Więcej...
19.06.2018 
Lux Familiar

Producent mieszkający w Poznaniu opowiedział nam m.in. o swoich muzycznych początkach, o tym dlaczego juke stał się najbliższą mu stylistyką oraz narzędziach przy pomocy których produkuje swoje utwory. Niedawno ukazała się jego nowa płyta "Microdosing" i jest to produkcja zdecydowanie warta uwagi nie tylko dla osób lubujących się w tempie 160 BPM.

Twoje muzyczne początki związane są z edukacją w tym zakresie?

Lux Familiar: Nic z tych rzeczy. Tak naprawdę, wszystko zaczęło się od boomboxa, którego dostałem od rodziców jako kilkuletni dzieciak. Ten prezent szybko zaowocował obsesją na punkcie kaset – bez przerwy "diggowałem" wśród taśm krążących po osiedlu. Dość wcześnie zorientowałem się, że tym, co jara mnie najbardziej, jest rap. Miałem kilka ulubionych audycji, które zgrywałem na kasety i później słuchałem ich w nieskończoność. W pewnym momencie wspólnie z moim przyjacielem Adrianem postanowiliśmy, że spróbujemy robić coś na własną rękę. Co prawda, mamy niezły ubaw, słuchając dzisiaj tamtych nagrań, ale to właśnie jest geneza mojej działalności muzycznej. Dzięki temu, już jako dzieciak w szkole podstawowej, interesowałem się FL Studio, nawet nieco "liznąłem" Reasona, a ostatecznie dotarłem do Abletona. Pewnego dnia całkowicie zrezygnowałem z rapowania, a pozostałem przy robieniu bitów, czy to samplowanych czy też czysto elektronicznych. Z wiekiem krystalizował się mój gust muzyczny, a pojawienie się internetu na szeroką skalę otworzyło przede mną nowe możliwości poszukiwania innych gatunków muzycznych. Takim ważnym momentem był dla mnie udział w Mistrzostwach Polski Beatmakerów w 2012 roku. W składzie jury zasiadali m. in. NOON czy Eric Lau, a konkurowałem z takimi postaciami, jak chociażby Oer, Szatt, Soulpete czy Naphta. Zająłem wtedy drugie miejsce, co dla mnie jako totalnego "newcomera" było sporym osiągnięciem. Dało mi to niezłego kopa, żeby pchnąć ten temat dalej, pójść do przodu i tak historia trwa nadal.

A w którym momencie pojawił się juke, z którym jesteś obecnie najbardziej kojarzony?

O juke’u dowiedziałem się – jak pewnie większość słuchaczy w Europie – za sprawą Mike’a Paradinasa oraz jego labelu Planet Mu. Składanka Bangs & Works, którą wydał, była prawdziwym przełomem – totalnie świeża rzecz, jakiej wcześniej nie było mi dane usłyszeć. Mniej więcej w tym samym czasie stylistykę charakterystyczną dla Chicago rozpropagowali mocno w Europie Addison Groove i Machinedrum oraz Kode9 i jego Hyperdub, gdzie z kolei wypromował się DJ Rashad i DJ Spinna z ekipy Teklife. Oni tylko przypieczętowali moją "zajawkę" na ten gatunek. W okolicy 2013 roku Benncart, z którym tworzę duet Bennelux, otrzymał od Mateo z Polish Juke propozycję zrobienia numeru na pierwszą polską składankę z tą muzyką, czyli Ghost Traxx vol. 1. Benncart podsunął Mateo pomysł, abym ja również miał wkład w to wydawnictwo i w ten oto sposób znalazłem się na kompilacji. Od tamtego momentu robiłem coraz więcej numerów w tym klimacie, aż w końcu uzbierała się z tego EP-ka "Visionary", którą zdecydowali się wydać chłopaki z Polish Juke. Od tamtej pory moje serce biło już w tempie 160 BPM. Jeden z numerów z EP-ki doczekał się nawet klipu, w którym pojawili się pierwsi polscy tancerze footwork, czyli bardzo istotny element gatunku juke. W Chicago czy Japonii, gdzie jest on bardzo popularny, to wręcz nieodłączny składnik. W Europie trochę mniej, ale pokazaliśmy, że się da!

