Więcej...

Sarcast - Nasze metody pracy wymagają czasu

21.02.2019 
Sarcast - Nasze metody pracy wymagają czasu fot. Patatof

Duet Sarcast zadebiutował w 2015 roku albumem "Syn Słońca", który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem krytyków i recenzentów. Przede wszystkim zwracano uwagę na świetne produkcje, chwytliwe melodie oraz szereg odważnych zabiegów stylistycznych, które wyróżniały krążek Łukasza Sowińskiego i Michała Lange od tego co działo się wówczas na naszym hip-hopowym podwórku. Nie będzie dużą przesadą stwierdzenie, że "Syn Słońca" nieco wyprzedził całą scenę i to nie tylko z powodu ciekawie użytego efektu auto-tune. Po kilku latach od tamtych wydarzeń chłopaki prężnie pracują nad kolejnym projektem ale przyznają, że minie jeszcze trochę czasu zanim będziemy mogli posłuchać ich nowego albumu. O tym dlaczego nie zamierzają ścigać się z resztą sceny oraz o swoich czasochłonnych metodach pracy opowiedzieli w naszej rozmowie.

Od premiery waszego debiutanckiego albumu "Syn Słońca" mijają właśnie trzy lata, czyli mnóstwo czasu, zwłaszcza w branży muzycznej.

Łukasz Sowiński: To prawie cała epoka. Branża wciąż goni, ale my gramy trochę inaczej niż wszyscy i wyłamujemy się z tego wyścigu. Nie oznacza to, że nie chcielibyśmy pewnych procesów przyspieszyć – po prostu siedzimy w studiu i jest to niejako „przerwa” od codziennego życia. Poza tym nasz system pracy jest dość skomplikowany i „mosiężny”, więc siłą rzeczy to wszystko trwa bardzo długo.

Michał Lange: Trochę liczyliśmy na to, że coś się pozmienia i będziemy mieli więcej czasu na pracę nad muzą, ale się nie udało – mimo że były takie próby z niejedną wytwórnią. Jak na razie jesteśmy znów w punkcie wyjścia. Aktualnie pracujemy nad naszym drugim wydawnictwem. Wyznaczyliśmy sobie deadline do końca roku na zamknięcie stricte studyjnej, kompozycyjnej pracy, a później zajmiemy się już rejestracją wokali. Chcielibyśmy wypuścić album przed wakacjami.

Recenzenci mają problem z waszą muzyką, ponieważ nie wiedzą, jak ją zakwalifikować: jako rap czy elektronikę. Może pomocna w tym względzie okaże się odpowiedź na pytanie o wasze muzyczne korzenie.

ŁS: Ja, co prawda dawno temu, działałem w rapowym podziemiu, ale nie mogę powiedzieć, żeby to hip-hop był moją główną inspiracją. Gdyby tak było, to raczej nie skumałbym się z chłopakami z okolicy, którzy grali bluesa. A wśród nich był Michał, z którym ostatecznie zaczęliśmy działać w duecie.

ML: W zasadzie, odkąd pamiętam grałem w przeróżnych kapelach na klawiszach. Po etapie z bluesem, tworzyliśmy jeszcze zespół funkowy, w którym Łukasz rapował swoje teksty. A zatem moje korzenie, to jest blues i później jazz, zwłaszcza, że byłem na Akademii Muzycznej w Gdańsku na Wydziale Jazzu, gdzie uczyłem się wokalu. Wcześniej skończyłem szkołę muzyczną pierwszego stopnia, ucząc się gry na fortepianie. Wielokrotnie chciałem z tego zrezygnować, ale dzisiaj jestem wdzięczny moim nauczycielom i rodzicom, którzy przekonali mnie, żebym kontynuował moją edukację.

Czy wykształcone wówczas umiejętności przydają ci się dzisiaj podczas pracy studyjnej?

ML: Nie ulega to wątpliwości. Przede wszystkim poznałem wtedy instrument, który do dzisiaj jest moim głównym narzędziem pracy. Co prawda, zastąpiłem klasyczny fortepian klawiaturą sterującą M-Audio Axiom, ale wszystkie partie, czy to skrzypce, czy bębny, nagrywam na klawiszach. Być może, kiedy korzysta się z banków sampli i gotowych pętli, to wykształcenie muzyczne nie jest niezbędne. My jednak działamy w taki sposób, że moje doświadczenia ze szkół są bardzo przydatne.

ŁS: Już na samym początku postanowiliśmy, że będziemy robić w pełni własną muzę. Samplowanie jest więc ograniczone do minimum – jeśli już sięgamy po tę metodę, to najczęściej wycinamy dźwięki z naszych własnych nagrań. Partie bębnów programujemy albo wbijamy na padach, a wszystkie inne grane są przez Michała. Niedawno nauczył się grać na basie, więc na nowym materiale będzie bas grany na żywo. Staramy się, żeby muzyka rzeczywiście była muzyką.

