Więcej...
16.10.2017 
Ayala

Z duetem Ayala spotkaliśmy się w ważnym dla nich momencie, ponieważ Zone i Pers zabierają się do pracy nad swoim drugim wspólnym albumem. Swoim debiutanckim krążkiem „Astrophase” zawiesili poprzeczkę na wysokim pułapie i rozbudzili oczekiwania fanów klasycznych opartych na samplach bitów jakby rodem z lat 90. W naszej rozmowie chłopaki opowiadają m.in. o pierwszym samplerze kupionym na aukcji od Noona i wnoszeniu na czwarte piętro klawiatury Ensoniq EPS-16+.

Nie mogliście chyba lepiej trafić z wydawcą waszego debiutanckiego albumu, prawda?

Zone: No, jasne. Wydanie płyty w Queen Size Records od samego początku było naszym głównym celem. Chcieliśmy wypuścić „Astrophase” na winylu, a QSR to jedna z niewielu oficyn, która robi to w sensowny sposób. Gdybyśmy nie doszli do porozumienia z chłopakami, to prawdopodobnie wydalibyśmy album własnym sumptem, bo naprawdę nie znajduję na rynku wielu innych ciekawych wytwórni.

Pers: Ja osobiście jestem bardzo wdzięczny chłopakom za zaufanie, jakim nas obdarzyli, bo debiutować w takim miejscu to duża rzecz. Nie będę też ukrywał, że w pewnym momencie mocno zastanawialiśmy się, aby podesłać nasze demo również do Asfalt Records, jednak ostatecznie nigdy tego nie zrobiliśmy. Z perspektywy czasu cieszę się, że tak wyszło. Można mi też wierzyć (bądź nie), ale od zawsze sprawdzałem w ciemno wszystko, co wychodziło w Queen Size, doskonale znam ich katalog i - moim zdaniem - nie ma tam słabych pozycji. Ponadto całość firmowana jest przez Metro, który jest przecież jednym z najlepszych producentów w Polsce, więc to też dało nam takiego pozytywnego „kopa” do działania.

To ciekawe, co mówicie o tym braku wielu interesujących wytwórni, bo przecież hip hop jest dzisiaj w Polsce najbardziej popularnym gatunkiem muzycznym, a same produkcje stoją na wysokim poziomie.

Z: Szczerze mówiąc, nie słucham polskiego rapu zbyt często, toteż nie chcę wypowiadać się o całej scenie. Jeśli już sprawdzam nowe produkcje, to raczej powstałe „w podziemiu”, a nie w promowanym mainstreamie. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że większość tych popularnych dzisiaj nowości, to rzeczy wtórne lub wręcz kopie raperów zza oceanu. Oczywiście, w tej całej masie zdarzają się perełki, ale - moim zdaniem - dzieje się to coraz rzadziej.

 P: Zgadzam się, że wielu raperów stara się zbyt dosłownie przenieść trendy panujące w Stanach na nasz rynek. To nie oznacza jednak, że nie pojawiają się ciekawe projekty, z którymi staram się być na bieżąco.

W waszych produkcjach słychać przede wszystkim odniesienia do tej złotej ery hip hopu. To rzeczywiście najważniejszy dla was rozwoju tego gatunku?

Z: Zdecydowanie, do dzisiaj uważam albumy nagrane w latach 90. za najlepiej brzmiące w historii muzyki i to nie tylko jeśli chodzi o rap. Od zawsze szukałem też informacji na temat urządzeń używanych w tamtym okresie do produkcji i w ten sposób zainteresowałem się 12-bitowymi samplerami. Moim pierwszym był Akai S900, które na Allegro wystawił NOON. Wtedy z dostępnością do takich sprzętów było dość krucho, więc bardzo szybko zdecydowałem się na ten zakup. A to przede wszystkim dlatego, że bardzo ceniłem DJ Premiera, który korzystał właśnie z MPC 60 i Akai S900. Ponadto w latach 90. używała go większość producentów, zwłaszcza tych, którzy do stworzenia swoich utworów sięgali po sample. Ten sampler ceniony jest przede wszystkim za swój filtr dolnoprzepustowy, który brzmi fantastycznie.

P: Moją pierwszą poważną inwestycją był piękny Ensoniq EPS-16+. Pamiętam, że wniesienie go na czwarte piętro w bloku stanowiło nie lada wyzwanie dla 17-latka. Była to jednak naprawdę świetna maszyna z super brzmieniem. Dziś przerzuciłem się już głównie na pracę za pośrednictwem komputera – działam zarówno w Abletonie, jak i FL Studio. Gdzieś po drodze kupiłem sobie Maschine, chociaż - szczerze mówiąc - niewiele z niego korzystam. Natomiast nie wyobrażam sobie pracy bez Rolanda SP 404SX, który wykorzystuję do resamplingu.

