Kondraccy - Muzyka jako naśladownictwo natury
Kondraccy - Muzyka jako naśladownictwo natury

Bogdan Kondracki to jeden z najbardziej znanych producentów na naszym rynku, a dzięki jego zaangażowaniu na szerokie wody wypłynęło wielu artystów, jak choćby Dawid Podsiadło, z którym współpracował przy okazji jego pierwszych płyt. Kiedy więc dowiedzieliśmy się, że razem ze swoim synem Kacprem Kondrackim stworzyli album Życie roju od razu umówiliśmy się na rozmowę. Już sam fakt muzycznej współpracy ojca z synem jest niezwykle interesujący, ale jeszcze bardziej zajmująca jest sama koncepcja tego krążka, ponieważ podczas pracy nad nim nie został wykorzystany żaden instrument! Cała muzyka została zbudowana z odgłosów zwierząt oraz wokali obu artystów. O tym jak brzmią efekty tego śmiałego konceptu przekonamy się na początku 2021 roku, a już teraz zapraszamy na rozmowę z Kondrackimi.

Rozmowa
Piotr Lenartowicz
2021-01-25
Jakub Szymański

Chyba nie możemy zacząć naszej rozmowy inaczej niż od pytania o sam pomysł na album Życie roju. Jak rodziła się koncepcja na ten krążek?

Kacper Kondracki: David Lynch zawsze powtarza, że nie wiadomo skąd przychodzą najlepsze pomysły. Trzeba tylko zamknąć oczy i je łowić. Tak też było w tym przypadku. Dziś nie umiemy nawet powiedzieć, który z nas wyszedł z tą inicjatywą, ale niesamowite jest to, że był to moment, który zaowocował czymś aż tak bogatym. Jestem przekonany, że na tej idei można robić kolejne płyty, bo my staraliśmy się zachować dźwięki zwierząt takimi jakie są, a przecież dodając efekty czy inne instrumenty powstałoby coś zupełnie innego.

Bogdan Kondracki: Rzeczywiście tylko jeden raz użyliśmy pogłosu, aby wpasować do miksu odgłosy szczekającego psa. W każdym innym przypadku korzystaliśmy z surowo zarejestrowanych brzmień. One bardzo często miały już w sobie przestrzeń, ponieważ występowały w jakimś naturalnym kontekście. Zależało nam na tym, aby go uchwycić i zachować. Sam pomysł miał swoją genezę w założeniu, aby nie korzystać z żadnych dotychczas znanych instrumentów. Spotykałem się z lutnikami, żeby zaprojektować zupełnie nowe narzędzie, ale kiedy mówiłem z czym przychodzę w większości pukali się w czoło. Poza tym doszliśmy do wniosku, że jeśli nasz instrument będzie miał struny to na koniec okaże się brzmieniowo zbliżony do bałałajki albo mandoliny. Wtedy pojawił się temat zwierząt, z którym mieliśmy tylko jedną wątpliwość – czy uda nam się w ten sposób zagospodarować całe pasmo? Wiedzieliśmy, że w środku pasma znajdziemy mnóstwo zwierząt, podobnie w górze, ale najbardziej nas interesowało to, czy jesteśmy w stanie znaleźć dół. No i wtedy odkryliśmy krowy. Przy okazji pracy nad tym projektem zrozumiałem, że człowiek niewiele wymyślił i to co słyszymy w większości nagrań to naśladownictwo natury.

Rozumiem, że na koniec całość w dużej mierze sprowadzała się do pracy na samplach. To było dla Ciebie coś nowego, czy wcześniej działałeś już w ten sposób?

BK: Oczywiście zdarzało mi się pracować na samplach, ale nigdy wcześniej na taką skalę. Po rozpadzie formacji Kobong sporo czasu spędziłem razem z Andrzejem Smolikiem, który bardzo często sięgał do sampli. On zresztą jest w dużej mierze odpowiedzialny za to, że zostałem producentem. Obserwując go podczas pracy zrozumiałem, że ja też chcę to robić.

KK: Potwierdzam, że tata już lata temu sprawnie operował samplami. Wprowadzając mnie w świat produkcji pomagał mi samplować cudze utwory. Ja generalnie długo nie przejawiałem zainteresowania muzyką i nie chciałem iść w ślady taty, ale później przyszła zmiana – zrozumiałem, że to po prostu super droga. Znałem i lubiłem Neumę czy Kobong, jednak wtedy nie do końca rozumiałem tę muzykę. Moim buntem był hip-hop, który tworzyłem głównie za pomocą programu Logic 5.5 i oldskulowych próbek bębnów.

Wychodziłeś ze swoimi produkcjami gdzieś szerzej?

