Więcej...

Moment – Ciągle utrudniam sobie zadanie

25.01.2019 
Moment – Ciągle utrudniam sobie zadanie fot. Grythm

Na naszych radarach pochodzący z Rzeszowa producent pojawił się przy okazji swojego udziału w projekcie Niewidzialna Nerka, gdzie zreinterpretował klasyczny utwór "Nie ma skróconych dróg" grupy Grammatik. Od tamtej pory Moment opublikował m.in. materiał "Yeah, I See" w znanym swego czasu labelu Mad-Hop, jednak tych nowych produkcji nie było zbyt wiele. W zeszłym roku własnym sumptem wypuścił kasetę "Time to go back", która co prawda znalazła się w naszym prywatnym zestawieniu najciekawszych zeszłorocznych wydawnictw ale szerzej niestety niezaistniała. Postanowiliśmy więc pogadać z producentem o powodach tej sytuacji, jego studyjnym setupie oraz najbliższych planach.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Twój ubiegłoroczny materiał „Time to go back” został nieco przegapiony…

Moment: To dla mnie nauczka – następny projekt oddam już komuś kto zna się na wydawaniu oraz promocji. Bardzo żałuję, że sprawy potoczyły się w ten sposób, bo nadal lubię ten materiał i zwyczajnie jestem z niego zadowolony. Generalnie, niezbyt często wrzucam swoje produkcje do sieci, bo staram się trzymać ich możliwie wysoki poziom. Dzięki temu wracając do moich rzeczy nawet po kilku latach myślę sobie „kawał dobrej roboty zuchu”. Oczywiście nie oznacza to, że nie widzę ich niedoskonałości, ponieważ ciągle się rozwijam i rzecz jasna niektóre numery dzisiaj zrobiłbym inaczej. Jedno jest jednak pewne – moja muzyka płynie prosto z serca i mam nadzieję, że nie tylko ja to słyszę.

„Time to go back” ukazało się na kasecie, więc sam nośnik niejako potęguje efekt lo-fi, który i tak jest wyraźny przy odsłuchu tego materiału na Bandcampie – w jaki sposób osiągnąłeś taki rezultat?

Szczerze mówiąc nie myślałem o tym w ten sposób ale rzeczywiście jest w tym sporo prawdy. Wynika to chyba przede wszystkim z tego, że najbardziej cenię sobie nieoczywiste, zaszumiane a niekiedy odrobinę mroczne dźwięki zamiast tych czystych i klarownych. W ogóle myślę, że moje poczucie estetyki i postrzeganie piękna ma swoją podstawę w jakiejś niedoskonałości. Lubię przepuścić dźwięk przez emulatory saturacji, celowo dodać jakiś szum, zabrudzić dźwięk lub wręcz go zniszczyć. Uważam, że jest to już część mojego własnego brzmienia nad którym pracowałem lata. Często korzystam ze słabo brzmiących próbek dźwięku nagranych w domowych warunkach. Zdarzyło mi się raz nawet samplować z YouTube jakąś szamańską pieśń i wcale mi z tego powodu nie wstyd. Skoro udało się osiągnąć zamierzony efekt to czemu nie?

A to nie jest trochę tak, że w tej stylistyce lo-fi jest większa przestrzeń do pójścia na łatwiznę?

Myślę, że w wielu przypadkach może być to prawda, jednak ja zdecydowanie częściej utrudniam sobie zadanie. Zatem śmiało można założyć, że w moim wypadku jest to element brzmienia czy po prostu stylu. Dbam o każdy element powstawania utworu – z końcowym miksem materiału nie zostaje nigdy sam a mastering zawsze zostawiam człowiekowi, któremu bardzo ufam w tym zakresie, bo wielokrotnie udowodnił, że na to zasługuje.

Z czego w takim razie korzystasz podczas pracy w studiu?

Sercem mojego setupu niewątpliwie jest Ableton obsługiwany przy pomocy Korg padKONTROL oraz klawiatury sterującej. Do tego dochodzi Roland SP-404 SX, którego używam raczej w charakterze efektora niż bitmaszyny. Ostatnio coraz mocniej inwestuje w hardware – na początku skromnie, bo nabyłem Rolanda JP-08 a więc młodszego i przyszywanego brata Jupitera 8. Zaskakujący sprzęto o naprawdę wielkich możliwościach, zwłaszcza jak na swój skromny rozmiar. Niedawno wylądował u mnie też Korg Volca Kick i biorąc pod uwagę relacje jakości do ceny to jestem po prostu oczarowany. Ponadto, korzystam z mnóstwa niewielkich zabawek takich jak kalimba, cymbałki ze sklepu dla dzieci czy różnego rodzaju grzechotki. Nagrywam je na skromnym rejestratorze Zoom H2n z którego korzystam też przy okazji rejestrowania field recordingów. W zasadzie codziennie w mojej głowie pojawia się nowy „syntezator marzeń ale krótkie przeliczenie budżetu skutecznie studzi moje emocje. Fajnie, że pojawiają się kompaktowe reedycje klasycznych syntezatorów, które dzisiaj dla wielu są poza zasięgiem finansowym lub zwyczajnie już ich nie ma. Dzięki temu więcej osób może wejść w świat syntezy.

