Więcej...

RTN - Tworzenie przyszło mi naturalnie

17.02.2020 
RTN - Tworzenie przyszło mi naturalnie fot. Mateusz Kita

RTN to twórca, który jak do tej pory nie przebił się do świadomości wielu słuchaczy, ale zdecydowanie powinien i mamy nadzieję, że to tylko kwestia czasu. Producent z Lublina na swoim debiutanckim wydawnictwie Funktion zgromadził kilku naprawdę mocnych raperów z Kalifornii i stworzył materiał przesiąknięty tamtejszym g-funkiem. Z naszej rozmowy dowiecie się jak tego dokonał.

Utarło się, że twórcy hip-hopu z Poznania czy Wrocławia inspirowali się bardziej rapem z Zachodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych, a w Warszawie słuchano przede wszystkim tego co działo się w Nowym Jorku. Ty wyłamujesz się z tego podziału i przynosisz trochę słońca z Kalifornii do Lublina, w którym mieszkasz.

RTN: Rzeczywiście taki podział istniał, ale dzisiaj chyba nie ma to już takiego znaczenia. Dla mnie kluczowym był album The Documentary The Game’a z 2005 roku. Tam po raz pierwszy usłyszałem bity Dr Dre i Scotta Storcha. To już był nowoczesny West Coast, ale z odrobiną klasycznego g-funku. Podobny wpływ wywarł na mnie soundtrack do gry GTA San Andreas, gdzie pojawiały się klasyczne nagrania z lat 90. To sprawiło, że zacząłem sprawdzać wszystkie albumy, które wychodziły na Zachodnim Wybrzeżu począwszy od N.W.A. i legendarnego Straight Outta Compton.

A podoba Ci się kierunek, w którym dzisiaj ten West Coast zmierza?

West Coast przez kilka lat doświadczał deficytu własnego brzmienia – było to odczuwalne jeszcze w poprzednim dziesięcioleciu. Obecnie sytuacja wygląda wręcz znakomicie, ponieważ wielu producentów zaadaptowało się do dzisiejszych standardów produkcyjnych i potrafi łączyć stare, sprawdzone brzmienie z nową szkołą. Dzięki temu muzyka wywodząca się z teraźniejszej Kalifornii jest bardzo świeża i oryginalna, a zarazem cały czas czerpie z fundamentów kalifornijskiego brzmienia, czyli funku, soulu i r&b. Doskonałym przykładem nowoczesnego West Coastu są m.in. Victory Lap Nipsey Hussle, To Pimp A Butterfly Kendrick Lamara, G-Worthy, Oxnard i Ventura Andersona Paaka oraz No Guts No Glory Pacman da Gunmana. Dodam jeszcze Larry June’a, który świetnie łączy klasyczne brzmienie Bay Area z nową szkołą. Zatem tak, jak najbardziej odpowiada mi kierunek w jakim zmierza West Coast.

Klasyczny nowojorski styl jest Ci zupełnie obcy?

Nie powiedziałbym tak. Początkowo chłonąłem wszystko co leciało na Vivie. Zdarzało się, że maksymalnie podgłaśniałem telewizor i w ten sposób nagrywałem kawałki na magnetofon. Kiedy zacząłem coraz mocniej interesować się muzyką, to od razu najbardziej spodobał mi się West Coast, ale chwilę później „odrobiłem lekcje” z tego co działo się w Nowym Jorku. Lubię ten styl i rozumiem czemu tak dobrze przyjął się na naszym rodzimym gruncie – uważam, że świetnie oddaje nasze realia. Memory Lane Nasa doskonale współgra z jesiennym Lublinem czy Warszawą. Zachodnie Wybrzeże bazowało na bardziej funkowym brzmieniu, a East Coast to przede wszystkim jazz, który w jakiś naturalny sposób wielu polskim twórcom był bliższy.

RTN i jego 5 G-Funkowych klasyków

1.

