraz ewolucji jaką przeszli zarówno jeżeli chodzi o sprzęt jak i świadomość artystyczną.

Trudno znaleźć w sieci wasze nagrania z czasów, zanim założyliście zespół Coals.

Łukasz Rozmysłowski: Zanim powstał nasz duet, oczywiście podejmowaliśmy jakieś muzyczne próby, ale – szczerze mówiąc – dzisiaj nie ma za bardzo do czego wracać. Ważne jest to, że na platformie YouTube znalazłem utwór Shattered Mirrors zaśpiewany przez Kasię. Był on bezpośrednią przyczyną nawiązania kontaktu pomiędzy nami. Później zresztą opracowaliśmy ten numer jeszcze raz, już jako Coals.

Katarzyna Kowalczyk: Rzeczywiście wrzucałam do sieci różne piosenki, często covery, ale akurat kawałek, o którym mówi Łukasz, był mojego autorstwa. Inicjatywa zrobienia czegoś wspólnie wyszła ode mnie i wydawało mi się to naturalne, bo oboje byliśmy dopiero na początku swojej muzycznej drogi. Poza tym, od razu spodobały mi się jego kompozycje. Korzystałam wtedy z gitary akustycznej i klawiszy, ale nie mogę powiedzieć, że umiałam na nich grać – starałam się raczej tworzyć jakieś zalążki melodii, do których później mogłam śpiewać.

Łukasz, w jaki sposób powstawały twoje pierwsze kompozycje?

Ł: W zasadzie od samego początku używam Abletona. Można powiedzieć, że prawie przez całe gimnazjum zbierałem się w sobie, żeby zacząć coś robić muzycznie. Słuchałem wtedy folkowych kapel, takich jak Noah and the Whale czy Mumford & Sons. Jednak dopiero w liceum postanowiłem ostatecznie wziąć się za to na poważnie. Sama nauka Abletona zajęła mi sporo czasu, bo przez pierwsze dwa lata zupełnie nie ogarniałem jego wszystkich funkcji. Starałem się wspomagać tutorialami, choć szybko mnie nudziły. Zostało mi to zresztą do dzisiaj.

Co było głównym budulcem tych utworów?

Ł: Moje pierwsze kawałki opierały się głównie na gitarach z dużym pogłosem, chilloutowych klawiszach oraz bitach stworzonych na samplach z rzeczy codziennego użytku: garnka, skórzanych opakowań, zamka błyskawicznego czy klamki. Moja fascynacja samą muzyką nabrała tempa wraz z nauką gry na fortepianie. Nagle muzyka zaczęła nabierać większego sensu, a niektóre popowe utwory stały się oczywiste pod względem kompozycyjnym. Jednak nie wydaje mi się, aby nauka gry na żywym instrumencie była niezbędna dla producentów. Kiedy muzyka opiera się o sampling, nie jest to w ogóle konieczne. W zasadzie wystarczy poczucie rytmu i dobre ucho.

Skoro jesteśmy już przy początkach, to pamiętam, jak Nela Szadkowska z IwasHomeAnyway opowiadała mi jak trudno jej było się przełamać, aby przy kimś zaśpiewać...

K: Ja, śpiewając, chowałam się między szafkami... Czasem nadal tak jest.

Ł: Do dzisiaj zdarza się, że Kasia każe mi wyjść z pokoju, kiedy nagrywa wokale.

Muszę w takim razie zapytać, jak sobie radzisz w sytuacji koncertowej.

K: O dziwo, nie mam z tym problemu. W ogóle wydaje mi się, że czasami na żywo śpiewam lepiej niż kiedy rejestrujemy mój wokal w studiu. To oczywiście zależy od jakości odsłuchu, ale na scenie podchodzę do tego jakoś bardziej emocjonalnie, a w studiu cały czas mam gdzieś z tyłu głowy taką myśl, że muszę to zrobić jak najlepiej. Chociaż z wokali na płycie "Tamagotchi" akurat jestem zadowolona.

W jaki sposób rejestrujecie wokal?