Pojawiły się już klawisze, gitara basowa – z czego jeszcze korzystacie w studiu?

ML: "Syn Słońca" powstał w dużej mierze na Rolandzie JX-3P i choć teraz założyłem sobie, żeby przy nowym projekcie korzystać z niego jak najmniej, to ostatecznie nie potrafię się od niego uwolnić. Używam go razem z programatorem PG 200, dzięki czemu jest elastyczny oraz plastyczny w swoim niedoskonałym brzmieniu. Kiedyś zastanawiałem się nad Rolandem Jupiter-80, ale doszedłem do wniosku, że nie zamieniłbym JX-3P na żaden inny klawisz. Poza tym używam Casio CZ-5000, Yamahy SHS-10 oraz syntezatora Vermona. Do tego dochodzi Hohner Bass 3, czyli monofoniczny syntezator basowy mający ponad dwie oktawy. W Vermonie nie ma MIDI, w Hohnerze nie ma MIDI, a więc jestem zmuszony grać wszystko z ręki. W Rolandzie JX-3P rzadko korzystam z MIDI, bo w momencie podłączenia przełączam się między wejściem MIDI a wejściem programatora. Staram się unikać sytuacji, w których nie mam możliwości modulacji barwy. Do tych wszystkich gratów dochodzą jeszcze instrumenty wirtualne – głównie z pakietów NI Komplete i Arturia Analog Lab – chociaż ostatnio staram się ograniczać ich liczbę.

„Poza klawiaturą sterującą M-Audio Axion oraz Rolandem JX-3P używam m.in. Casio CZ-5000, Yamahy SHS-10 oraz syntezatora Vermona”

Dlaczego?

ML: Swego czasu współpracowaliśmy z Bartkiem Staszkiewiczem, znanym np. z formacji Sofa. Kilkukrotnie spotykaliśmy się w sali prób i jammowaliśmy – ja na pianie czy rhodesie, a on na instrumentach takich, jak Korg MS-20, Novation Bass Station czy Acces Virus. Zaraził mnie w ten sposób syntezą, trochę mu pozazdrościłem, więc niedługo potem udało mi się kupić Vermonę, czyli w moim nazewnictwie „biednego Mooga”. Przywiozłem ją na którąś próbę i Bartek, który znał instrumenty Mooga, trochę śmiał się z wykonania i z tego, że cutoff działa w drugą stronę, ale był też pod wrażeniem nietypowego brzmienia. Od tamtej pory uwielbiam syntezatory. Nie chodzi w tym nawet o barwę, a bardziej o możliwość żywej modulacji dźwięku. Tym, co daje im przewagę nad instrumentami wirtualnymi, jest paradoksalnie ograniczenie ich opcji oraz możliwości zmiany barwy do kilku/kilkunastu parametrów. Z nieograniczonymi możliwościami edycji na kompie łatwo popadałem w pułapkę wykręcania coraz to lepszego brzmienia. W efekcie zamiast grać na tym, co jest i koncentrować się na tym, co chcę zagrać, zastanawiałem się, czy na pewno ma to zabrzmieć w taki, a nie inny sposób. To nie była słuszna droga, bo partie muszą się bronić same – niezależnie od opakowania.

ŁS: Kiedy obserwuję Michała grającego z ręki, to wydaje mi się, że wtedy osiąga lepszy „feeling”. Może momentalnie np. opóźnić położenie danego akordu, zmienić składnik, przewrót czy oktawę, co jest oczywiście osiągalne w ramach MIDI, ale kiedy gra na żywo, to nas to zdecydowanie bardziej napędza i inspiruje.

Rozumiem jednak, że ostatecznie zarejestrowane partie i tak trafiają do komputera.

ML: Naturalnie. Aktualnie pracujemy w Logicu, wcześniej był to Cubase, ale od czasu współpracy z producentem o ksywce Mooryc, który używał Logica, ja też „przesiadłem się” na ten DAW. Było to wygodne, ponieważ w ten sposób mogliśmy przesyłać sobie całe sesje z programu. Był czas, kiedy próbowałem przekonać się do Abletona, głównie ze względu na występy, ale ostatecznie mi się nie udało. Raczej nie będę podejmował kolejnych prób, bo takie przesiadki są niezwykle czasochłonne, a ja teraz cenię sobie to, że pracuję w Logicu bardzo szybko i intuicyjnie. Cenię też instrumenty Logica. Zaczynając od wg mnie jednego z lepiej brzmiących wirtualnych rhodesów i wurlitzerów, przez bardzo ciekawy Mellotron, aż do Retro Syntha, w którym można bardzo wiernie odwzorować analogowe syntezatory, nie gubiąc się przy tym w interfejsie. Można też totalnie odjechać korzystając z własnych próbek w trybie syntezy wavetable. Korzystam też dość często z dodanych przy jednej z ostatnich aktualizacji multiefektów Phat i Step FX, które włączam najczęściej na grupy instrumentów harmonicznych, oraz z kolekcji korektorów Vintage.