KK: Czasami puszczałem moje bity kolegom, ale w większości trafiały one do szuflady. Nigdy nie lubiłem też sugerować się czyjąś opinią w trakcie pracy. Obawiałem się, że zanadto przejmę się czyimś zdaniem, a zawsze zależało mi na tym, aby moja muzyka była jak najbardziej szczera. Dokładnie w taki sposób pracowaliśmy razem z tatą, bo w pewnym sensie zamknęliśmy się w studiu na lata i dosłownie z nikim nie dzieliliśmy się tym co nagrywamy. Na pewno miało to ogromny wpływ na brzmienie tej płyty. Być może z tego powodu jest ona nieco bardziej eksperymentalna i w jakimś sensie ciężka, ale na pewno jest w 100% nasza.

Zobacz także test wideo:
Midiplus MI 5 - monitory aktywne Bluetooth
Midiplus MI 5 - monitory aktywne Bluetooth
Marka Midiplus jest coraz lepiej rozpoznawalna na naszym rynku. I bardzo dobrze, bo oferuje funkcjonalne produkty za rozsądną cenę. Tak jak prezentowane tutaj kompaktowe monitory.

BK: Momentami pokusa była ogromna, ale rzeczywiście przez 4 lata nikt nie słyszał nawet jednego dźwięku z tej płyty. W związku z tym wielokrotnie pojawiała się obawa, czy za bardzo nie „odlatujemy” i czy uda nam się nawiązać jakąś nić porozumienia ze słuchaczami. Kiedy więc jechałem z tym materiałem do Piotra Łukaszewskiego, który odpowiedzialny był za mastering, byłem totalnie przerażony [śmiech]. On był pierwszą osobą „z zewnątrz”, która tego słuchała, ale na szczęście od razu dał nam bardzo pozytywny feedback.

Mieliśmy tylko jedną wątpliwość – czy uda nam się w ten sposób zagospodarować całe pasmo? No i wtedy odkryliśmy krowy. Przy okazji pracy nad tym projektem zrozumiałem, że człowiek niewiele wymyślił i to co słyszymy w większości nagrań to naśladownictwo natury. (Bogdan Kondracki)

Przejdźmy do Waszych niezwykłych „gości”. Ile zwierząt finalnie pojawia się na Życiu roju?

BK: Tysiące. Kiedy moja mama zapytała mnie jakbym opisał pracę nad tą płytą, to akurat czytałem książkę o Antonim Gaudim, więc od razu nasunęło mi się skojarzenie z budową katedry. Bardzo pieczołowite i mozolne układanie cegiełki po cegiełce. Na początkowym etapie obaj czuliśmy się wręcz przygnieceni perspektywą tak ogromnej ilości pracy.

Skąd wzięliście te wszystkie brzmienia?

KK: Tych źródeł było kilka, bo część nagrywaliśmy na rejestratorze Zoom H1, jednak dotyczyło to głównie zwierząt domowych. Nie mieliśmy możliwości nagrania odgłosów egzotycznych zwierząt, więc znaleźliśmy płyty, których używają dźwiękowcy z Hollywood, kiedy potrzebują podłożyć podobne dźwięki do filmu. Były one bardzo dobrej jakości, więc chętnie z nich korzystaliśmy. Natomiast już na końcowym etapie naszym wielkim odkryciem była strona Xeno-canto.org, gdzie pasjonaci z całego świata umieszczają swoje nagrania śpiewających ptaków. Znajdują się tam pliki w bardzo różnej jakości, ale można trafić na prawdziwe perełki.

BK: Naszym ulubionym autorem z tej witryny był Andrew Spencer, który poszukując najciekawszych ptasich śpiewów zjechał cały świat. W jego katalogu były pliki WAV, które sprawiały wrażenie, jakby były rejestrowane z bardzo bliskiej odległości. Na naszej płycie na pewno pojawi się dla niego podziękowanie.

Od czego rozpoczynaliście budowę utworu?

KK: Naszą ambicją było stworzenie nowego gatunku muzycznego, dlatego też chcieliśmy zburzyć formułę piosenkową. Zrobiliśmy to poprzez improwizacje wokalne – przez 30 minut śpiewałem co tylko przyszło mi do głowy, wprowadzając się w pewien rodzaj transu. W ten sposób nagrałem 250 improwizacji, z których później braliśmy fragmenty, aby ułożyć ciekawą melodię. W pewnym momencie okazało się, że jestem już w stanie zaśpiewać 3-minutową piosenkę na raz. Wtedy ustaliliśmy, że każdy utwór musi zostać wyśpiewany od początku do końca.