Pewnym „kultem” w hip hopie otoczone jest też Akai MPC

Z: Nie bez przyczyny – przecież do dziś producenci chętnie korzystają z pierwszych modeli 60 lub 3000, które z powodzeniem można zaadaptować w nowych studiach nagrań dzięki midi. Niektórzy porzucają stare modele MPC na rzecz DAW lub też MPC Element, do którego potrzebujemy komputera. Jednym odpowiada praca z komputerem, a innym nie – wszystko zależy od tego, jaki mamy workflow i jaką muzykę reprezentujemy. Oczywiście, pracując z komputerem, nie uzyskamy brzmienia przetworników, które szczególnie w starszych modelach są naprawdę fantastyczne. W ogóle wprowadzenie MPC na rynek było sporym przełomem w branży muzycznej. Połączenie samplera i wygodnego sekwencera dało zupełnie nowe możliwości. Wielu producentów zaczęło pracować z tymi maszynami, a niektórzy doszli do mistrzostwa w tworzeniu bitów na danych modelach. Dlatego później byli kojarzeni z brzmieniem konkretnych maszyn, jak np. J Dilla z MPC 3000.

Następnym krokiem był już zakup MPC?

Z: Tak, w pewnym momencie postanowiłem zrezygnować z komputera, jeśli chodzi o zapis sekwencji midi, więc nabyłem Akai MPC 2000. Używałem jej głównie jako sekwencera midi do S900. Jakiś rok temu do tego zestawu doszedł E-mu Emax I, czyli taki odpowiednik E-mu SP-1200 tyle, że z delikatnie zmienionymi przetwornikami i dodanymi filtrami analogowymi. W chwili obecnej pracuję na tych trzech samplerach, choć lada moment zamienię MPC 2000 na MPC 3000, ponieważ zawsze chciałem mieć maszynę sygnowaną nazwiskiem Rogera Linna.

Niektórzy producenci mówią, że przeszkadza im workflow MPC.

Z: Moim pierwszym samplerem było S900, gdzie sekcja cięcia sampli jest bardzo uboga, gdyż nie ma tam waveform’ów, tylko wszystko jest cięte na słuch. Myślę, że po czymś takim trudno byłoby wyobrazić sobie jeszcze gorszą sytuację, więc dla mnie MPC jest wręcz luksusem. Nie bez znaczenia pozostaje też rodzaj muzyki, jaki ktoś uprawia, bo jeśli są to szybsze brzmienia, to pewnie rzeczywiście łatwiej byłoby je stworzyć myszką w komputerze niż wybijać je palcami na padach. Jednak wolniejsze rytmy, takie jak hip hop czy r&b, idealnie pasują do MPC.

A jest jakiś konkretny sprzęt, który chcielibyście mieć w swoim studiu?

Z: Marzy mi się wieloślad szpulowy i tysiąc innych studyjnych gratów. Wiesz, chciałbym mieć kiedyś możliwość zrealizowania kawałków bez użycia komputera, wyłącznie na sprzęcie analogowym. Z myślą o kolejnej płycie kupiliśmy wieloślad kasetowy Tascam 238 i w zasadzie wszystkie narzędzia, które chcieliśmy skompletować na kolejny album, już mamy.

Kiedy w wasze ręce trafia nowy sprzęt, to poznajecie go zgodnie z zamysłem jego twórcy tj. przez instrukcję obsługi?

P: Osobiście zawsze stosuję metodę prób i błędów. Kiedyś próbowałem oglądać tutoriale, ale to nie dla mnie. Jestem jedną z takich osób, która nudzi się już na samą myśl o ich oglądaniu…

Z: Ja również nie oglądam tutoriali, tylko samodzielnie próbuję skumać, o co chodzi w danym sprzęcie. Wydaje mi się, że w ten sposób łatwiej zapamiętuję też konkretne rozwiązania, a poza tym odkrywanie zupełnie nowych funkcji na własną rękę ma swój urok. Maszyny, których używam w studiu, nie są jakoś szczególnie skomplikowane, więc nauka ich obsługi trwa najwyżej kilka dni.

W tym hip hopowym środowisku podobnym kultem jak MPC otoczone jest używanie sampli z winyli. Pamiętam taki wers Zeusa, gdzie pyta, jakie ma znaczenie to czy sampluje płyty winylowe, czy pliki mp3, skoro i tak nie słyszy różnicy…

Z: Być może niektórzy tego nie słyszą, ale osoby o bardziej wprawionych uszach potrafią to wychwycić. Mogę powiedzieć, że jestem w stanie odróżnić brzmienie bębnów z paczki od tych,  zgranych z breaków z winyla. Nie hejtuję paczek bębnów, po prostu lubię tak pracować. A więc moim jedynym źródłem sampli są winyle – skupiam się na jazzie, funku i soulu, czyli takich klasycznych gatunkach z lat 60. i 70.  Wiąże się to z moją zajawką na lata 90., w których w zasadzie tylko taki nośnik był dostępny.

P: Mamy z Michałem nieco inne spojrzenie na to wszystko, ale gdzieś tam nasze inspiracje się przecinają. Uwielbiam boom bap i pewnie słychać to w moich bitach, ale mam podobny stosunek do muzyki house. Grunt to znaleźć odpowiednie proporcje między tymi wszystkimi składnikami.

