Więcej...

Mirt/Ter - Studies On The Production of Underwater Sounds

05.03.2020 
Nasza ocena:
5 /6

Trudno oceniać taką płytę, bo bardziej niż z muzyką, mamy tu do czynienia z nagraniami terenowymi, które zgodnie z tytułem wydawnictwa, mogą być postrzegane jako etiudy poświęcone rejestrowaniu dźwięków podwodnego świata. Temat jest na tyle ciekawy i niespotykany, że nie mogłem nie zapytać Tomka Mirta o wyzwania związane z całą eskapadą.

„Od jakiegoś czasu interesuje mnie nagrywanie hydrofonem. Początkowo używałem urządzenia wykonanego własnoręcznie, składającego się z przetwornika piezo i prostego przedwzmacniacza zasilanego napięciem fantomowym. Efekty były satysfakcjonujące, ale drobny błąd konstrukcyjny spowodował, że woda dostała się do środka i uszkodziła układ. Postanowiłem więc kupić profesjonalnie wykonane urządzenie. Wybrałem H2a firmy Aquarian Audio, rezygnując z oferty chwalonego JrF. Zależało mi na złączu XLR, tak bym w łatwy sposób mógł z niego korzystać z rejestratorami Sound Device 633 i MixPre3, które są sercem mojego setupu. Dźwięk pod wodą rozchodzi się w zupełnie inny sposób – nie dość, że z inną prędkością to jeszcze następuje specyficzny efekt dyspersji częstotliwości, rozchodzą się one z różną prędkością. W efekcie zastanawialiśmy się z Magdą (Ter – przyp. red.), czy nagrania wykonane hydrofonami powinny być w jakiś sposób obrabiane, by dostosować je do sposobu w jaki słyszymy. Drugą kwestią było, czy warto zaopatrzyć się w drugi hydrofon, a jeśli tak, to w jaki sposób je ustawić parę stereo. Jest to problemem teoretycznym (odległość) ale i praktycznym, bo unieruchomienie hydrofonów pod wodą jest pewnym wyzwaniem..."

"W efekcie, pozostaliśmy przy nieprzetworzonych nagraniach monofonicznych. To może sugerować pełną kapitulację, ale nadal wykonanie nagrań pozostawiało kilka kwestii, które były konkretnym problemem. Przede wszystkim zapanowanie nad hydrofonem wrzuconym do rzeki – silny prąd powoduje ruch urządzenia, który ma wpływ na to co się nagrywa lub może zupełnie je zniweczyć. Hydrofon wrzucony do wody zatrzyma się na dnie i nagramy wówczas głównie efekt przemieszczania się urządzenia i dźwięków przenoszonych po kablu. Ten ostatni, nie dość, że jest długi, to jeszcze na znacznym odcinku narażony na uderzenia wody i wszelkich obiektów pod nią się znajdujących. Na album trafiło kilka nagrań z dna, bo efekty były dość ciekawe i abstrakcyjne, ale zdecydowaliśmy się na zawieszenie hydrofonu na boi własnej konstrukcji. Do niej przymocowaliśmy przewód za pomocą zaczepu, minimalizującego drgania pochodzące znad wody. Staraliśmy się nagrywać w momencie, kiedy hydrofon ustabilizował się w określonym punkcie, jeśli nie mogliśmy narzucić miejsca ręcznie nim sterując. Problemem, który trzeba zaakceptować lub żmudnie eliminować radykalnymi cięciami są setki puknięć, zbliżające się ryby dziobią i obijają się o urządzenie, jeśli się jednak nie zbliżą, hydrofon nie zbierze ciekawych dźwięków które powoduje ich ruch. To wszystko każe traktować taki materiał nieco inaczej niż typowe nagrania wykonywane mikrofonem. Efekt, jak wspomniałem, jest dość abstrakcyjny i obco brzmiący, ale mam wrażenie, że ingerowanie w takie nagranie oddala nas od jakiejś prawdy o rejestrowanym dźwięku, na której zależy mi w wypadku nagrań publikowanych w ramach wytwórni Saamleng” – tłumaczy swoją filozofię Tomek Mirt.