BK: Kiedy mieliśmy już zarejestrowaną wokalizę, dogrywałem do tego odgłosy zwierząt. Miałem je podłożone pod sterownik Alesis V49. Później pojawiały się kluczowe rzeczy, jak choćby podstawa harmoniczna, której szukaliśmy. Dla ułatwienia rysowałem „klik” z myślą o późniejszej wymianie improwizowanego wokalu na wyśpiewany tekst. W niektórych utworach szalenie interesujące jest nawet słuchanie samego „klika”. Muszę powiedzieć, że nauczyłem się całkiem nieźle go rysować. W pewnym momencie zacząłem również słyszeć, że coś nie stroi np. o 20 centów. Naturalnie wcześniej wiedziałem o istnieniu ćwierćtonów, ale nigdy do końca nie wiedziałem o co w tym chodzi. Teraz po dostrojeniu tysięcy zwierząt wszystko doskonale rozumiem. Używałem do tego EXS24, czyli pokładowego samplera w Logicu, oraz iZotope Iris 2.

Jak wyglądał Wasz setup przy okazji tego projektu?

BK: Korzystaliśmy z Logica na komputerze Macintosh złożonym przez Bartozziego, dwóch preampów Neve 500, mikrofonu wstęgowego Sontronics Apollo, interfejsu Universal Audio Apollo 16, paczek Yamaha NS-10, TC Helicon Voice Live Rack oraz klawiatury Alesis V49. Z racji tego, że nie chciałem zdradzać nad czym pracujemy, musiałem wyjść ze studia, w którym pracuję na co dzień. Chciałem też doświadczyć czegoś nowego, więc zdecydowaliśmy się na formułę obwoźnego studia. Dzięki temu pracowaliśmy w 5 różnych miejscach i każda lokalizacja niosła ze sobą zupełnie inną energię. Kilka miesięcy spędziliśmy na działce, gdzie cały czas towarzyszyły nam śpiewające za oknem ptaki. Czasami nie wiedzieliśmy co jest naszym kawałkiem, a co rzeczywistością. Takie przenikanie się tych dwóch światów było czymś niesamowitym. Jednocześnie w tym samym czasie dopadł nas chyba największy kryzys.

KK: To był moment, kiedy zaczęliśmy kombinować z harmoniami. Oczywiście najbardziej szokujące jest to, że płyta powstała bez użycia jakiegokolwiek instrumentu, ale wszystkie utwory pozbawione są tempa, ponieważ ich podstawą były improwizacje wokalne. Przesuwaliśmy granice związane z harmoniami coraz dalej, ale w pewnym momencie zabrnęliśmy tam, gdzie była już tylko kakofonia. Bardzo nie chcieliśmy zrobić płyty alternatywnej, której nikt nie będzie słuchał. Być może nie jest to czytelne od razu, jednak dużą wagę przywiązywaliśmy do komunikatywności.

Czy ten projekt da się w ogóle przełożyć na granie na żywo?

BK: Od początku myśleliśmy o tym jako o projekcie studyjnym, ponieważ tych wokali jest strasznie dużo, do tego tempa „pływają” i nie ma perkusji. Trudno byłoby to odtworzyć, ale jeśli dostaniemy zaproszenie na główną scenę Open Air to zagramy [śmiech].

W jaki sposób przetwarzaliście wokal Kacpra?

BK: Tam, gdzie było to rzeczywiście potrzebne, punktowo używaliśmy Auto-Tune’a. Do tego dochodził kompresor UAD Fairchild, pogłosy UAD AKG BX20, UAD EMT250, ChromaVerb i TC Helicon Voice Live Rack. Przyznam szczerze, że w utworze, w którym śpiewam ja, pobawiłem się trochę formantem, gdyż mam bardzo niski głos, a chciałem wprowadzić trochę brzmienia „białoruskich bab”. Na samym początku improwizowaliśmy w języku trochę przypominającym angielski, bo chcąc nie chcąc jesteśmy wychowani przez tę kulturę. Jednak później ten język ewoluował i odkryliśmy w sobie dużo Wschodu. Sami byliśmy tym zaskoczeni, ale wydarzyło się to tylko dlatego, że przy tym projekcie dokopaliśmy się do naszych korzeni.

KK: Naszym głównym punktem odniesienia była muzyka popularna, czyli to czego słuchaliśmy na co dzień, ale już w trakcie pracy często miałem skojarzenia z muzyką klasyczną. Tworzyliśmy takie symfonie z odgłosów zwierząt, tyle że z improwizowanym wokalem. Improwizacja i freestyle to doskonałe narzędzia, aby wyrazić siebie i właśnie „dokopać” się do własnych korzeni. Kiedy piszę teksty to też często staram się improwizować, ale jest to już coś innego, bo pisząc myślę. Kiedy śpiewam, to nie myślę o niczym i wychodzi to nie wiadomo skąd. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie śpiewałem i była to dla mnie niespodzianka, że moje wokale okazały się wesołe, zwiewne i wysokie. Odkryłem zupełnie inną naturę mojej osobowości, ponieważ zawsze miałem się za pesymistę. Zrozumiałem, że człowiek nie jest jednowymiarowy i to dość nietypowa lekcja, jeśli chodzi o tworzenie muzyki.