 

 

Ten przeskok z 90 BPM, charakterystycznych dla klasycznych bitów hip-hopowych, do tempa ok. 130 BPM był dla ciebie trudny?

W moim przypadku wyglądało to bardziej w ten sposób: najpierw klasyczne tempo około 90 BPM, następnie pojawiły się eksperymenty w okolicy 140 BPM i zgrało się to mniej więcej równo z falą uderzenia muzyki trapowej (aczkolwiek ja nie przepadam osobiście za tym określeniem, bo po późniejszym wysypie EDM-owym mam z nim raczej pejoratywne skojarzenie). W temacie 140 BPM duet Lunice i Hudson Mohawke jako TNGHT zrobili na mnie takie wrażenie, że zacząłem podążać w tę stronę, no i myślę, że juke i footwork przyszedł jakoś naturalnie – basowe brzmienie z elementami hip-hopu, tyle że na troszkę szybszym tempie w synkopowanym rytmie.

Jak postrzegasz juke w Polsce? Powstaje dużo nowych płyt, sporo producentów wskazuje juke jako swój ulubiony nurt, ale nie przekłada się to chyba na liczbę ludzi na imprezach i sprzedaż wydawnictw...

Spora grupa producentów to muzyczne freaki i zajawkowicze, więc śledzą na bieżąco to, co dzieje się w muzycznym świecie. Poza Chicago, które jest matecznikiem tego gatunku, liczy się Japonia, gdzie tego typu klimaty trafiły na bardzo podatny grunt, a kolejna jest ponoć Polska. Istnieje jednak różnica między tymi trzema ośrodkami. W dwóch pierwszych imprezy juke/footwork polegają głównie na bitwach tancerzy robiących świetny show. U nas, ale też w ogóle w Europie, mocno brakuje tego elementu i być może dlatego zainteresowanie tym stylem gdzieś ucieka. Z kolei promotorzy obawiają się organizować takie imprezy, bo to nadal niszowy gatunek. Co prawda, rośnie w siłę, ale dzieje się to powoli. Z racji tego, że jestem też didżejem, mam na ten temat kilka obserwacji. Z jednej strony ludzie, którzy przychodzą nawet z przypadku na imprezy w rytmie 160 BPM, nie są w stanie ustać w miejscu – ten klimat tak niesie. A i tak, aby impreza się wyprzedała, a klub był pełny, potrzebny jest duży headliner, co potwierdzają imprezy z Traxmanem czy Machinderumem. Być może wynika to z naszej narodowej przypadłości, czyli z niedoceniania tego, co mamy na miejscu. Kiedy w klubie na dużym nagłośnieniu leci footwork, to skoczne tempo samo potrafi ponieść na parkiet i porwać do tańca, nawet jeśli dana osoba nie przyszła na footworkową imprezę z premedytacją. Natomiast hype nie jest chyba jeszcze na tyle rozdmuchany, żeby to była jakaś wielka sensacja, a eventy footworkowe z lokalnymi producentami/didżejami ściągały tłumy. Póki co, na takie wydarzenia przychodzą bardziej zajawkowicze, z wyjątkiem tych, gdzie gra "większy" headliner.

Wspomniałeś na początku o kolejnych programach z jakich korzystałeś – do dzisiaj pracujesz w środowisku wirtualnym?

Jestem wielkim fanem sprzętu, ale miałem różne okresy, zależne głównie od stanu portfela. Przez długi czas używałem syntezatora Novation Mininova, interfejsu Focusrite 2i2 pierwszej generacji i monitorów Alesis M1 mkII. Miałem też krótki epizod z radzieckim Junost-21 oraz Yamahą MT4X, czyli świetnym zamiennikiem mikserów Tascama, dzięki któremu zrzucałem z Abletona numery na kasetę i z powrotem. Całkiem niedawno pozbyłem się wszystkiego i zaczynam kompletowanie sprzętu od nowa. Póki co, mam klawiaturę MIDI z padami M-Audio Axiom 25 oraz interfejs MOTU UltraLite-mk3 Hybrid, co w zestawie z Alesisami w zupełności mi wystarcza. A więc w tym momencie odpowiedzią na pytanie jest: w gruncie rzeczy jednak software. Zapomniałbym o jeszcze jednym istotnym elemencie, jakim jest dla mnie rejestrator Zoom H4n, który okrasza moje numery field recordingiem, słyszalnym chociażby na moim nowym albumie.