Pracując jedynie na tych starszych narzędziach, zgadzacie się na ograniczenia, które się z nimi wiążą.

Z: Paradoksalnie takie ograniczenia bardzo często pobudzają kreatywność. W sytuacji, gdy do dyspozycji mamy tylko kilka sekund na sampel, zostajemy zmuszeni do odnalezienia najlepszego brzmienia i wykorzystania go. Uważam, że jest to krótsza i szybsza droga do uzyskania pożądanego dźwięku niż wertowanie gigabajtów sampli na dysku i irytowanie się, że jednak nic nie pasuje. 

Jak wygląda taki typowy proces powstawania waszego numeru?

Z: Przeważnie zaczynam od znalezienia bębnów. Następnie zgrywam je do Emaxa, gdzie wycinam każdy element osobno – tzw. one shot’y, czyli kick, snare i hi hat. Później jest to mapowane po midi z MPC2000 i ustawiam sobie konkretne dźwięki pod poszczególne pady. Wtedy mogę stworzyć pierwszą pętlę, która staje się zarysem rytmicznym całości. Potem muszę znaleźć jakiś ciekawy sampel.

P: Podobnie jak Michał, zaczynam od partii perkusyjnej i - jak już wspominałem - do resamplingu wykorzystuję SP 404SX. To urządzenie daje mi wszystko, czego potrzebuję, a
 dodatkowo posiada naprawdę fajne opcje z efektami, które potrafią ciekawie urozmaicić sample. Natomiast jego poważnym mankamentem jest to, że nie zrobię na nim bitu od A do Z. Pod tym względem jest ono trochę ograniczone. Finalnie wszystko trafia do Abletona (bądź FL Studio) i tam kończę swój projekt.
 Przyzwyczaiłem się do pracy za pośrednictwem komputera i odpowiada mi taki łamany workflow.

Tak więc dużą rolę w waszej pracy odgrywa sampling.  Jak długie są próbki, z których korzystacie?

Z: Nie dłuższe niż 10 sekund. Sample zgrywam do S900, gdzie je pitchuję, odpowiednio dostrajam i filtruję. Sporo czasu zajmuje mi odnalezienie złotego środka zgrania, od którego w dużym stopniu zależy ostateczne brzmienie utworu.

Co masz na myśli?

Z: W zależności od samplera możliwe są różne warianty nagrywania sampli. Można zmieniać sample rate, ustalać odpowiedni poziom wejściowy/wyjściowy, bandwith czy z jaką prędkością obrotów winyla został sampel nagrany. To wszystko ma wpływ na finalne brzmienie sampla. Następnie koncentruję się na linii basowej, taki mam tryb – najpierw bębny, później sample i na koniec linia basowa. Najczęściej korzystam z wtyczki VST, która emuluje brzmienie Mooga, bądź też używam wyciętej próbki basu z płyty.

P: Prawda jest taka, że za dużo tej muzyki nie robiliśmy, siedząc obok siebie. Każdy z nas ma jednak dość indywidualny „flow” działania, więc pewnie w niektórych kwestiach to, że dzieli nas sporo kilometrów, upraszcza cały proces. Co nie znaczy, że nie chcemy tej sytuacji zmienić.

Z: Myślę, że przy drugim albumie postaramy się częściej spotykać na wspólnych sesjach. Niektóre sprawy trudno jednak wypracować za pośrednictwem Facebook’a. Przy okazji pracy nad pierwszym krążkiem kilkukrotnie miałem kłopot jak przekazać Marcelowi, co dokładnie nie pasuje mi w miksie. Łatwiej byłoby usiąść koło siebie i pokazać konkretne miejsce na timeline palcem.

Sam miksowałeś wasz album?

Z: Tak, od jakiegoś czasu interesuję się tym tematem. Postanowiłem nawet usystematyzować moją wiedzę i zapisałem się na studia z realizacji dźwięku w Częstochowie. Na pewno rozjaśniło mi to sporo w głowie, jeżeli chodzi o wiedzę z teorii muzyki, ponieważ jestem samoukiem i łatwiej mi się teraz produkuje. Mieliśmy zajęcia z Adamem Celińskim w studiu, w którym stał stół SSL i różne analogowe graty, na których mogliśmy ćwiczyć miks.

Pracujecie nad drugą wspólną płytą i - jak rozumiem - będzie to klimat, do którego zdążyliście już nas przyzwyczaić?

P: Na tym etapie ciężko jeszcze powiedzieć coś konkretnego, ale podobno zwycięskiej drużyny się nie wymienia, więc wielkich zmian raczej nie będzie. Nasz pierwszy album został dobrze przyjęty i ludzie do dziś do nas piszą, że słuchają tych numerów. Z drugiej strony każdy z nas cały czas się rozwija, ale nie wiem, czy progres zawsze musi to oznaczać zmianę stylistyki.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
listopad 2017
Kup teraz