Więcej...

VTSS - No risk no fun

05.06.2019 
VTSS - No risk no fun fot. Backslash Festival

VTSS jest aktualnie zdecydowanie najbardziej rozchwytywaną rodzimą DJ-ką – dość powiedzieć, że rozmawiamy bezpośrednio po jej występie w cyklu imprez Boiler Room, a przed kolejnymi gęsto wypełniającymi kalendarz bookingami. Z naszej rozmowy dowiecie się m.in. dlaczego najwięcej radości sprawiają jej DJ sety, czemu zdecydowała się studiować realizacje dźwięku oraz jak wspomina ostatnią edycje Red Bull Music Academy w Berlinie.

Rozmawiamy niedługo po Twoim występie na londyńskiej edycji Boiler Room – jak wrażenia?

VTSS: Wydaje mi się, że wszystko wyszło bardzo dobrze. Zaczęłam seta od dwóch winyli, ale jako że nie był to „kulturalny” streaming o 19.00, tylko normalna impreza, a mój „set time” był dopiero o drugiej w nocy, to ludzie byli już w mocno imprezowym nastroju i nie udało mi się dokończyć występu grając tylko z płyt. W trakcie dwóch pierwszych numerów igła skoczyła kilka razy o naprawdę spore partie, więc się poddałam. Wiedząc, jak ważny był to występ, byłam przygotowana na taką ewentualność i wcześniej zgromadziłam utwory, które chce zaprezentować w digitalu.

Przezorny zawsze ubezpieczony. Wolisz grać sety z czarnych płyt?

Jeszcze do niedawna grałam wyłącznie z winyli. Duża w tym zasługa mojego przyjaciela Piotrka, występującego pod pseudonimem Pitti Schmitti, który przekonał mnie, że jeśli zamierzam być didżejem, muszę nauczyć się grać z płyt. Później mogę robić co chcę, ale najpierw mam posiąść tę umiejętność. I, oczywiście, miał rację. Moje podejście zmieniło się dopiero w tym roku, kiedy zaczęłam sporo podróżować – zdarza się, że w jeden weekend gram imprezy w trzech różnych krajach. Punktem zwrotnym był moment, w którym linie lotnicze po raz trzeci zgubiły moją torbę z płytami. Niektórzy przewoźnicy upierają się czasem, żeby ze względu na wagę nadawać bagaż. To właśnie wtedy zaczęłam poważniej kolekcjonować muzykę w wersji cyfrowej i eksplorować możliwości CDJ.

Z jakiego sprzętu korzystasz podczas swoich setów?

Mój agencyjny rider w tym momencie zawiera Allen & Heath XONE:92 lub XONE:96, trzy Pioneer CDJ-2000NXS oraz 2 klasyczne klubowe gramofony Technics 1200/1210. Często mniejsze kluby nie dysponują takim sprzętem lub też nie są w stanie odpowiednio izolować gramofonów, więc oczywiście jestem elastyczna. Z początku granie na CDJ wydawało mi się strasznie nudne i nużące, bo praktycznie ogranicza się do ustawienia tempa i kliknięcia Play. Czułam się trochę jakbym grała chałtury. Ostatnio eksploruję jednak coraz bardziej rekordboxa i poświęcam więcej czasu na przygotowanie do seta. Szczególną wagę przykładam do oznaczania Hot Cues, dzięki czemu mogę więcej eksperymentować i nie popadam w rutynę. Jeśli chodzi o samą „technikę” miksowania, to również cały czas coś modyfikuję, bawię się tym i poszukuję nowych rozwiązań. Typowe długie przejścia w techno, gdzie nie słyszysz, kiedy utwór się zmienia, nigdy nie były dla mnie atrakcyjne. Wolę czasem robić „cuty” i budzić publikę raz na jakiś czas, a taka „hipnotyczność” nigdy nie była moją domeną. Bywa, że czasami coś nie zabrzmi, ale wychodzę z założenia, że „no risk no fun”.

Poza setami grasz też live-acty, prawda?

Tak, co prawda w tym momencie najwięcej radości sprawiają mi DJ sety, ale jeszcze do niedawna uważałam się głównie za „lajwakciarkę”. Agencja, z którą aktualnie współpracuję znalazła mnie właśnie dzięki nagraniu mojego live act'u w sieci. Na mój setup składa się stary Elektron Octatrack, stary Elektron Rytm, Waldorf Pulse 2 i około pięciu efektów gitarowych (reverb, delay, overdrive i distortion), które stanowią istotną część mojego brzmienia. Ponadto zależnie od okazji wożę ze sobą DSI Mopho lub Korga Electribe. Nigdy nie lubiłam tych przeciągających się, koszmarnie zaaranżowanych live act'ów typu „sztuka dla sztuki”. Przyznam, że nie ćwiczę live’ów w domu – dopracowuje je i zmieniam w czasie samych występów, ewentualnie poprzedzających je soundchecków. Mam określoną wizję tego jak powinny wyglądać moje live act'y i nie zamierzam ryzykować tylko po to, aby popisać się, że potrafię improwizować na żywo.