DJ Quik – Rhythm-al-ism

Czwarty studyjny album legendarnego rapera i producenta z Compton. Rhythm-al-ism został wydany 1998 roku i jest według mnie najbardziej doszlifowanym i najlepiej brzmiącym albumem lat 90-tych (i nie tylko). Krążek jest po brzegi wypełniony znakomitymi żywymi produkcjami z pogranicza funku, neo-soulu, r&b i jazzu, wszystko to doskonale połączone w jedną, spójną całość. Rhythm-al-ism jest dla mnie esencją G-Funku w tym najbardziej zaawansowanym, różnorodnym i eklektycznym muzycznie wydaniu.

2.

Twinz – Conversation

Wydany w 1995 roku album Conversation Twinz to opus magnum produkcyjnych umiejętności jednego z architektów G-Funku – Warren’a G. Konwersacja bliźniaków jest albumem idealnym i jak żaden inny definiuje G-Funk Erę w 100%. Krążek jest wypełniony po brzegi instrumentalnymi produkcjami, wzbogacony świetnymi sekcjami wokalnymi na refrenach. Wśród artystów występujących na albumie jest wokalistka Nanci Fletcher, z którą miałem przyjemność pracować przy moim albumie producenckim Funktion.

3.

DJ Quik – Safe + Sound

Jest to pierwszy album z Kalifornii, który swoim brzmieniem i złożonością produkcyjną przebijał wszystko co dotychczas zostało nagrane w rap grze. Wydany w 1995 roku Safe + Sound podobnie jak jego następca Rhythm-al-ism czerpał garściami z jazzu i neo-soulu, jednakże na tym albumie DJ Quik przedstawił swoją odrębną wizję połączenia P-Funku z Hip Hopem. Krążek brzmi niesamowicie i jest według mnie najważniejszym momentem w karierze DJ Quik’a, ponieważ przy tym albumie zdefiniował swój własny, bardzo dojrzały i eklektyczny styl produkcji, który towarzyszy mu po dziś dzień.

4.

Foesum – Perfection

Rok 1995 stał pod znakiem najlepszych wydawnictw dla koneserów G-Funku. Na horyzoncie widniał już rok 1996, w którym pojawił się kolejny debiut z Long Beach. Tym razem prosto od ekipy, o której Snoop Dogg nawijał w Nuthin’ But a G Thang na debiucie Dr. Dre - "Perfection is perfected so I'ma let 'em understand". Foesum w składzie T-Dubb, MNMsta oraz producent DJ Glaze wydali album, który jak sami określili jest perfekcyjny, nadając tytuł Perfection. Trudno się z tym nie zgodzić, krążek jest niesamowicie melodyjny, funkowy i spójny. Zdecydowanie zasługuje na miano albumu definiującego G-Funk. Dodam, że na płycie pojawia się wokalistka Nanci Fletcher, która ponownie spotyka się z Foesum dopiero w moim utworze Another Summertime.

5.

Dr. Dre – The Chronic

Wydany w 1992 roku The Chronic to album, od którego rozpoczęła się moja historia z G-Funkiem. Po raz pierwszy usłyszałem debiutancki krążek Andre Young’a w 2005 roku, a utworem który na stałe zakorzenił we mnie g-funkowe rytmy był singiel Nuthin’ But a G Thang z gościnnym występem wschodzącego hip hopowego tuza z Long Beach – Snoop Doggy Dogg’a. Album mimo że bardzo „brudny” i surowy w dużej mierze czerpie z gatunku zwanego P-Funk, którego ojcem założycielem jest George Clinton wraz z Parliament Funkadelic. Warto zaznaczyć, że twórcami pierwotnego G-Funku – opartego o P-Funk są właśnie Dr. Dre i Cold 187um (Above The Law).

 

Ty od razu próbowałeś swoich sił w tej bardziej „funkowej” stylistyce?

W zasadzie tak. Przez wiele lat zajmowałem się głównie słuchaniem i analizowaniem muzyki, a tworzenie przyszło mi w jakimś sensie naturalnie. Takim momentem przełomowym była sytuacja, kiedy mój kumpel z gimnazjum zainstalował program Hip-Hop eJay – zobaczyłem wtedy, że to świetna zabawa. Niedługo później ściągnąłem demo programu Fruity Loops i zupełnie w to „wsiąkłem”. Spędzałem dosłownie całe dnie nad bitami. Początkowo wyszukiwałem sample z klasycznych West Coast’owych kawałków Dr Dre, albo Ice Cube’a i tworzyłem własne wersje tamtych produkcji. Nigdy nie miałem żadnej „ekipy”, z którą robiłbym muzykę. Od 2005 roku jestem online i właśnie przez internet poznałem sporo osób, które zajmowały się produkcją. Z niektórymi z nich do dzisiaj mam kontakt.

