Więcej...
Michał Wilczyński – Każdy lubi wracać pamięcią do czasów młodości
Michał Wilczyński – Każdy lubi wracać pamięcią do czasów młodości

Z Michałem Wilczyńskim, głównodowodzącym labelem GAD Records spotykamy się przy okazji jego wizyty w Warszawie, którą odwiedza za każdym razem kiedy swoje premiery mają wydawane przez niego kolejne krążki.

Rozmowa
2019-04-08
fot. https://polskieradio24.pl

Tym razem jest to m.in. "Orwo Years" Andrzeja Korzyńskiego ale poza nowymi pozycjami w katalogu GAD-a interesuje nas również współpraca jaką Michał Wilczyński nawiązał z wytwórnią Warner Music Polska a więc posiadaczem praw do płyt wydanych niegdyś przez Polskie Nagrania. Co z tej kooperacji wyniknie? Dlaczego nagrań wydawanych przez GAD Records próżno szukać w internecie? Co robił Jerzy Milian stojąc w tłumie na rynku niewielkiego brytyjskiego miasteczka? Odpowiedzi na te oraz inne pytania znajdziecie w naszej rozmowie z Michałem Wilczyńskim.

Z pewnością znasz książkę Simona Reynoldsa „Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością” w której opisuje on współczesność jako epokę ciągłych reedycji.

Michał Wilczyński: Znam ale przyznaje, że jeszcze jej nie przeczytałem – cierpliwie czeka na półce. Natomiast, wiem do czego dążysz i zgadzam się, że to co robimy w GAD Records jest bazowaniem na pewnej nostalgii. „Sonda”, „07 Zgłoś się” czy „Akademia Pana Kleksa” to dla wielu osób wspaniałe wspomnienia i my pomagamy im je sobie na nowo odtwarzać. To naturalne, że każdy lubi wracać pamięcią do czasów swojej młodości, kiedy patrzył na świat zupełnie inaczej.

W swojej książce Reynolds stawia tezę, że przez to ciągłe zapatrzenie w przeszłość powstaje coraz mniej oryginalnej muzyki.

Problem polega na tym, że w dobie internetu muzyka bardzo się sfragmentaryzowała i mamy dzisiaj tysiące mikrogatunków. Dobrą stroną tej sytuacji jest fakt, że praktycznie każdy może tworzyć swoją muzykę a następnie publikować ją np. na Bandcampie. Z drugiej strony nie każdy powinien to robić – szalenie trudno wyłowić wartościowe rzeczy z tej potężnej dźwiękowej magmy, która nas zewsząd zalewa. A więc z pewnością w tym wszystkim znajdzie się dobra i nowatorska muzyka ale wyłapanie jej jest zwyczajnie problematyczne. Jednocześnie uważam, że nowa muzyka nie ma się najgorzej a jeśli nawet przechodzi jakiś kryzys to nie ze względu na tą falę nostalgii, która też jest bardzo chwiejna. Oczywiście aktualnie obserwujemy pewien „boom” ale jeśli chodzi o nasz rodzimy rynek to nie jest on wcale taki wielki.

Na półkach w sklepach muzycznych ciągle pojawiają się jednak kolejne wznowienia płyt Beatlesów czy Led Zeppelin…

No tak, albumy The Beatles, Led Zeppelin czy King Crimson wznawiane są praktycznie co roku, ponieważ to są absolutne ikony i wszystko od nich zawsze się sprzeda. Bardziej interesujące wydaje mi się to, że następców tych ikon nie widać ale być może na to potrzeba czasu oraz odpowiedniej perspektywy. Gdyby ktoś powiedział mi w 2000 roku, że wychodzi reedycja albumu Kobong to nie byłbym do końca przekonany. Teraz perspektywa odrobinę się zmieniła i jest to coś co ma swoje stałe miejsce w kulturze.

W GAD Records od początku byliście zainteresowani tym aby zająć się właśnie wznowieniami klasycznych albumów oraz wydawaniem niepublikowanych wcześniej nagrań?

