Więcej...

„Leasing Beats” i „Type Beats” - przyszłość produkcji muzycznej? (cz. I)

20.08.2018  | Piotr Lenartowicz
„Leasing Beats” i „Type Beats” - przyszłość produkcji muzycznej? (cz. I) fot. https://youtu.be/UJH5Dgf62Vk

Jeżeli jesteś początkującym producentem i marzysz o karierze w przemyśle muzycznym to z pewnością znasz już oba pojęcia pojawiające się w tytule tego tekstu. Jeśli jednak nie wiesz czym są „type beats” ani na czym polega „leasing beats” a nadal szykujesz się do przejęcia rynku to najwyższa pora nadrobić zaległości.

Mówiąc najprościej oba terminy oznaczają narzędzia marketingowe, które pozwalają producentom ominąć całą machinę przemysłu muzycznego i dotrzeć z oferowanym przez siebie produktem do jak największej liczby potencjalnie zainteresowanych nim osób. Kiedy wpiszecie w wyszukiwarkę na platformie YouTube termin „type beat” momentalnie pojawią się setki tysięcy podkładów, które równie dobrze mogłyby się znaleźć na płytach Drake'a czy Kanye West'a. Producenci tworzący „type beats” poza dodawaniem do nazwy utworu znanej ksywki, z rozmysłem stosują też zabiegi kojarzące się z danym raperem (powtarza się tempo, sample perkusyjne i inne charakterystyczne elementy). To wszystko ma na celu wygenerowanie jak największego zasięgu i jest niczym innym niż kreatywnym wykorzystywaniem praw rządzących w sieci a więc SEO (search engine optimization).

 

 

Więcej na ten temat dowiecie się w drugiej części naszego tekstu a teraz skoncentrujemy się na zjawisku „leasing beats”. Jak sama nazwa wskazuje jest to leasing a więc mówiąc inaczej wypożyczanie podkładów raperom szukającym bitów. W zależności od kwoty jaką jesteśmy w stanie zapłacić za dany bit, możemy otrzymać go na wyłączność lub musimy liczyć się z tym, że inni artyści również będą z niego korzystać. Za Oceanem obie formuły są szalenie popularne i w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie aby już za moment podobnie było w Polsce.

Margines czy jednak mainstream?


Po latach w których duże wytwórnie kształtowały muzyczną ekonomię w taki sposób aby w pierwszej kolejności zabezpieczyć przede wszystkim swoje interesy przyszły czasy kiedy w dużej mierze to od artysty zależy czy odniesie sukces. Fundamentalną rolę w tym procesie odegrał oczywiście internet z którego w Polsce najszybciej „nauczyli się” korzystać rodzimi raperzy. Dzięki temu dziś w zasadzie żaden z nich nie musi zabiegać o atencje tzw. „majorsów” a wielu wydaje swoje kolejne albumy samodzielnie. W niedawno opublikowanym zestawieniu najchętniej kupowanych płyt w pierwszym półroczu w naszym kraju, na podium znalazły się pozycje hip hopowe („Soma 0,5Mg” duetu Taconafide, „W drodze po szczęście” O.S.T.R.-ego oraz „To Tu” Kękę) i żadnej z nich nie wydał Universal, Warner czy inne duże przedsiębiorstwo. Fakt, że na zaprezentowanej w tym samym czasie liście najchętniej granych utworów w polskich rozgłośniach radiowych kawałek „Tamagotchi”, czyli największy hit ze wspólnego krążka Taco Hemingway'a i Quebonafide znalazł się na 82 pozycji pozostawimy bez komentarza.

 

 

To co istotne to fakt, że przez lata polscy raperzy oraz osoby związane z całą branżą hip hopową stworzyli własne kanały docierania do fanów tej muzyki i dziś nie potrzebują już dużych wytwórni, radia czy telewizji – hip hop początkowo będący na marginesie całego przemysłu muzycznego finalnie przejął rynek. Tym samym nierzadko wyszydzany i nie traktowany poważnie margines przeobraził się w mainstream. Ale co to ma w zasadzie wspólnego z pracą producenta? Na pierwszy rzut oka zapewne niewiele, jednak coraz większa liczba twórców decyduje się w sposób analogiczny do przedstawionego wyżej ominąć mechanizmy rządzące rynkiem, które do tej pory uniemożliwiały im wypłynięcie na szerokie wody. Młodzi producenci zakładają konta w serwisach takich jak Beatstars, RawHeatz, Soundclick lub też tworzą własne „sklepy internetowe” w których można kupić ich produkcje. Podkreślają, że taki system daje im przede wszystkim wolność i niezależność. Brzmi naiwnie? Być może ale na taki krok decyduje się coraz więcej twórców.

Dlaczego producenci przenoszą się do sieci?