Długo pracowałeś na Fruity Loops?

Dość szybko przesiadłem się na Reasona, a później zdecydowałem się na program Cockos Reaper i pracuję w nim do dzisiaj. Ze sprawdzanych przeze mnie narzędzi Reaper jest zdecydowanie najbardziej intuicyjny. Mam też Maschine MK3 i jeżeli chodzi o perkusję oraz cięcie sampli to robię to właśnie tam. Do aranżu nie za bardzo się nadaje, więc jak już nagram bębny to eksportuje je do DAW.

To, czym charakteryzuje się g-funk to duży nacisk na partie żywych instrumentów.

To prawda i dzisiaj brzmienie gitary elektrycznej jest w moich numerach wiodące. Ale nie zawsze tak było – początkowo bazowałem tylko na samplach. W pewnym momencie będąc ciągle pod dużym wpływem Dr Dre zdecydowałem się stworzyć pierwszy w pełni „grany” bit. Od tamtej chwili zacząłem samodzielnie układać melodie. Kiedy wirtualne instrumenty również przestały mi wystarczać, dostałem gitarę elektryczną. Moim zdaniem zajmowanie się g-funkiem bez tego instrumentu mija się z celem. Zwłaszcza w takim wydaniu jak robił to DJ Quik, czyli jeden z moich ulubionych producentów. U niego tych gitar przewija się naprawdę sporo. Ja też chciałem tego spróbować i z czasem zaczęło przynosić to ciekawe efekty. Nie mogę powiedzieć, że jestem dobrym gitarzystą, ale na pewno jestem w stanie skomponować chwytliwą melodię.

West Coast przez kilka lat doświadczał deficytu własnego brzmienia, ale obecnie sytuacja wygląda wręcz znakomicie - wielu producentów zaadaptowało się do dzisiejszych standardów produkcyjnych i potrafi łączyć stare, sprawdzone brzmienie z nową szkołą.

W jaki sposób rejestrowałeś brzmienie swojej gitary?

W tamtych czasach korzystałem z karty dźwiękowej Line 6 GX, obecnie jest to Focusrite Scarlett 2gen 2i2, a niebawem przesiadam się na Audient id14. W ostatnim czasie wymieniłem przetworniki w gitarze na fenderowskie, bo mam Squier Affinity Stratcoaster. Wstawiłem przetworniki Fender Custom 69, czyli te same, z których korzystali Jimi Hendrix i Neil Rodgers. Zawsze podobało mi się to brzmienie, więc postanowiłem nieco zmodernizować mój sprzęt. Od pewnego czasu mam też syntezator Roland SE-02. Oferuje on fajne „moogowe” brzmienie i na nim wykręcam charakterystyczne dla West Coastu „piszczały”, basy i inne klawiszowe dźwięki. Na płycie Funktion przeplatałem ze sobą „żywe” oraz cyfrowe rzeczy. Teraz staram się bardziej iść w analogowe brzmienia. Partie klawiszowe nagrywam na mojej pierwszej klawiaturze E-Mu Xboard 49, tworzę i odsłuchuję na słuchawkach Beyerdynamic DT990 Pro. Wirtualne instrumenty, z których korzystam to Spectrasonics Keyscape – wtyczka, która ma wszystko czego potrzebuję, jeśli chodzi o instrumenty klawiszowe pokroju fortepianu czy elektrycznego pianina. Używam też wszechstronnego u-He Repro-5, który jest najwierniejszą emulacją legendarnego syntezatora analogowego Prophet 5. Ponadto korzystam z delaya Native Instruments Replika. Bębny nagrywam na Maschine MK3 w DAW-ie Maschine 2. Perkusjonalia rejestruję mikrofonem Samson C01U Pro, a w przyszłości zamierzam zainwestować w Shure SM7B.

Kiedy tworzyłeś swoje pierwsze numery miałeś jakieś obawy o reakcje na nie?