Ł: Na samym początku nagrywaliśmy go na rejestrator Zoom H2. Co ciekawe, po trzech latach użytkowania sprzedałem go za dokładnie tę samą kwotę, jaką za niego zapłaciłem. Okazało się, że miał kapitalne preampy i kiedy wystawiłem go na aukcję, ludzie się na niego po prostu rzucili. Natomiast moim pierwszym profesjonalnym interfejsem był Akai EIE Pro, który niestety zupełnie się nie sprawdził. Cały czas coś się psuło, a jedyne co było fajne w tym sprzęcie, to hub USB – dzięki temu nie musiałem kupować rozgałęziacza. Podpatrzyłem go na wideo sesji duetu XXANAXX nagranej dla Estrady i Studia... Później wszyscy się ze mnie śmiali, że na pewno Michał Wasilewski szybko poznał się na tym sprzęcie i już go nie ma, a ja dałem się na to złapać. Generalnie, zanim kupię jakieś nowe narzędzie, muszę dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Pamiętam, że kiedy przygotowywaliśmy się do grania na żywo, często odwiedzałem forum EiS, gdzie zamieszczałem posty z różnymi pytaniami na ten temat.

Zanim kupię jakieś nowe narzędzie, muszę dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Kiedy przygotowywaliśmy się do grania na żywo, często odwiedzałem forum EiS, gdzie zamieszczałem posty z różnymi pytaniami na ten temat. (Łukasz Rozmysłowski)

Mam nadzieję, że odpowiedzi były pomocne.

Ł: W większości tak, niestety miałem wtedy tak mało czasu, że nie zdążyłem na własnej skórze wszystkiego sprawdzić i przetestować. W wyniku tego nasz pierwszy koncert był jednym wielkim sprzężeniem. Dzisiaj już wiem, że w Abletonie można stworzyć ścieżkę i wysłać ją bezpośrednio na wyjście z interfejsu, a wówczas wszystko szło dwoma kanałami. No cóż, początki nie były łatwe.

Jeśli jednak chodzi o sam odbiór waszej twórczości, to raczej nie macie na co narzekać.

K: Wszystko działo się niezwykle szybko, powiedziałabym nawet, że za szybko, więc nie mieliśmy czasu, by się tym cieszyć. Ostatnio przez pewien czas nas nie było i bardzo potrzebowałam takich paru chwil na oddech. Myślę, że przez ten okres nabrałam odpowiedniego dystansu i lepiej ze wszystkim sobie radzę.

Ł: Tak naprawdę, to byliśmy dzieciakami siedzącymi przed komputerem w domu, które nie miały wyobrażenia o tym, jak może wyglądać ten cały rynek i nagle zostaliśmy wciągnięci w sam jego środek. Niewiele wiedzieliśmy, jak to wszystko działa, do tego polegaliśmy na opinii jednej czy dwóch osób. Teraz sami wiemy, czego chcemy.


Ile czasu minęło od momentu waszego pierwszego spotkania do nagrania EP-ki "Homework"?

K: To nie było tak, że w którymś momencie stwierdziliśmy: „OK, zaczynamy pracę nad EP-ką”. Tworzyliśmy po prostu kolejne kawałki i nasz ówczesny manager powiedział, żebyśmy wrzucili je na Spotify. A więc wynikało to po prostu ze swego rodzaju powinności medialnej, a nie z jakiegoś wcześniejszego założenia.

Ł: Dziś stworzenie kawałka zajmuje nam zdecydowanie więcej czasu niż wcześniej. Zapewne wynika to stąd, że obecnie mamy większą świadomość i zdajemy też sobie sprawę z błędów, jakie popełnialiśmy w przeszłości.

Jakie to były błędy?

Ł: Niektóre bardzo prozaiczne, jak chociażby złe ustawienie rejestratora przy nagrywaniu gitary akustycznej. Długo zastanawiałem się, dlaczego brzmi aż tak basowo, a po prostu trzymałem Zooma kilka centymetrów od pudła. W naszych pierwszych utworach można też usłyszeć, że w wokalu nie został zastosowany filtr górnoprzepustowy. W efekcie każde „p” lub „b” jest zbyt mocne – kiedy dzisiaj słucham tego na moich w miarę profesjonalnych słuchawkach Beyerdynamic, jest to bardzo wyraźne. Teraz na pewno przygotowuję wszystko dokładniej pod względem technicznym. Dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę z wielu rzeczy i dziś podchodzę do tego bardziej profesjonalnie. Wiem, że jeśli na początku rejestracji instrumentu czy wokalu zrobi się błędy, to później mogą one zniweczyć całą wykonaną pracę i włożony wysiłek. Kupiłem sE Reflexion Filter i teraz Kasia nagrywa swój śpiew z jego wykorzystaniem. Wcześniej robiła to, trzymając mikrofon w dłoni, a obecnie ustawiamy go na statywie – wszystko zgodnie ze sztuką. Teraz przykładam dużą wagę do tego, jak brzmi wokal, dawniej interesowało mnie tylko, czy go słychać czy nie. Zainwestowaliśmy też w sprzęt z nieco wyższej półki, czyli nowy mikrofon Blue Bluebird.