Curtiss King czekał na ten moment przez całe swoje życie, jednak kiedy ostatecznie nadszedł, radykalnie różnił się od jego wcześniejszych wyobrażeń. Był rok 2011 a na póki sklepowe trafił pierwszy album na którym pojawił się stworzony przez niego bit. Płyta „Money Music” autorstwa Mack X & Malone co prawda nie podbiła list przebojów, jednak nie można też powiedzieć, że przeszła zupełnie bez echa. Recenzja krążka pojawiła się w kilku branżowych magazynach, m.in. kultowym The Source a Curtiss odpowiadający za podkład do zamykającego płytę numeru „Until The Feds Come” z wypiekami na twarzy wertował kolejne strony gazety aby zrobić zdjęcie wyimkowi ze swoim nazwiskiem. Pomimo, że jego praca została opłacona na wysokim poziomie (500$) to z powodu długów zwyczajnie nie miał pieniędzy żeby kupić egzemplarz tego zasłużonego periodyku. Czując na sobie spojrzenie zniecierpliwionego sprzedawcy odłożył gazetę na półkę i wyszedł ze sklepu. Przez lata żył w przekonaniu, że debiut na legalnie wydanym krążku będzie rozwiązaniem jego wszystkich problemów, niestety bardzo szybko zrozumiał, że tak naprawdę w jego życiu niewiele się zmieniło.

 

 

Dziś Curtiss King to producent o uznanej marce, jego muzykę można było usłyszeć m.in. na płytach takich tuzów jak Ab-Soul czy Kendrick Lamar, ponadto jest autorem książki „The Prosperous Hip Hop Producer”, gdzie opowiada w jaki sposób stał się jednym z liderów społeczności producentów, którzy zdecydowali się działać w opozycji do całego przemysłu muzycznego. Zarówno w tej książce jak i innych swoich publikacjach zwraca uwagę, że to właśnie sytuacja, kiedy nie był w stanie zapłacić 5$ za egzemplarz gazety otworzyła mu oczy – Jest wielu producentów, którzy po swoim pierwszym kawałku na legalnej płycie rozpoczęli piękne kariery ale dla zdecydowanie większej liczby twórców ten debiutancki bit nie okazał się żadnym przełomem. Tak właśnie było ze mną – przyznawał w swoim artykule „Why Music Producers Are Leaving The Industry To Sell Beats Online”, w którym precyzyjnie tłumaczy dlaczego zdecydował się na „beat leasing”.

Jako jeden z głównych powodów swojej decyzji wskazał sposób rozliczania się za udostępnioną muzykę, jaki funkcjonuje na rynku – Większość wytwórni wypłaca honoraria producentom dopiero po tym jak album trafi na półki sklepowe. Nierzadko oznacza to, że producent zmuszony jest czekać na swoją zapłatę rok lub nawet dłużej, jeśli podkład został wyselekcjonowany na wczesnym etapie prac nad krążkiem. A co jeśli nasz bit odpadnie na ostatniej prostej? Miałem takie sytuacje i zawsze było to ogromne rozczarowanie – podsumowuje. Jak wiadomo cykl pracy nad albumem może wyglądać bardzo różnie a producent, który dostarczył wokaliście jeden lub nawet kilka swoich podkładów nie ma zbyt dużego wpływu ani na długość ani powodzenie całego procesu. W tym samym tekście Curtiss King przyznaje, że po kilku niepowodzeniach jego sytuacja robiła się coraz bardziej nieciekawa, jednak wtedy trafił na konferencje w Los Angeles, gdzie jednym z panelistów był producent o pseudonimie Epik – prekursor „leasingu” bitów.

Czy „leasing beats” się opłaca?


Podczas swojego przemówienia Epik opowiadał bardzo wiele o wolności jaką dała mu praktyka leasingu bitów. Wyliczał, że nie musi użerać się z product manager'ami z wytwórni oraz nie traci czasu na bezproduktywne spotkania z raperami w studiu. Zamiast tego poznaje w sieci setki nowych osób z całego świata, które niejednokrotnie okazywały się być dużo bardziej kreatywne niż raperzy z szeroko rozumianego mainstream'u. Takie argumenty oczywiście trafiały do Curtiss’a, jednak cały czas nie rozumiał w jaki sposób może kalkulować się sprzedawanie bitów za kilkanaście dolarów. Faktycznie, wydawać by się mogło, że to nie ma prawa działać, jednak ostatecznie Curtiss King zdecydował się na ten krok i... nie pożałował.