Na moim YouTube można znaleźć numery z początku mojej drogi, czyli roku 2009. Wydaje mi się, że od początku raczej spotykałem się z pozytywnymi opiniami, więc dużo większą trudność stanowiło sprostanie własnych oczekiwaniom. Niejednokrotnie załamywałem się słysząc jak ogromna przepaść dzieli moje produkcje od tych tworzonych przez moich ulubionych producentów. Wówczas nie sądziłem, że ten poziom pójdzie do góry na tyle, żebym odczuwał satysfakcje. Ciągle traktowałem to jako sposób na spędzenie wolnego czasu, a dziś już wiem, że chcę się temu poświęcić całkowicie. W tamtych czasach funkcjonowała „scena” g-funkowo/YouTube’owa, gdzie byli różni producenci z Francji, Danii, Niemiec i USA. Nawzajem sprawdzaliśmy swoje numery, wymienialiśmy się wskazówkami i opiniami. Uzyskałem tam sporo ważnych informacji i dużo się wtedy nauczyłem. Opinia tamtych ludzi miała dla mnie znaczenie.

„Partie klawiszowe nagrywam na klawiaturze E-Mu Xboard 49, a tworzę i odsłuchuję na słuchawkach Beyerdynamic DT990 Pro”

Jak łatwo policzyć, od momentu, w którym zacząłeś publikować swoje kawałki do debiutanckiego LP Funktion minęło dokładnie 10 lat. Czemu czekałeś z tym tak długo?

Złożyło się na to przynajmniej kilka czynników. Po pierwsze przez wiele lat nie prezentowałem takiego poziomu, żeby z tym wychodzić szerzej. Ograniczałem się do umieszczania moich produkcji na YouTube. W końcu wykonawcy z USA sami zaczęli do mnie pisać z pytaniami o współpracę. Wtedy uznałem, że jest to dobry moment, aby na poważnie zabrać się za tworzenie płyty producenckiej. Sama praca nad nią trwała jakieś dwa lata, ale długo trzeba było czekać na wokale.

Na Twojej debiutanckiej płycie pojawia się kilku zasłużonych artystów z Kalifornii – Domino, Nanci Fletcher, Foesum, Shade Sheist czy Young Koop z ekipy Lords Of Lyrics. Dla osób znających rap z zachodniego wybrzeża nie są postaci anonimowe. Jak udało Ci się zebrać ich wszystkim na swoim krążku?

Mój pierwszy kontakt z raperami z Los Angeles to właśnie Young Koop z Lords Of Lyrics, którzy w latach 90. nagrali dwa klasyczne w g-funkowym kanonie albumy Do Or Die i Heaven Or Hell. Kiedyś napisali mi komentarz pod jednym z bitów i dopiero lata później Young Koop odezwał się, że nagrywają nowy projekt. Wzięli ode mnie pięć bitów, na dwóch z nich wyszły single i od tego wszystko się zaczęło. Shade Sheista, który współpracował z takimi legendami jak Dr Dre, Nate Dogg, DJ Quik, Kurupt czy Timbaland, „wyhaczyłem” na jednym forum, gdzie pisał, że szuka bitów. Wysłałem mu jeden instrumental przygotowany z myślą o jego albumie, ale znowu minęły dwa lata zanim coś z tego wyszło. Od razu umawiałem się w ten sposób, że w ramach zapłaty za ten podkład dogra mi się kiedyś na mój projekt. Już wtedy miałem takie pomysły i dzięki temu udało mi się zebrać tych wszystkich raperów na zasadzie barteru. Z czasem miałem okazję współpracować z Foesum, dla których zrobiłem kilka numerów na ich album What Legends Are Made Of, oraz reedycje ich klasycznego albumu Perfection. Oni w zamian też mi się zawsze dograją. Po latach takie kontakty zaczęły procentować. Domino w latach 90. robił furorę i każdy kto kojarzy g-funk musi go znać. Podobnie Nanci Fletcher, która śpiewała na płytach 2 Paca, Dr Dre czy Snoop Dogga. Jestem bardzo zadowolony, że wszystkie występy gościnne udało się zorganizować na takiej koleżeńskiej stopie. Zresztą gdybym był zmuszony podchodzić do tego czysto biznesowo to album z tyloma gośćmi zapewne nigdy by nie powstał.