Przez pierwsze dwa lata naszej działalności zajmowaliśmy się głównie publikowaniem książek, chociaż od zawsze wydawanie muzyki było naszym głównym celem. W 2010 roku, wraz z wydaniem pierwszej płyty Jerzego Miliana doszliśmy do momentu w którym mogliśmy już całkowicie zająć się muzyką. Był czas kiedy zastanawiałem się nad tym czy nie spróbować zrobić czegoś nowego z tymi muzykami, których twórczość przypominaliśmy w ramach kolejnych reedycji ale ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu. Uznałem, że mógłbym ich skrzywdzić, bo znam się przede wszystkim na tym co było kiedyś i w tym jestem dobry. Nie będę wcinał się tam, gdzie nie czuję się pewnie.

A co było takim bezpośrednim impulsem do tego żeby w ogóle zająć się działalnością wydawniczą?

Ja generalnie zaczynałem od tego, że pracowałem z zespołem SBB. Będąc jeszcze w liceum razem z Andrzejem Hojnem napisaliśmy nawet biografie tej kapeli. W 2004 Metal Mind Productions zaproponował zrobienie antologii nagrań SBB, więc wzięliśmy się za to. Spodobała mi się praca nad przygotowaniem płyty z archiwalnymi nagraniami. Wraz z kolejnymi poszukiwaniami pojawiały się nowe zespoły oraz utwory, których osoby zarządzające Metal Mind nie chciały już wydawać. Nie widzieli w tym potencjału, więc postanowiłem, że sam się tym zajmę. Tak było np. z Klanem i ich „Sennymi Wędrówkami” – uparłem się żeby to wydać i całość wyszła bardzo dobrze.

Zespół SBB w 1976 roku. (fot. Zygmunt Drużbicki)

W tamtym czasie miałeś wiedzę o podobnych wytwórniach działających zagranicą?

Tak, zawsze bardzo ceniłem Trunk Records – zarówno ze względu na ich ciekawy katalog jak i postać założyciela tej oficyny Johnny’ego Trunk’a, będącego niesamowicie sympatycznym człowiekiem. Wówczas przyglądałem się też temu co robili ludzie z Light In The Attic Records, Ace Records i Cherry Red Records. Ten ostatni label był chyba dla mnie największym wzorcem, bo podobnie jak oni, w GAD Records prezentujemy bardzo różnorodne stylistyki. Robimy jazz, elektronikę, gitarowe albumy i muzykę filmową. Być może jeszcze w tym roku ruszymy z nowym labelem, gdzie również będziemy prezentować nagrania archiwalne ale pochodzące z zupełnie innych „klimatów”. Mam nadzieję, że na wiosnę będę mógł powiedzieć coś więcej.

Niedawno ogłosiliście zawiązanie współpracy z wytwórnią Warner, która jest dysponentem katalogu Polskich Nagrań.

Tak, plan jest taki, że będziemy robić reedycje albumów z katalogu Polskich Nagrań, które z punktu widzenia tak dużej firmy jak Warner nie mają dostatecznego potencjału komercyjnego, natomiast idealnie wpisują się w naszą stylistykę i filozofię. Robimy to po swojemu a więc do każdego krążka dołączona będzie obszerna książeczka, duża liczba zdjęć a tam gdzie będzie to możliwe jakieś bonusy. Pierwszym owocem naszej kooperacji z Warnerem była płyta Katarzyna Gärtner / Czerwono-Czarni – Msza beatowa „Pan przyjacielem moim”. Teraz pracujemy nad antologią nagrań Chorus & Disco Company, gdzie znajdzie się m.in. materiał z płyty „Światła Dyskoteki” ale bez sztucznych oklasków, które zawierał oryginalny krążek. Po każdym utworze było słychać brawa, które zostały nagrane przez 5 klaszczących osób udających licznie zgromadzoną widownie…

Prawie jak śmiech podkładany w serialach.

Gorzej! Andrzej Januszko, czyli jeden z producentów tego materiału mówił mi, że na pewno zostawili wersje bez oklasków i faktycznie, udało się ją odnaleźć. W ramach współpracy z Warnerem zamierzamy koncentrować się właśnie na tego typu niszowych projektach. Wydamy Kram – „Biała Sowa, Biała Dama, Biały Kruk”, „Geira” Haliny Frąckowiak i SBB, nagrania Marka Sewena, który grał muzykę hawajską w latach 60-tych. Była taka płyta „Księżyc na Thaiti” z której zrobiono „czwórkę” pt. „Zenon Kubis gwiżdże egzotyczne melodie”. Pan Zenon Kubis był skrzypkiem w filharmonii ale poza tym parał się gwizdem artystycznym, który został zarejestrowany na tej płycie. Z dzisiejszej perspektywy jest to totalnie odjechane. Płyta ukaże się w czerwcu, jest to fajna, letnia muzyka, więc będzie w sam raz na wakacje.