Powiedzieliście o waszych korzeniach, zespołach bluesowych czy funkowych, jednak w którymś momencie musiała się pojawić elektronika.

ŁS: Kiedy ostatni z naszych zespołów przestał istnieć, bo chłopaki zrezygnowali ze wspólnego grania, razem z Michałem musieliśmy w jakiś sposób wypełnić po nich lukę. Wynikało to więc z naturalnej potrzeby dalszego robienia muzyki. Początkowo partie grane przez instrumenty zastąpiliśmy tymi granymi na instrumentach wirtualnych, później zaczęliśmy kombinować. Z tej perspektywy cieszę się, że tak się stało, bo wyszło to nam na dobre.

Michał, to przejście było dla ciebie trudne?

ML: Początkowo na pewno tak, jednak już w trakcie pracy z zespołem zacząłem zagłębiać się w pracę z DAW. Dzięki temu nie było tak, że startowałem od przysłowiowego zera. Nie oznacza to, że pierwsze kroki były szczególnie udane – ciekawe efekty przyszły dopiero po godzinach spędzonych w studiu i przed tutorialami. Kiedy zrozumiałem zasady działania miksera, dowiedziałem się, jak działa sidechain oraz nauczyłem się obsługiwać kompresory czy pogłosy, poszło z górki.

A co Łukasz miałeś na myśli mówiąc, że pracuje się wam „mosiężnie”?

ŁS: Na pewno nie oznacza to, że męczymy się podczas pracy nad kolejnymi numerami. Wręcz przeciwnie, sprawia nam to dużą przyjemność. Chodziło mi o specyficzny tryb pracy, w którym dużo miejsca poświęcamy dopracowywaniu wokali. Najpierw tworzymy tzw. „ryby”, czyli poszukujemy odpowiedniej linii melodycznej i samego sposobu nawijania. Dopiero później zabieramy się za dopasowywanie do tego tekstów. To często jest bardzo trudne i długotrwałe. Myślę, że sama praca nad wokalami to połowa całego czasu, jaki spędzamy nad albumem. Druga kwestia to taka, że mocno kopiemy w brzmieniach i jeśli tylko coś nam nie przypasuje, to będziemy nad tym siedzieć do skutku.

ML: Rzecz w tym, że siedzimy nad tymi numerami od samego ich początku do końca. Większość raperów pracuje na cudzych bitach, czyli dostaje gotowy instrumental i potem pewnie ma coś do powiedzenia w kwestii aranżu, ale generalnie nie wchodzą w to tak głęboko, jak my. Tak jak powiedział Łukasz, dzielimy naszą pracę na przynajmniej kilka etapów, również dlatego, aby zdystansować się do danego kawałka, trochę odpocząć. Trudno jest poczuć wenę do układania linii melodycznej, skoro słyszy się dany kawałek od pierwszego dźwięku. Dlatego najpierw tworzymy instrumentale, później są wspomniane „ryby”, następnie teksty, refreny i tak dalej.

ŁS: Jak teraz o tym mówimy, to odnoszę wrażenie, że my sobie cały czas utrudniamy życie. Jak byśmy nie chcieli wydawać tych płyt [śmiech].

ML: Po prostu nie interesuje nas wrzucanie na album kawałków, które będą jedynie „zapchajdziurami”. Nie ma u nas takich rzeczy, choć być może ktoś mógłby odnieść inne wrażenie. Staramy się też łączyć instrumentalnie następujące po sobie kawałki – tak było też na płycie "Syn Słońca". Jak widać zabiegi, które lubimy, wymagają czasu.

Nieco dystansujecie się od sceny rapowej, ale ostatnio ukazało się kilka singli na kanałach takich wytwórni jak Step Records czy QueQuality, więc oficyn jednoznacznie hip-hopowych.

ML: Cały czas jesteśmy gdzieś pomiędzy, bo nasza muzyka to ani alternatywa, ani pop, ani hip-hop. Trudno nas sklasyfikować, ale mentalnie najbliżej nam do hip-hopu, bo to niezwykle otwarta kultura. To, jak dobrze zostaliśmy przyjęci przez przedstawicieli tej sceny, tylko to potwierdza.