Często korzystasz z instrumentów wirtualnych?

Ł: Jeżeli już, to z zestawu pokładowych wtyczek w Abletonie. Szczerze mówiąc, nie słyszę różnicy, kiedy używam np. innego saturatora. Może dlatego, że te małe różnice brzmieniowe nie są dla mnie istotne. Nie lubię, kiedy wszystko jest ułożone, poprawne i sterylne. Staram się do różnych rzeczy podchodzić nieco inaczej, np. w odmienny sposób zastosować reverb czy wspominany już saturator. Działam w ten sposób od samego początku, choć pewnie niektórzy mogą powiedzieć, że jest to przede wszystkim pochodna braku wiedzy.


Wielokrotnie takie niestandardowe podejście prowadziło producentów do bardzo ciekawych rezultatów. Gorzej, jeśli narzędzie płata figle w najmniej odpowiednim momencie...

K: Na przykład podczas koncertu na OFF-ie.

Ł: Rzeczywiście, w pewnym momencie koncertu na festiwalu w Katowicach nasz Akai EIE Pro zrobił taki drop, że ludzie zatykali uszy. Między innymi dlatego zainwestowaliśmy w wielki Focusrite Scarlett 18i20. Zdarzało się, że wypuszczaliśmy za mało kanałów, przez co później dużo trudniej było to miksować, a poza tym chciałem móc wpiąć więcej elementów, np. dodatkową gitarę. Bardzo sobie cenię dołączony do tego interfejsu software Focusrite Control, na którym mogę na żywo robić miksy douszne. Dzisiaj wysyłam „klika” z Abletona, Kasia ma swój odsłuch, są dwa wyjścia słuchawkowe, a wcześniej wszystko tak naprawdę zależało od humoru pana akustyka.

Zostańmy jeszcze chwilę przy występach na żywo i powiedzcie, z czego korzystacie na scenie.

Ł: Oboje lubimy efekt wokalny TC-Helicon Electric Guitar, który ma fajną opcję na wokal Harmony Singer. Działa w ten sposób, że w czasie rzeczywistym odczytuje akordy akompaniamentu i dodaje do wokalu odpowiednie głosy harmoniczne. Kolejna praktyczna rzecz to osobne wyjście gitarowe mono i osobne wyjście na wokal – dwa wyjścia XLR. Korzystamy z tego do mojej akustycznej gitary i wokalu Kasi. Koncertowo wspiera nas na scenie Bobek Bobkovski, którego siedmiostrunowa gitara wpięta jest do bogatego w funkcje efektu gitarowego Line 6 Amplifi FX100. Praktyczna i zupełnie wystarczająca na nasze potrzeby maszyna. Ma szeroką paletę efektów, które za pomocą aplikacji na smartfonie mogą zostać przypisane do presetów. Można je bardzo zwinnie przełączać podczas grania live. Przydatna jest też możliwość zmapowania wybranych funkcji efektu do pedału i jednej gałki. Bobkovski, poza metalową siedmiostrunówką, opiekuje się również basem. Ma do niego swój interfejs i laptop, na którym podstawowe narzędzia (AmpliTube 3, wzmacniacz i kompresor) pozwalają na wyrzeźbienie zadowalającego wszystkich brzmienia. Do tego dochodzi jeszcze sampler perkusyjny Alesis SamplePad, czyli najtańsze urządzenie tego typu mające wejście na kartę SD. Pad, niestety, nie spełnia wszystkich moich wymagań – problemem jest brak możliwości wypuszczenia na wyjścia dwóch kompletnie odseparowanych od siebie sygnałów (zawsze zostaje na nich reverb z drugiego kanału). Zresztą nie można aż tyle wymagać od maszyny za 500 zł. Samo wejście SD jest błogosławieństwem.

Wasza najnowsza płyta ma tytuł "Tamagotchi". Skąd to zamiłowanie do lat 90.? Pamiętacie tę zabawkę?

K: Jasne, miałam tamagotchi.