Zakładam, że te płyty wymagają ponownego zremasterowania.

Akurat w przypadku Polskich Nagrań płyty rzeczywiście bywały w różnym stanie ale same taśmy zazwyczaj są jak kryształ. Naprawdę rzadko się zdarza aby były one słabej jakości. Jeżeli chodzi o inne nagrania no to oczywiście z tym bywa różnie. Niekiedy wystarczy jedynie wyrównać poziomy, bo materiał sam z siebie brzmiał i błyszczał jak np. „Sweet Beat” Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Byliśmy chwaleni za brzmienie tego materiału ale prawda jest taka, że akurat w tym przypadku naszej ingerencji było naprawdę niewiele. Są rzeczy przy których trzeba „napocić się” trochę więcej – mamy masteringowców z którymi regularnie współpracujemy np. z mieszkającym w Szwecji Andrzejem Poniatowskim, czyli byłym perkusistą Klanu. Do tego jest jeszcze Matej Vecera ze Studia Budikov, który zajął się „Akademią Pana Kleksa czy reedycją „Jazz Q”. Sporo zależy od tego co to za materiał i jakie działania trzeba na nim przeprowadzić.

Istnieje lista nagrań, które chciałbyś pokazać w GAD Records w przyszłości?

Taka lista marzeń? Jasne, składa się na nią kilkaset pozycji. Jest to zatem bardzo rozległy spis i poszczególne tytuły znajdują się na różnym stopniu realizacji, bo czasem rozmawiamy z artystami a przez szereg lat nic nam z tego nie wychodzi. Sporo osób do nas pisze i wskazuje konkretne nagrania radiowe, single czy całe albumy, które ich zdaniem powinny znaleźć się w naszym katalogu. Kilka rzeczy wydaliśmy dzięki takim wskazówkom.

A gdybyś teraz miał wskazać jedną rzecz na której bardzo Ci zależy to co to by było?

Jest jedna pozycja o którą walczę ale nie wiem czy uda się ją wydać jeszcze w tym roku. Mam nadzieję, że uda się niebawem podpisać wszystkie umowy ale czy zdążymy z wydaniem to już nie zależy ode mnie. Nie mogę powiedzieć o kogo chodzi ale będzie to materiał polskiego jazzmana, który w tym roku świętuje 80 urodziny. Można poszukać w Google.

Czemu nie wrzucacie tych płyt do internetu?

Bo nie możemy. W większości przypadków otrzymujemy licencje wyłącznie na nośniki fizyczne. To, że nie ma tego w internecie to kwestia oryginalnych praw właścicieli, którzy nie dogadali się, nie mają czasu lub po prostu nie chcą (niepotrzebne skreślić) udostępniać tych nagrań w sieci. Poza wszystkim koszty jakie musielibyśmy ponieść żeby się tym ewentualnie zająć zupełnie nie przekładają się na to co te płyty mogłyby w digitalu „zwojować”.

Sądziłem, że wynika to z Waszej decyzji.

Nie, nie mamy na to wpływu. Co nie zmienia faktu, że ja osobiście wolę nośniki fizyczne ale zdaję sobie sprawę, że żyjemy w czasach w których ten digital jest niezwykle mocno zakorzeniony. Staramy się jednak dawać ludziom coś więcej aby nakłonić ich do kupna fizycznego egzemplarza płyty. Stąd te książeczki, fotografie, teksty – to musi być jakaś pełna, zamknięta forma. Pewna opowieść.

Nieodłączną jej częścią są spotkania z samymi artystami.

To prawda i w zdecydowanej większości są to niezwykle pozytywne doświadczenia. Reagują oni bardzo ciepło na to, że ktoś się w ogóle nimi interesuje. Niekiedy jest też tak, że oni już nawet nie pamiętają niektórych faktów i my im o nich przypominamy. Pytają czasem „to ja tam gram?” a okazuje się, że są kompozytorami całych utworów. Z takich spotkań powstają niekiedy przyjaźnie i staram się tego typu relacje pielęgnować. Od zawsze miałem dobre relacje z członkami zespołu SBB i jak sądzę dzisiaj mogę nazywać ich moimi przyjaciółmi. Podobnie Marek Ałaszewski, który jak wiadomo miał wylew i bardzo ambitnie walczy o rehabilitacje. Wydaliśmy nawet płytę „Chmura nad miastem” z której cały dochód przeznaczony jest właśnie na jego rekonwalescencje. W tym roku przypada też 50-lecie Klanu, więc trzeba będzie jakoś przypomnieć o tym zespole. A więc tych kontaktów trochę jest, chociaż bliskie relacje nie są regułą. Niektórzy artyści podpisują umowę, później się rozliczamy i w zasadzie nasze drogi się rozchodzą.