Większość pracy ma miejsce w Abletonie?

Właściwie wszystko od postawienia pierwszej stopy po miks, który staram się robić na bieżąco od samego początku, choć oczywiście jest to tylko wersja wstępna. Korzystam z najnowszej wersji Abletona i jego pokładowych wtyczek. Mam oczywiście swoje ulubione zewnętrzne pluginy, ale ostatnio mocno ograniczyłem ich liczbę. Jeśli chodzi o instrumenty to moim „ulubieńcem” jest Ultra Analog VA-2 od Applied Acoustic System. Cenię też Lounge Lizard Session, który bardzo fajnie udaje Rhodesy. Od wielu lat korzystam również z darmowego TyrellN6 od u-he i nie wiem czy można znaleźć lepszy darmowy instrument. Mam też inne VST bez których czułbym ogromną pustkę, chociażby syntezator granularny RiverRun od Audio Ease. Bardzo proste urządzenie o wręcz nieograniczonych możliwościach przetwarzania próbek dźwiękowych.

(fot. Grythm)

Pracę nad kawałkiem zaczynasz od szukania sampli?

Zwykle najpierw przez chwilę słucham muzyki. Z reguły jest to coś zupełnie nowego lub jakieś ulubione inspirujące mnie utwory. Gdy głód wzrasta do odpowiedniego poziomu a bodźce z zewnątrz przestają docierać, wtedy zaczynam. Od czego? Tu nie ma reguły. Czasem są to bębny, czasem partia na syntezatorze a czasem faktycznie kładę jakąś płytę na gramofon w poszukiwaniu sampli. Chociaż korzystam z nich coraz rzadziej – są one raczej elementem tła lub po prostu inspiracją wokół której buduje cały utwór. Staram się nie mieć utartego schematu działania, bo wydaje się to być blokujące. Chcę czerpać przyjemność z pracy, bo przecież tak naprawdę to po to jest to wszystko. Nie oznacza to jednak, że nie zdarza mi się siedzieć dwie godziny nad stopą, bo ciągle coś nie pasuje. Rzadko jednak działam zgodnie z jakimś planem i wcale nie uważam tego za wadę.

Pracujesz już nad czymś nowym?

Ciągle produkuje i w głowie rodzi się kolejny projekt. Mam już nawet sporo materiału, ale jak to u mnie zazwyczaj bywa większość i tak nie ujrzy światła dziennego przez dość surową selekcję jaką poddaje moje numery. Choć sporo produkuje to działam raczej powoli, ale to wynika przede wszystkim z tego, że przywiązuje bardzo dużą uwagę do detali – w końcu ja tu jestem szefem... i to dość wymagającym. Mówiąc detale nie chcę powiedzieć, że nic mi nie jest w stanie umknąć, ale mam pewne „zboczenia”. Lubię spędzać dużo czasu nad brzmieniem bębnów i pielęgnować swój połamany vibe, więc tam raczej nie ma przypadków. To zresztą też cześć mojego stylu – kwantyzacja bębnów nie jest dla mnie. Aktualnie pracuje też nad projektem rapowym o tajemniczej nazwie NOSTROMO. Czyli można powiedzieć, że jest to mój powrót do korzeni, choć klasycznym rapem bym tego nie nazwał.

No właśnie, w Twoich bitach wyraźnie pobrzmiewają echa hip hopu – swoją przygodę z muzyką rozpoczynałeś w jakimś lokalnym składzie?

Można tak powiedzieć. Miałem przyjaciół, którzy nagrywali zwrotki a ja na początku dzieliłem z nimi tą zajawkę przede wszystkim jako słuchacz. Kiedyś po kolejnej próbie mojej ingerencji w to jaki powinni wybrać bit albo sampel usłyszałem żebym sam zrobił lepszy podkład. Dostęp do internetu był wtedy już całkiem dobry, więc dość szybko poznałem podstawy produkcji a niedługo potem powstał pierwszy bit. Oczywiście był okropny ale wiedziałem, że nie będzie ostatni. Zacząłem słuchać jeszcze więcej muzyki i właściwie w ten sposób uczyłem się od najciekawszych dla mnie wtedy producentów.