Ł: Niektórym to jakoś strasznie przeszkadza, np. pod kawałkiem "VHS Nightmare" pojawił się komentarz, że kasety VHS zniknęły, zanim się urodziliśmy...

K: A ja przecież pamiętam, jak moja mama nagrywała moje urodziny na VHS. Mogę jednak zrozumieć irytację, bo tytuł jest trochę w stylu filmów klasy B. Odpowiadając jednak na pierwszą część pytania: moja fascynacja okresem transformacji w Polsce pojawiła się po lekturze książki Duchologia Polska Olgi Drendy oraz Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji Magdy Szcześniak. Wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa są zgromadzone jednak wokół 2000 roku, więc to często pojawiające się stwierdzenie „najntisy” jest mylne. Bardzo lubię robić zdjęcia w miejscach, które nie zmieniły się od lat albo wykorzystywać motywy z dzieciństwa, np. cudowny jest Bar Europa w Katowicach. Wspólnie z Łukaszem, po wielu rozmowach zdecydowaliśmy, że dobrym tematem przewodnim albumu będzie właśnie dzieciństwo. Tamte czasy charakteryzował eklektyzm i wydaje mi się, że nasza płyta też jest trochę taka, jak kolorowe klipy z MTV. Nie wiem, czy słuchacze to potwierdzą, ale do opisu naszej muzyki najbardziej, moim zdaniem, pasuje przymiotnik „zakurzona”.

Ł: Kasia bardzo lubi to określenie, podobnie jak często używa stwierdzenia, że nasza płyta jest jak „poszarpana klisza”.

To wynika z zainteresowania fotografią?

K: Na pewno, studiuję na kierunku sztuka mediów. Chciałabym rozwijać tę pasję równolegle do muzyki i może w przyszłości zajmować się tym zawodowo.

Łukasz, wiem, że twoje studia są nieco bardziej związane z muzyką.

Ł: Niestety są nawet bardziej związane z samą muzyką, a nie z właściwym tematem studiów, który, wydawało by się, powinien być bardziej istotny. Bo studiując projektowanie gier i przestrzeni wirtualnej dowiedziałem się o tym niewiele. Zajęcia, z których jestem zadowolony, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Dużym plusem mojej uczelni są spotkania studentów na tzw. Game Jam’s. Jedna z bardzo niewielu aktywności uczelnianych, na których mogłem nauczyć się czegoś pożytecznego co dotyczy branży gier. Mogłoby się wydawać, że projektowanie gier i przestrzeni wirtualnej specjalność dźwięk w grach powinno być głównie nastawione na tworzenie i „wkładanie” dźwięku do gier. Niestety praktyczne zajęcia dotyczące implementacji dźwięku w silniku gier trwały w sumie ok. 2 godzin (licząc jedynie czas poświęcony na pojęcie dźwięku w silniku). Dwie godziny w ciągu trzech lat...

Wspominaliście wcześniej, że wasza kariera rozwija się bardzo dynamicznie i często nie macie nawet czasu, aby przeanalizować jej kolejne etapy, ale może spróbujecie powiedzieć, gdzie widzicie się, powiedzmy, za kilka lat?

Ł: Ostatnio śniło mi się, że graliśmy u Jimmy’ego Fallona... Tak naprawdę dopiero zaczynamy zagranicą i jest to dla nas taki nowy początek. Sporo gramy poza Polską i niejednokrotnie te wyjazdy są o wiele bardziej wyczerpujące niż koncerty u nas w kraju. Co ciekawe, zagranicą zdecydowanie częściej spotykamy się z ciężkimi warunkami technicznymi: zdarzają się sytuacje, że sam muszę miksować koncert na wieloletniej konsolecie.

K: Działamy „zagranicznie” jakoś od półtora roku. Zaczęło się od festiwalu Positivus na Łotwie, później doszły występy w Lubljanie, Tallinnie czy w Hamburgu. To wszystko było możliwe, bo jesteśmy związani z agencją bookingową w Niemczech i Czechach. Nasza płyta ukazała się już w Niemczech i Szwajcarii, a za chwilę w krajach Beneluksu pojawi się też kaseta. Nie jest jednak aż tak różowo, jak mogłoby się wydawać – budowanie popularności zagranicą to trudny i długotrwały proces. Mam jednak nadzieję, że uda nam się jeszcze raz nagrać sesję dla KEXP, ale tym razem już u nich, w Seattle.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
styczeń 2018
Kup teraz