Typowe długie przejścia w techno, gdzie nie słyszysz, kiedy utwór się zmienia, nigdy nie były dla mnie atrakcyjne. Wolę czasem robić „cuty” i budzić publikę raz na jakiś czas, a taka „hipnotyczność” nigdy nie była moją domeną. Bywa, że czasami coś nie zabrzmi, ale wychodzę z założenia, że „no risk no fun”.

Niedawno ukazała się Twoja druga EP-ka Self Control. Utarło się mówić, że drugie wydawnictwo jest dla artysty ważną weryfikacją, miałaś jakieś obawy z tym związane?

Wydaje mi się, że Self Control bardziej czerpie z EBM, electro czy nawet breaków i przez to jest mniej „techniczna” niż wcześniejsza EP-ka Self Will. Na Self Control jest zdecydowanie więcej brzmień generowanych przez syntezatory a nie na komputerze, głównie ze względu na bardziej „gitarowy” charakter strony A. Chciałam pokazać publiczności, że nie identyfikuję się wyłącznie jako „big room techno producer”, oraz że posiadam nieco wolniejszą i czerpiącą z innych emocji stronę. Jestem bardzo zadowolona z odbioru z jakim spotkał się ten materiał – w ciągu pierwszych 2 tygodni od premiery sprzedało się 70% nakładu, więc możemy mówić o jakimś sukcesie. A niebawem pojawi się kolejne wydawnictwo Identity Process i będzie to najbardziej „dancefloor-oriented” rzecz ode mnie. Dominuje tam szybkie techno, które jest najbliższe temu co prezentuję w moich setach i mam nadzieję, że to wydawnictwo „ukoronuje” cały proces poszukiwania siebie jako didżeja oraz artysty w tym momencie.

Chciałabyś już zakończyć ten proces poszukiwania?

Oczywiście, że nie. Wiem, że moja muzyka będzie się zmieniać i bardzo mnie to cieszy. Niemniej jednak jestem dumna z tego materiału – wierzę, że jest dobrze wyprodukowany oraz pierwszoligowo sprawdza się na parkiecie, a przy tym wnosi też coś świeżego i nie odtwarza ślepo innych produkcji. Mamy w Polsce wielu producentów, którzy często miksują i produkują muzykę na światowym poziomie, jednak jest to odtwarzanie jakichś wzorców rodem z Berlina, funkcjonujących od 10 lat. Nie twierdzę, że ten materiał będzie jakimś przełomem, ale zdecydowanie słychać w nim moją osobowość i coś co wyróżnia go od innych. To właśnie jakaś niepewność spowodowała, że tak długo zwlekałam z pierwszym wydawnictwem.

Kiedy założyłaś sobie, żeby wydawać swoją muzykę w zagranicznej wytwórni?

Szczerze mówiąc, to nie był mój wybór. Polskie labele nigdy nie interesowały się tym co robię, zresztą ze strony rodzimej publiczności również nie znajdowałam zrozumienia dla mojego podejścia do muzyki i jeszcze do niedawna nie dostawałam zbyt wiele wsparcia, natomiast hejt mnożył się z dnia na dzień. Teraz to się zmienia, ale jeszcze rok temu czułam się trochę z boku polskiej sceny – nie byłam specjalnie akceptowana szczególnie przez starsze pokolenie didżejów. Moje poczucie własnej wartości zaczęło wzrastać dopiero, kiedy grałam coraz więcej zagranicą. Tam praktycznie od początku ludzie byli zainteresowani tym co robię i dawali mi do zrozumienia, że jest to wartościowe i jest w tym coś nowego/świeżego. To wszystko nauczyło mnie, że nie można poprzestawać na tym co dzieje się we własnym środowisku tylko trzeba eksplorować muzykę i starać się coś zmienić. Szczególnie na początku to niełatwa droga, ale dla mnie była jedyna. Zgodnie z maksymą: „Najpierw cię ignorują, potem śmieją się z ciebie, później z tobą walczą, a na końcu wygrywasz”.

„Nigdy nie było mi po drodze z instrukcjami obsługi, dopóki nie wylądowałam z Octatrackiem” (fot. Cosmayaaa)

Od zawsze myślałaś o tym, aby zajmować się muzyką?