Klasycznie DJ Premier, J Dilla, Pete Rock i 9th Wonder?

Dokładnie tak. Natomiast później moją uwagę zwróciła eksperymentalna scena bitowa z Los Angeles. A tam działali już wtedy m.in. Flying Lotus, Afta-1, Samiyam itd. Trzeba przyznać, że poznałem tą scenę w doskonałym momencie, bo przy okazji premiery albumu FlyLo „Los Angeles”.

Wielu producentów na początku stara się stworzyć bit w stylu swoich ulubionych producentów – to miałeś na myśli mówiąc, że „uczyłeś się” od innych twórców?

Dokładnie tak jak mówisz. Na początku trudno mieć swój własny styl, zwłaszcza kiedy nie wie się jak dany dźwięk czy zabieg powstał. Zresztą wchodząc w ten świat i próbując tworzyć własną muzykę zaczynasz inaczej odbierać twórczość innych. Słyszysz zupełnie nowe rzeczy – dźwięki podzielone na partie a nie po prostu utwór czy cały podkład. Nagle widzisz, że twój werbel brzmi strasznie płasko i nienaturalnie a bas… nie brzmi wcale. Później ta choroba już tylko się pogłębia. Kiedy już poznałem podstawy produkcji zacząłem szukać „znaków szczególnych” danego producenta. Czyli tego co sprawia, że już po pierwszej pętli wiesz, że zrobił ją Preemo.

Producenci zajmujący się tzw. „type beats”, często bronią się przed zarzutami o odtwórczość mówiąc właśnie, że nawet starając się imitować czyjeś brzmienie szlifują w ten sposób własny styl.

Szczerze mówiąc znam ten temat dość pobieżnie, bo już w swoim założeniu nie pasuje on do mojej wizji. Co by nie mówić „type beats” z góry sugeruje działania odtwórcze, chociaż niektórzy tłumaczą, że dopiero po stworzeniu bitu decydują czy lepiej pasuje im Kendrick czy J Cole. Ja się w to nie bawię. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że dzięki takim patentom ktoś z czołówki może trafić na Twój bit. Niemniej jednak nie jest to dla szczególnie kuszące. Podobnie z leasingiem bitów – ułatwia to producentom zarobek a podziemni raperzy mogą uzyskać podkład za niewielką sumę ale ja osobiście nie chcę słuchać kilku raperów na tym samym bicie i zastanawiać się skąd tak naprawdę znam dany podkład. Moim zdaniem na Soundcloudzie ciągle jest masa świetnych, nieznanych jeszcze producentów. Trzeba tylko poświęcić trochę czasu żeby ich odnaleźć.

Zgodzisz się, że wraz z stale rosnącą liczbą beatmakerów poziom produkcji również wzrósł?

Poziom rzeczywiście stał się potwornie wysoki, ale przy tym liczba słabych i wtórnych wydawnictw niestety również jest niemała. Staram się śledzić to co dzieje się w Polsce i zagranicą – dobrych numerów nie brakuje ale obawiam się, że tych nie trzymających odpowiedniego poziomu jest nieco więcej. Oczywiście jest to efektem tego, że mamy dzisiaj mnóstwo możliwości tworzenia muzyki w domowych warunkach po stosunkowo niewielkich kosztach. Na początku wystarczy komputer z kontrolerem czy sampler. Na udostępnienie efektów swojej pracy również sposobów jest wiele ale czy ma to realne przełożenie na liczbę odbiorców? Więcej producentów to więcej bitów ale doba wciąż jest tak samo krótka, dlatego ten wszechobecny pośpiech występuje już nawet podczas słuchania muzyki. A więc powiedziałbym, że sam cel jest słuszny ale nie tędy droga.

Mimo tego niekorzystnego stosunku nagrań wartych poznania do tych odbiegających poziomem to jednak nasza rodzima scena producencka rozwija się prężnie.

Trudno się nie zgodzić – jest mnóstwo młodych twarzy o świeżym spojrzeniu ale także wielu starszym nie brakuje wigoru. Bardzo pozytywnie oceniam trend promowania polskiej muzyki przez wielu artystów, DJ czy zwyczajnych melomanów. Ich głowy dawno nie spoglądają niepewnie w stronę zachodu. Pojawiło się wiele niezależnych labeli, które wydają naprawdę nietuzinkowe nagrania i tutaj od razu na myśl przychodzi Astigmatic Records z projektem Electro Acoustic Beat Sessions. Ich sukcesy udowadniają, że naprawdę można zaistnieć zagranicą. Zresztą wystarczy zapytać o nich Gillesa Petersona a to chyba wystarczająca rekomendacja.