Taką głębszą relacje udało się nawiązać z Jerzym Milianem?

Zdecydowanie. Z Jurkiem byliśmy naprawdę dobrymi znajomymi. Po pierwszych spotkaniach, które odbywały się w kawiarniach dostałem zaproszenie żeby spotykać się u niego w domu. Piękne mieszkanie w którym wszystkie ściany obwieszone były pisanymi przez niego ikonami. To były dobre rozmowy, nie tylko o muzyce. Lubiłem tam przychodzić. Doskonale pamiętam nasze pierwsze spotkanie na którym obecna była również moja żona Agnieszka. Najpierw przepytał ją czy umie robić pierogi, bo jeśli nie to nie będzie czynić żadnych awansów. Później spytał mnie czy to wydawanie płyt w ogóle się opłaca, po czym wręczył mi reklamówkę ze swoimi taśmami. Zacząłem dopytywać jak on to widzi ale odparł, że nie ma do tego dystansu i daje mi całkowicie wolną rękę. Tych taśm pojawiało się coraz więcej i w ten sposób powstała seria „Milian Tapes”.

Jerzy Milian (fot. archiwum artysty)

Trzeba powiedzieć, że zanim zajęliście się jego dorobkiem to Jerzy Milian był u nas nieco zapomniany.

To prawda. My od jakiegoś czasu „czailiśmy się” żeby z Jurkiem nawiązać kontakt a takim bezpośrednim impulsem było niezwykłe wydarzenie w Wielkiej Brytanii. Otóż w telewizji BBC panował obyczaj, że nocami jako podkład do planszy testowej odtwarzana była tzw. „testcard music”. Nie była to tak jak u nas piszcząca sinusoida a właśnie nagrania kupowane z Polski czy Niemiec. Okazuje się, że było tam wiele kompozycji Miliana o czym początkowo nikt nie wiedział. Ktoś dotarł do jakiś notatek z których wynikało kto jest autorem tych kompozycji i finalnie skontaktowali się z nim ludzie organizujący swego rodzaju konwencje. Polegało to na tym, że na rynku jednego z brytyjskich miasteczek odtwarzano utwory znane właśnie z BBC jego autorstwa. Jurek oczywiście został na to wydarzenie zaproszony. Opisujący całość na łamach Jazz Forum Krzysiek Balkiewcz pytał dlaczego nikt w Polsce nie interesuje się spuścizną Jurka i myśmy na to od razu zareagowali.

Owocem Waszej przyjaźni jest też biografia Jerzego Miliana pt. „Wiem i powiem”.

Jurek był takim gawędziarzem, że kiedy zaczynał jedną opowieść to kończył ją po jakiejś godzinie, jeszcze po drodze wplatając pięć innych wątków. Redakcją zajęła się moja żona Agnieszka, jednak w pewnym momencie zahamował nas brak funduszy. Szukaliśmy wsparcia w różnych miastach związanych z Jurkiem ale niestety przegraliśmy konkurs o dofinansowanie z miejskim szaletem… W końcu udało nam się dogadać z miastem Chorzów i wydaliśmy płytę, książkę oraz zorganizowaliśmy wystawę poświęconą Jurkowi w tamtejszym muzeum. On był już wtedy bardzo słaby i schorowany ale przyszedł na wernisaż. Był bardzo wzruszony, gdyż specjalnie na to wydarzenie przyjechali ludzie z Berlina aby się z nim zobaczyć i zdobyć autograf. Dlatego traktował to jako ukoronowanie swojego dorobku artystycznego. Niedługo później Jurek zmarł ale dla nas to nie koniec pracy nad jego nagraniami – szereg rzeczy czeka jeszcze na wydanie. Pracujemy nad tym aby to uporządkować i zamknąć.