Taką „największą” ksywką, która pojawia się na Funktion jest jednak Curren$y, który w tym roku nagrał album z Wizem Khalifą.

Young Koop poza działalnością muzyczną prowadzi również kanał na YouTube „We Gon’ Ride T.V.”, gdzie pokazuje auta typu low rider. Okazuje się, że Curren$y również jest fanem takich samochodów, więc dograł się na solowy album Koop’a We Gon’ Ride, na który dostarczyłem kilka rzeczy i występuję w charakterze producenta wykonawczego. Miałem wyprodukować ten numer i tak też się stało, a na Funktion trafił mój remiks tego kawałka. Dostałem wokale i mogłem z nimi podziałać.

Od czego rozpoczynasz pracę nad bitem?

Z reguły od akordów, później dogrywam pady, bas, a na końcu perkusję. Bywa, że czasami zacznę od gitary, basu, perkusji czy nawet „piszczały”, ale przeważnie są to właśnie akordy. Na tej podstawie buduję rytmikę, napięcie, kierunek w jakim chcę pójść przy danej produkcji i całą resztę. Pierwszym krokiem przy Compton Hub City było nagranie ciekawej sekcji klawiszowej. Użyłem do tego Rhodesów w wersji LA (Spectrasonics Keyscape) z odpowiednio dostosowanym efektem chorus. Następnie dograłem pad i lead (Repro-5), perkusję, bas oraz gitarę elektryczną, która przewodzi w sekcji refrenowej utworu, a w zwrotce jest delikatnym akcentem nadającym groove całemu podkładowi. W bardzo podobny sposób powstało singlowe Long Beach Thang – w tym utworze oprócz produkcji napisałem również słowa refrenu. Nieco inaczej sytuacja wyglądała przy Another Summertime, gdzie partie gitarowe nagrałem w ostatniej fazie produkcji po otrzymaniu wokali od Nanci Fletcher. W tym utworze również odpowiadam za słowa refrenu. Cash Flow to kolejna złożona produkcja, na której gitarę dograłem po otrzymaniu wszystkich wokali. Starałem się, by partia gitarowa nie była wyłącznie krótkim loopem, ale sekcją, która gra przez cały utwór. Na płycie starałem się właśnie w taki sposób nagrywać gitarę elektryczną, bas, klawisze oraz inne instrumenty. Zależało mi, by muzyka na Funktion wykraczała poza standardową formułę bitu. Kolejnym ciekawym przykładem jest Why I Low Ride (Remix). Zastosowałem tam interesujący patent, ponieważ bit jest dość minimalistyczny – łączy starą szkołę (Young Koop) z nową (Curren$y) i dla urozmaicenia zagrałem tam dwa rodzaje perkusji. Na początku grają ciężkie, typowe dla Zachodniego Wybrzeża „żywe” bębny, natomiast gdy wchodzi zwrotka Curren$y’ego wtedy zachodzi zmiana i zaczyna grać typowa dla nowej szkoły (oraz muzyki lat 80. i 90.) perkusja, w dużej mierze pochodząca z Rolanda TR-808. Na albumie przewijają się style G-Funk, P-Funk, Neo-Soul, R&B i New School West Coast. Starałem się znaleźć złoty środek, by stworzyć coś oryginalnego, a zarazem brzmiącego jak moje ulubione nagrania z połowy lat 90-tych. Sercem każdej produkcji na Funktion są akordy, gitary, syntezatory oraz bębny. Wszystko nagrywałem bez kwantyzacji. Uważam, że dzięki temu moja muzyka ma własny styl, groove i jest organiczna.

Ciekawe jest to, że raperzy z Kalifornii decydują się na współpracę z producentem z drugiej strony planety. To pewnie jest dla Ciebie największy komplement, prawda?

W Los Angeles nadal są pionierzy i najlepsi „g-funkowcy”, ale producenci z Europy są nie mniej utalentowani od tych z USA. Świetnym przykładem jest austriacki producent Brenk Sinatra, który w 2017 wyprodukował album Which Way Iz West legendarnego rapera z Zachodniego Wybrzeża MC Eihta. Producentem wykonawczym tamtego albumu był sam DJ Premier. Krążek jest według mnie jednym z najlepszych w dorobku reprezentanta Compton. W dobie cyfryzacji i łatwości komunikacji przez internet to naturalna kolej rzeczy, że wykonawcy szukają bitów na całym świecie.