ŁS: Byliśmy tym mocno zaskoczeni, bo braliśmy pod uwagę, że dostaniemy cięgi za "Syna Słońca". W końcu było tam trochę auto-tune’a, śpiewane refreny i nawet spotykaliśmy się z takimi głosami, że tym albumem odważnie się zaprezentowaliśmy. Nie tak dawno braliśmy udział w wydarzeniu Pawbeats Orchestra, gdzie na scenie pojawiła się też m.in. Justyna Steczkowska czy Natalia Nykiel. Później mieliśmy okazję pogadać z Natalią i ona mówiła dokładnie to samo – że bardzo ceni sobie atmosferę w kręgu hip-hopowym, to, że ludzie są otwarci i po prostu normalni.

ML: Nie zauważymy w hip-hopie tej zawiści artystycznej, z którą można się spotkać np. na Akademii Muzycznej. Na backstage’u wszyscy zbijają ze sobą piątki i nie ma w tym wyrachowania. Dlatego też trzymamy się tego rapu i kiedy rozmawiamy o współpracy z wytwórniami, to gadamy z oficynami hip-hopowymi.

Z dzisiejszej perspektywy dość śmiesznie brzmi zdanie, że odbiór waszej płyty mógł być negatywny z powodu auto-tune’a.

ML: To, co się dzisiaj dzieje z wokalami, to już przesada – cały myk polega na tym, żeby robić to ze smakiem. My staraliśmy się postępować bardzo subtelnie. Nie lubię stroić głównego głosu. Wolę zachować jego naturalność, a podstrajam jedynie głosy spod spodu – duble albo oktawy od tych głównych wokali. Zawsze mocno stroję dolne oktawy, dodając do tego jeszcze jakiś przester, najczęściej z Decapitatora. Dzięki temu główny wokal dostaje takiego fajnego „ciała”. Niekiedy też wysyłam strojone na maksa wokale na pogłos, a z głównym już tego nie robię. Tą metodą całość sprawia wrażenie podstrojonej, ale jednocześnie niepozbawionej naturalności.

„Zawsze mocno stroję dolne oktawy, dodając do tego jeszcze jakiś przester, najczęściej z Decapitatora”

Wywołaliście temat grania na żywo – jak to u was wygląda?

ŁS: Została w nas stara szkoła funkowa i gramy przede wszystkim z instrumentalistami – jest z nami perkusista i basista, a do tego Michał gra na klawiszach. Dla nas zawsze to instrumenty będą punktem wyjścia. Uparliśmy się na to, choć pewnie z tego powodu zagraliśmy po debiucie dużo mniej koncertów niż mogliśmy.

ML: Tak, trochę z tym wtopiliśmy, bo trzeba było grać do bitów puszczanych z kompa. Przy drugiej płycie zdajemy sobie sprawę, że musimy wymyślić inną formułę. To nawet nie jest problem z wynagrodzeniem, a raczej chodzi o możliwości w klubach – nie wszędzie da radę zagrać z żywym bandem – czasem ze względu na wielkość sceny, czasem przez wzgląd na warunki nagłośnieniowe. Zawsze to forsujemy, to nasza opcja główna, ale jest tak, jak jest. Jak mówi Łukasz, instrumenty to nasz punkt wyjścia, ale oczywiście są one „oklejone” elektroniką. Basista korzysta z rozbudowanej podłogi, umożliwiającej głęboką modulację brzmienia, do tego wyzwala sesję z Abletona i gra na launchpadzie. Perkusista triggeruje bębny (jest zsynchronizowany po MIDI z komputerem basisty, więc może wyzwalać sample pochodzące z sesji) i do tego gra na SPD-SX.

Jak teraz mówiliście o waszych funkowych korzeniach, to już rozumiem, skąd brzmienie tych nowych singli, które pojawiły się w internecie.

ML: Kawałek "Tydzień" na pewno wejdzie na album i jest w jakiś sposób reprezentatywny dla jego zawartości. W stosunku do poprzedniej płyty chciałem poprawić bębny. Zastosowałem dość prostą motorykę i być może stąd wrażenie, że brzmią one teraz bardziej funkowo. Na "Synu Słońca" były one bardzo „klawiszowe”. To słychać, na jakim instrumencie gra dany producent – jak Calvin Harris na gitarze albo ja na fortepianie. Tym razem, kiedy siadam do robienia bębnów, konsultuję się z bębniarzem i nie gram już dwóch hi-hatów naraz, jak bywało wcześniej. Dążę też do tego, aby nasza muzyka była prosta do odegrania na żywo z zespołem. Starając się przełożyć materiał z "Syna Słońca" na granie na żywo, spotkaliśmy się ze ścianą. Teraz mam wrażenie, że będzie więcej rytmicznych „samograjów”, które są bardziej bezpośrednio energetyczne niż nasze wcześniejsze dokonania.

ŁS: W założeniu miało być lżej, ale raczej nie będzie. Jest chyba jeszcze mocniej i odważniej. Z jednej strony melodyjnie, bo zawsze dbamy, żeby refren się zgadzał, ale bity zdecydowanie zabrzmią potężnie.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
styczeń 2019
Kup teraz