BK: Za jakiś czas chcemy opublikować wersje utworów bez głównego wokalu i wtedy to, o czym mówi Kacper, będzie dużo lepiej słychać. Wspominany Piotr Łukaszewski miał pomysł na zmasterowanie tego w ten sposób, żeby muzykę potraktować właśnie jak orkiestrę symfoniczną, a do wokalu podejść nowocześnie. Miks robiliśmy na bieżąco – najczęściej ustawiał wszystko Kacper, a ja zajmowałem się miksowaniem wokalu.

„Nasza bliska relacja stworzyła bufor bezpieczeństwa, dzięki któremu żaden z nas nie bał się otworzyć" (fot. Anastasiya Ivahnenko)

Ile ścieżek miały Wasze projekty?

KK: Bardzo dużo, czasami było ich ponad 200. Nie było jednak żadnych wtyczek, więc sesja pracowała swobodnie.

Jak dużą rolę przy tym projekcie pełniły odsłuchy?

BK: Na co dzień pracuje na monitorach ATC SCM20 ASL Pro Mk1, które uwielbiam, natomiast pierwszą płytę Ani Dąbrowskiej robiłem na Yamaha NS-10. Zapamiętałem tamten okres bardzo fajnie, więc przy okazji tego projektu stwierdziłem, że ponownie sięgniemy po te odsłuchy. W naszym „obwoźnym” studiu doskonale się sprawdziły. Od początku towarzyszyło nam poczucie, że robimy coś co aspiruje do miana prawdziwej sztuki i pochłaniała nas przede wszystkim ta merytoryczna zawartość. Specjalnie korzystaliśmy z dość minimalistycznego setupu sprzętowego. Chcieliśmy skupić się na meritum sprawy.

Relacja między ojcem a synem jest bardzo wyjątkowa i zastanawiam się w jaki sposób przekłada się ona na Waszą pracę w studiu.

KK: Jestem przekonany, że taki projekt w jakiejkolwiek innej konfiguracji osobowej nigdy by się nie udał. Relacja ojciec-syn dała nam ogromne poczucie bezpieczeństwa. Od razu założyliśmy też, że nawet jeśli przez pierwszy rok będziemy w tym projekcie błądzić, to nic złego się nie stanie. Takie sytuacje w „normalnych” warunkach po prostu się nie zdarzają.

BK: Od lat obaj mieliśmy głęboką potrzebę zrobienia czegoś wspólnie, więc nikt tutaj nie musiał nikogo do czegokolwiek namawiać. Tak jak powiedział Kacper, nasza bliska relacja stworzyła bufor bezpieczeństwa, dzięki któremu żaden z nas nie bał się otworzyć.

Czego nauczył Was ten wspólny projekt?

KK: Nauczyłem się przede wszystkim tego, że można zrealizować nawet najbardziej ambitny cel. To jest ogromna nauka na przyszłość, gdyż czasami człowiek całe życie dochodzi do podobnych wniosków. My porwaliśmy się na coś niemożliwego i udało nam się to zrobić w tym sensie, że jesteśmy usatysfakcjonowani efektem końcowym. To oczywiście nie znaczy, że nasza płyta spodoba się każdemu, ale samo jej wydanie jest już wielkim szczęściem i ogromnym sukcesem artystycznym.

BK: Rzeczywiście, to jest taka pierwsza wartość tego co zrobiliśmy. Okazuje się, że jesteśmy w stanie domykać takie absurdalne projekty. To zrobiło prawdziwą rewolucję w mojej głowie. Druga wartość jest taka, że spędziliśmy z Kacprem dużo czasu robiąc wspólnie muzykę, a nie oglądając filmy czy chodząc na zakupy. To dla mnie bardzo ważne. Natomiast trzecia rzecz związana jest ze zwierzętami. Rozpoczynaliśmy tworzenie tej płyty jako mieszczuchy jedzący mięso. Przez cztery lata otaczaliśmy się dźwiękami ptaków, małp i innych zwierząt, przez co ten świat zaczął na nas mocno oddziaływać. Dziś nie jemy już mięsa, odczuwamy dużo większą empatię wobec zwierząt i całej naszej planety. To wszystko co nas otacza stało się nam niesamowicie bliskie.

Artykuł pochodzi z
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada
i Studio
grudzień 2020
Kup teraz
Close icon
Poczekaj, czy zapisałeś się na nasz newsletter?
Zapisując się na nasz newsletter możesz otrzymać GRATIS wybrane e-wydanie jednego z naszych magazynó