Na wczesnym etapie szkoły średniej chodziłam do szkoły muzycznej pierwszego stopnia, gdzie uczyłam się śpiewu na kierunku jazz i muzyka rozrywkowa. Niestety, moją edukację przerwała poważna choroba gardła, przez którą do dzisiaj nie mogę śpiewać nawet dla zabawy. Później studiowałam prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, a po roku zapisałam się też do Szkoły Głównej Handlowej, więc przez jakiś czas żyłam w dwóch miastach naraz. Ostatecznie rzuciłam to wszystko, żeby „zostać DJ-em” i w ten sposób ziściły się koszmary moich rodziców. W rzeczywistości przeniosłam się do Akademii Dziennikarstwa i Realizacji Dźwięku w Warszawie. Zresztą jednym z moich wykładowców był Pan Tomasz Wróblewski, redaktor naczelny EiS. Pamiętam, że pod koniec drugiego roku ocenił mój miks na 5+ i powiedział, że był on niemalże profesjonalny. W każdym razie już parę lat temu zaliczyłam wszystkie przedmioty – przede mną obrona, ale życie w trasie przez ostatni rok trochę mi to uniemożliwia.

W którym momencie zaczęłaś interesować się muzyką elektroniczną?

Moje pierwsze doświadczenia z muzyką elektroniczną bardzo wryły mi się w pamięć, choć raczej nie jestem sentymentalną osobą. Szczerze mówiąc, mam tendencję do zapominania a nie rozpamiętywania rzeczy i wydarzeń, jednak doskonale pamiętam oglądanie DVD z teledyskami Depeche Mode. Mój tata był ich ogromnym fanem. Klip do Strange Love oraz sam utwór głęboko wstrząsnął moim muzycznym światem, wówczas ograniczonym do eurodance. Następny kamień milowy w moim odkrywaniu świata muzyki nastąpił, kiedy miałam jakieś 14 lat. Wtedy pojechałam wspierać moją najlepszą przyjaciółkę podczas zawodów tanecznych w Białymstoku. Nie zapomnę jak jeden z zawodników tańczył do utworu To Cure A Weakling Child Aphex Twina. Dziś już nie pamiętam w jaki sposób zdobyłam ten utwór, ale miałam na jego punkcie obsesję i otworzył dla mnie zupełnie nowy rozdział w postrzeganiu muzyki.

Ostatecznie doprowadziło to do decyzji o spróbowaniu swoich sił w produkcji?

W produkcję weszłam w momencie, w którym coraz mocniej wkręcałam się w techno. Zaczęłam od Abletona, oglądając tutoriale na YouTube. Byłam bardzo zdeterminowana a koszmarny komputer i brak odpowiednich monitorów czy słuchawek nie zatrzymał mnie. Cierpliwie czekałam na załadowanie najprostszych rzeczy... Z tego wynikała też zmiana studiów – wiedziałam, że muszę skończyć szkołę wyższą, właściwie tylko po to, aby zadowolić moich rodziców, ale udało mi się im wytłumaczyć, że realizator dźwięku to przyszłościowy zawód... Rzecz jasna nie powiedziałam im o tym, że zamierzam zajmować się produkcją i utrzymywać się z bycia DJ-ką. Parsknęliby na to śmiechem, zresztą myślę, że podobnie zareagowałaby większość osób. Natomiast taki plan funkcjonował od początku. Jednocześnie zostawiłam sobie furtkę w postaci studiów wyższych i zdobycia zawodu. Pokolenie moich rodziców ciągle wyznaje kult wyższego wykształcenia, wierząc że gwarantuje ono zatrudnienie. W środowisku realizatorskim nigdy nie patrzy się na papier i wszyscy są tego świadomi, ale ciężko wytłumaczyć to rodzicom.

Realizacja dźwięku to jednak nie to samo co produkcja.

To prawda, jednak studia znacząco poszerzyły moje rozumienie elektroakustyki, technik edytowania dźwięku oraz umiejętności miksu. W przypadku produkcji techno, gdzie de facto nie jest się kompozytorem a właśnie producentem, to miks ma kluczowe znaczenie. Wiem, że są twórcy, którzy „komponują” utwory a miksuje je za nich ktoś inny, ale ja kompletnie nie uznaję tego podejścia. W przypadku innych gatunków czy muzyki instrumentalnej jest oczywiście inaczej. Mastering moich pierwszych dwóch EP-ek odsyłałam dwukrotnie z konkretnymi uwagami, a materiał na trzecie wydawnictwo jest w trakcie czwartej poprawki. Zawsze była zgoda wszystkich związanych, że moje zalecenia były zasadne i dzięki nim teraz brzmi to lepiej. Wydaje mi się, że to rozumienie dźwięku i świadomość swoich uszu oraz preferencji, przy uwzględnieniu ogólnych norm i zasad to chyba główna korzyść, jaką wyniosłam z trzech lat studiów.