 

"Grając klimaty house, techno i electro korzystam praktycznie tylko z winyli, chociaż ostatnio zacząłem romansować z urządzeniami CDJ"

To, że wyprzedałeś ten cały sprzęt, o którym wspomniałeś, wynikało ze "stanu portfela" czy potrzebowałeś takiego "nowego otwarcia"?

Jedno i drugie. Z moim budżetem nie mogę mieć wszystkiego, dlatego jestem zmuszony do podejmowania jakichś ruchów na zasadzie wymiany jednych sprzętów na inne. Mininova już mnie znudziła, poza tym mam już w głowie inne brzmienia, do których raczej mi się nie przyda. Z kolei Focusrite miał za mało wejść i wyjść, dlatego wymieniłem go na MOTU i nie żałuję. Zaplanowałem sobie właśnie takie "nowe otwarcie" i w tę stronę zmierzam.

Chciałbyś uzupełnić swój setup o jakiś sprzęt?

Jasne! Chciałbym w niedalekiej przyszłości uzbroić się w klona klasycznej maszyny Rolanda TB-303. Nowe wersje tej maszyny, które ostatnio wypuszczał Roland, nie przekonują mnie, dlatego analogowy klon Cyclone Analogic TT-303 Bass Bot jest tym, czego obecnie pragnę. Poza tym moim marzeniem jest posiadanie Sherman Filterbank 2 lub Elektron Analog Heat. Saturacja dla mnie to kluczowy element, a te rzeczy przepięknie "dopiekają" numery. Czekam też aż z naprawy wróci MPC 1000, które ostatnio zakupiłem. I z takim zestawem jedyne, czego jeszcze mógłbym potrzebować, to okazjonalne "cheesy" synthy. Teoretycznie można osiągnąć mniej więcej to samo na oprogramowaniu, aczkolwiek w przypadku sprzętu jest lepsza kontrola tego, co robię „w locie”. Może gdybym mógł sobie pozwolić finansowo na taki zestaw zabawek, o jakim marzę, od dłuższego czasu można byłoby słuchać mnie też na żywo, bo póki co zbyt mozolne i czasochłonne jest dla mnie przekładanie „przeklikanych” numerów z Abletona na live act. Poza tym jestem zwolennikiem teorii cieplejszego, analogowego brzmienia. Rzeczy wychodzące z analoga, w połączeniu z jego brudem, są dla mojego ucha głębsze i bardziej przyswajalne od "zimnych" softów.

W jaki sposób poznajesz nowe urządzenia - korzystasz z tutoriali i instrukcji obsługi?

Jasne, lubię mieć pełną kontrolę nad tym, co robię. Poza tym zapoznając się z instrukcją danego urządzenia, można się nauczyć kilku sztuczek przy produkcji, o których nie miało się wcześniej pojęcia. To samo jest z tutorialami. Ostatnio oglądam ich trochę mniej, ale obecnie, w dobie internetu, jestem wdzięczny za możliwość bezproblemowego znalezienia tak dużej ilości informacji.

Wspominałeś, że grasz jako didżej, ale myślisz też o graniu live actów.

Gram sety i staram się trzymać korzeni, tzn. gramofonów i płyt. Jako MRTN gram juke, footwork i klimaty bitowe korzystając z Serato, które zapewnia brak ograniczeń przy tym, co wyszło na winylu, a co nie. Grając klimaty house, techno i electro korzystam praktycznie tylko z winyli, chociaż ostatnio zacząłem romansować z urządzeniami CDJ, dogrywając to, czego nie można kupić na płycie i sprawdzając w klubie swoje nowe utwory. Myśl o przygotowaniu konkretnego live seta zawsze mnie przygnębiała w perspektywie chronicznego braku czasu. A jeśli już go trochę mam, wolę przeznaczyć na zrobienie nowego utworu.

 

"Mam klawiaturę M-Audio Axiom 25 oraz interfejs MOTU UltraLite-mk3 Hybrid, co w zestawie z Alesisami w zupełności mi wystarcza"

A jak wygląda postprodukcja twoich numerów?