Na Funktion pojawia się również polski skład o nazwie Beat Squad. Polskie próby g-funku były dla Ciebie jakimś punktem odniesienia?

Od dawna znałem klasyczne nagrania z LA, a więc Beat Squad, czy 2Cztery7 były dla mnie raczej ciekawostką. Choć przyznaję, że album 2Cztery7 Spaleni Innym Słońcem bardzo mi się podobał. Dziś do tego nie wracam, ale doceniam, że Ten Typ Mes, Pjus i Stasiak podjęli taką próbę i zrobili to właściwie.

Twoja płyta producencka zadecydowała o tym, że pojawiłeś się też na ostatniej płycie Erosa?

Nie miało to znaczenia, ponieważ nasze drogi skrzyżowały się podczas nagrywania innego utworu. Na jego solowy debiutancki projekt Elwis Picasso trafiłem w ostatnim momencie i, jak się okazało, nasz wspólny numer zamyka krążek. Kiedy dowiedziałem się o tym, postanowiłem urozmaicić aranżację i zaraz po cutach, gdy zwalnia „taśma”, wchodzą inne dźwięki. W miejscu sampla fortepianu, trąbki i zabrudzonych leadów zagrałem rhodesa, syntezatorowy pad, iście „moogowy” syntetyczny bas oraz rozpływający się w tle „lead”. Moim zamiarem było pokazanie wszechstronności, ponieważ produkcja Outro jest stricte boom-bapowa. Natomiast to, co zmienia się na sam koniec, to g-funk w czystej postaci, przeplatany z brudnym brzmieniem lo-fi. Takie połączenie sprawiło, że album wypełniony po brzegi bangerami na samym końcu jest stonowany, refleksyjny i relaksujący.

Sam miksujesz swoje nagrania?

Nie, zupełnie się na tym nie znam. Skupiam się jedynie na kompozycji, doborze odpowiednich dźwięków i ogólnej produkcji całego utworu. Nie oznacza to jednak, że nie mam wpływu na miks. Jestem obecny przy tym procesie i sugeruję to, czego bym chciał. Funktion miksował i masterował 11.11 Sound. Bardzo zależało mi na tym, aby krążek charakteryzował się autentycznym brzmieniem Kalifornii. Uważam, że 11.11 Sound świetnie poradził sobie z tym zadaniem. W utworach słychać głębię, dynamikę i udało się osiągnąć to, na czym tak bardzo mi zależało. Przy realizacji albumu nie obyło się bez problemów, ponieważ jakość wokali była naprawdę różna ze względu na liczbę wykonawców i warunki w jakich nagrywali, ale mimo wszystko album brzmi spójnie.

Poza gitarą elektryczną i tą charakterystyczną „piszczałą”, najbardziej kojarzonym z g-funkiem instrumentem jest talk-box.

Jasne, planuję zakupić. Generalnie teraz zamierzam nieco odejść od konwencji stricte rapowej na rzecz bardziej „lajtowych”, złożonych rzeczy. Lubię r&b, funk i neo-soul, więc w tym roku chciałbym pójść trochę bardziej w tym kierunku. Planuję wydać w przyszłym roku instrumentalne EP, poza tym projekt w klimacie funk/r&b.

O Funktion było dość cicho, mimo wszystko uważasz, że ten album otworzył Ci jakieś drzwi i z kolejnymi rzeczami dotrzesz do jeszcze szerszego grona odbiorców?

Przede wszystkim udowodniłem sobie, że jestem w stanie stworzyć płytę producencką. Dla mnie było to bardzo ważne – Funktion to moja wizytówka, takie portfolio, które mogę pokazać zapytany o to kim jestem i jaki poziom reprezentuję jako producent. Pomimo tego, że faktycznie o płycie nie było zbyt głośno to i tak otworzyły się przede mną nowe możliwości. W najbliższym czasie zamierzam z nich korzystać.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
styczeń 2020
Kup teraz