Wspomniałaś, że swoje pierwsze kroki w produkcji stawiałaś w programie Ableton. Dzisiaj pracujesz głównie w środowisku cyfrowym?

Rzeczywiście do dzisiaj pozostaję wierna Abletonowi, jeśli chodzi o środowisko DAW. Chwilowo również ograniczam mój studyjny setup głównie do komputera, ponieważ odkąd zamieszkałam w Berlinie, po raz piąty w ciągu pięciu miesięcy musiałam zmienić lokum. Zdecydowanie inaczej wyglądało to w Warszawie, kiedy zbierałam sporo „gratów” i mój zestaw sprzętowy był nieco bardziej rozbudowany.

W przypadku produkcji techno, gdzie de facto nie jest się kompozytorem a właśnie producentem, to miks ma kluczowe znaczenie. Wiem, że są twórcy, którzy „komponują” utwory a miksuje je za nich ktoś inny, ale ja kompletnie nie uznaję tego podejścia.

Lubisz takie technikalia? Starasz się dogłębnie poznać narzędzia, z których korzystasz?

Nigdy nie było mi po drodze z instrukcjami obsługi, dopóki nie wylądowałam z Octatrackiem. To chyba jedyna instrukcja w moim życiu, którą przeczytałam całą, wielokrotnie, a i tak pewnie korzystam jedynie z 20% możliwości tego instrumentu. Nigdy nie byłam tak naprawdę „graciarzem” – kolekcjonowanie rzeczy nie sprawia mi przyjemności. Przede wszystkim koncentruję się na tym, aby moje utwory brzmiały tak jak słyszę je w głowie. Oczywiście jest spora szansa, że w pewnym momencie skończą mi się pomysły albo znudzi mi się moja wizja i wtedy będę potrzebować jakiejś nowej stymulacji. Wówczas, być może zajrzę znów do jakiejś nowej maszynki, której będę musiała się nauczyć i ona da mi energię do dalszych poszukiwań.

Z pewnością ważnym doświadczeniem na Twojej drodze był udział w Red Bull Music Academy.

Zdecydowanie, to był bardzo intensywny czas – taki dwutygodniowy obóz dla producentów. Codziennie uczestniczyłam w dwóch wykładach oraz sesjach w studiu. Do tego dochodziły wieczorne imprezy i wspólne koncerty z innymi uczestnikami. Generalnie, było to niezwykle ciekawe doświadczenie, ale spodziewałam się, że więcej czasu zostanie poświęcone technicznym aspektom tworzenia muzyki. Natomiast z całą pewnością zmieniło się moje mentalne podejście do bycia muzykiem czy DJ-em. Wydaje mi się, że takim głównym założeniem RBMA jest wymiana doświadczeń między uczestnikami oraz „popchnięcie” ludzi do nawiązywania muzycznej współpracy.

„Mój setup to Elektron Octatrack i Rytm, Waldorf Pulse 2 i kilka efektów gitarowych. Niekiedy są to także DSI Mopho lub Korg Electribe” (fot. Artur Nowicki)

Tobie to odpowiadało? Łatwo nawiązujesz nowe kontakty?

Jako wieczny samotny wilk trochę z tym walczyłam... Była to jednak dla mnie ważna lekcja – zrozumienie, że przyszłością muzyki jest ciągłe łączenie, czerpanie z innych gatunków, odmiennych metod produkcji i tak dalej. Mogę powiedzieć, że po berlińskiej Akademii moje konstruowanie setów oraz sama produkcja bardzo się zmieniła. Przestałam podchodzić do tego na takiej zasadzie jak wygląda to z reguły na naszym podwórku, czyli że techno to techno i nie łączymy tego z innymi gatunkami.

Będą tego jakieś efekty w postaci wspólnych nagrań z innymi artystami?

Takim najciekawszym kontaktem jaki udało mi się tam nawiązać był Marc Acardipane, a więc legenda muzyki hardcore, który był jednym z moich muzycznych idoli. Projekty takie jak Rave Creator, The Mover czy cały label PCP to zawsze był dla mnie ważny punkt odniesienia. Do dziś jesteśmy w kontakcie, więc wszystko może się zdarzyć.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
maj 2019
Kup teraz