Sam miksuję swoje numery, z kilkoma wyjątkami. Na moim nowym albumie poprosiłem Łukasza Szydę (Symbiotic Sounds) o domiksowanie wokali Oth i gitary basowej Pawła Stachowiaka do numerów, w których się pojawili. Przy ostatniej płycie Pjusa, na której ukazało się kilka moich bitów, miks wszystkich numerów robił Szogun, i to chyba tyle. Poza tymi przypadkami, wolę sam dopracować swoje kawałki. Czasem mam świadomość, że mogą brzmieć nieco lepiej, ale uważam, że producent sam powinien miksować swoje utwory. To jest jedna z fundamentalnych umiejętności producenta – doprowadzić we własnym zakresie utwór do słuchalności. Co do masteringu, to zdaję się na te osoby, które bardziej się na tym znają. Nie wgłębiałem się w dziedzinę masteringu, wolałem przeznaczyć ten czas na robienie nowych numerów, chociaż gdybym przysiadł, to wiadomo... Z kolei przy projekcie MRTN, pracując bardziej nad tematem lo-fi house, kończyłem utwór zgrywając go na kasetę, okraszając dodatkowym szumem i przesterem, a następnie zrzucałem go do komputera.

Znany dziennikarz muzyczny Andrzej Cała napisał o twoim wydawnictwie "Microdosing", że jest "marzycielskie" i wydaje mi się, że to świetnie charakteryzuje ten materiał. Jak pracowało ci się nad tym albumem?

Przede wszystkim wyraźnie oddzielonymi etapami. Mniej więcej trzy lata temu pojawiła mi się w głowie wizja zrobienia albumu, który w założeniu nie miał być oczywistym graniem tradycyjnego juke/footwork w stylu moich wydawnictw dla Polish Juke, tylko materiałem czerpiącym z tego gatunku. Wtedy też zrobiłem mniej więcej 2-3 numery i praca przystopowała. Głównie z powodu ukończenia czterech EP-ek projektu Bennelux, do czego dochodziły numery na wszelakie składanki, remiksy, gościnki... Zdałem sobie też sprawę z tego, że nie byłem jeszcze gotowy na album i póki co wolę się zatrzymać na tym, co zrobiłem, nauczyć się więcej, wykrystalizować wizję tego albumu i dopiero wrócić do tematu. Zajęło mi to 2-3 lata, po czym znienacka złapałem wenę i chęci na skończenie projektu. Chwilę przed powrotem do pracy po okresie bezrobocia, stwierdziłem, że jest to ostatni moment, żeby podejść do tematu mając na to czas. W trakcie sesji trwającej nieco ponad tydzień udało mi się zrobić tyle numerów, by stworzyć dosyć spójny album zawierający w sobie wszystko to, czego nauczyłem się podczas mojej muzycznej drogi. Jest juke, jest footwork, jest jungle, r’n’b, ambient, hip-hop. Stąd też nazwa albumu Microdosing, po małej dawce wszystkiego, co mnie jara. Co do określenia "marzycielskie", to taki był plan – nieco zwolnić ramy footworkowe. Choć często BPM się zgadza, to lubię przestrzenne brzmienia, "rozlazłe" pady, nostalgiczne melodie. Album, który od początku do końca wali cię w głowę szybkim, synkopowanym tempem i charczącymi syntezatorami nadawałby się w gruncie rzeczy tylko do klubu. A ja chciałem stworzyć coś, co nada się i do klubu, i do sprawdzenia na słuchawkach.

Co dalej?

Czas pokaże. W szufladzie od dłuższego czasu leży footworkowy, autorski mixtape Benneluxu, co do którego są jakieś plany. Teraz jednak wszystko w rękach labelu, który ma się tym zająć. Głównie jednak chciałbym się pochylić nad osobnym projektem MRTN w klimacie house/techno/electro i działaniami związanymi z poznańskim labelem Play !t Loud, którego jestem częścią, gdzie planujemy wypuścić kolejne wydawnictwo na winylu. Poza tym pracuję nad paroma remiksami, jestem zajęty współpracą z pewnym raperem i materiałem z wokalistką OTH, która udzieliła się na moim albumie aż trzy razy... Pracy jest sporo, czasu coraz mniej, ale nie odpuszczam.

 

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
maj 2018
Kup teraz
Powiązane artykuły