 

Curtiss King

fot. https://djbooth.net/author/curtiss-king

Trzeba sobie uzmysłowić, że „leasing beats” to nie magiczny sposób na szybki zysk, tylko formuła długotrwałego biznesu on-line dla producentów. Oczywiście zdarzają się przypadki, kiedy od razu można czerpać z tego tytułu duże korzyści, jednak nie ma tutaj reguły. W ten sposób prezentuje się cennik, który początkowo funkcjonował w przypadku Curtissa:

20-30$ – bit na bezpłatny mixtape (plik mp3)
40-50$ – bit do kawałka z klipem oraz na serwisy streamingowe (plik mp3/WAV)
75-100$ – dostęp do ścieżek tak aby można było wykonać profesjonalny miks
350-1000$ – bit na wyłączność

Każda z trzech pierwszych opcji zakłada, że ten sam bit może być wykorzystywany przez wielu różnych raperów a dopiero czwarty tzw. „exclusive grant” gwarantuje, że nikt więcej nie będzie miał już dostępu do danego podkładu. Z pewnością dziwicie się czemu ceny tych pierwszych opcji są tak niskie, bo faktycznie to mało prawdopodobne żeby z takich „drobnych” zbudować swoje wymarzone producenckie imperium. Niech Curtiss zabierze głos raz jeszcze – Po miesiącu mojego „leasingu” podkładów zarobiłem więcej niż przez 10 lat współpracy z raperami wydającymi legalne albumy w wytwórniach. Jeden z moich najpopularniejszych bitów udostępniłem 105 razy, zanim sprzedałem go na wyłączność za 700$. W ten sposób zarobiłem przeszło 7 tys. dolarów w dwa miesiące. A to tylko jeden podkład z 95 innych, które udostępniłem na mojej stronie.

Nie ma co ukrywać – takie liczby robią wrażenie, jednak nikt nie daje gwarancji, że każdemu producentowi uda się to powtórzyć.

Dwóch raperów nagrywa na tym samym bicie?


Mamy 2018 rok a to nadal brzmi odrobinę kontrowersyjnie. Przez lata raperzy podchodzili do kwestii związanych z własnością oraz posiadaniem praw do danego bitu bardzo restrykcyjnie. W zasadzie jedynym uprawnionym momentem, kiedy raper mógł bez obaw wykorzystać podkład znany z dyskografii innego artysty był tzw. „mixtape”, czyli nieoficjalne wydawnictwo na którym z założenia znajdowały się nowe kawałki na starych bitach. Warto zauważyć, że nawet dzisiaj rzadkością są utwory nagrywane na starych, klasycznych podkładach z polskich płyt hip hopowych. Jednym z najgłośniejszych przypadków, kiedy ten sam podkład trafił na dwa różne wydawnictwa było zamieszanie z udziałem Sokoła, amerykańskiego rapera R.A. the Rugged Man oraz producenta Shuko. Artyści czuli się nawet zobligowani aby wystosować wspólne oświadczenie w tej sprawie.

 

 

Podobny przypadek dzisiaj zapewne skończyłby się na krótkim poście w portalu społecznościowym, co też pokazuje pewną ewolucje w tym zakresie. Powoli przechodzimy do etapu w którym fakt, że dany bit był już wcześniej wykorzystany nikogo nie będzie dziwić. Warto pamiętać, że kiedyś albumy hip hopowe w większości tworzone były w duetach raper/producent. Niektórzy zauważają, że nowa formuła działalności producenckiej w ramach której twórca dostarcza swoje bity różnym raperom ukonstytuowała się przy okazji premiery i sukcesu albumu „Illmatic”. Rzeczywiście trudno nie zgodzić się z tezą, że na debiutanckim krążku Nasa dosłownie wszystkie elementy idealnie ze sobą współgrały – pomimo, że za muzykę odpowiadało przecież kilku producentów (m.in. Pete Rock, DJ Premier czy Q-Tip) całość jest niezwykle spójna i stanowi absolutny wzór płyty hip hopowej.

 

 

Utwór „Panda” był debiutanckim singlem rapera o pseudonimie Desiigner i okazał się oszałamiającym sukcesem. Jako pierwszy „trapowy” numer dotarł na szczyt listy Billboard z którego zdetronizował wspólny hit Drake’a i Rihanny „Work”. Ponadto, singiel pokrył się poczwórną platyną oraz został nominowany do nagrody Grammy. To co jednak jest w tej historii najbardziej interesujące to fakt, że Desiigner kupił podkład do swojego największego (i jak na razie jedynego) przeboju za… 200$. Pochodzący z Manchesteru producent Menace nazwał swoją kompozycje „Meek Mill – Ace Hood Type Beat” i umieścił ją na platformie YouTube. Od tamtej pory sprawy nabrały tempa, gdyż niedługo po premierze „Pandy” telefon do Wielkiej Brytanii wykonał menedżer Kanye’go Westa, który chciał wykorzystać właśnie ten podkład na swoim albumie „The Life of Pablo”. Menace udostępnił wszystkie ścieżki Rickowi Rubinowi (producentowi współpracującemu z Kanye) i w ten sposób bit znany z kawałka „Panda” w tylko nieznacznie zmienionej formie możemy usłyszeć w utworze „Father Stretch My Hands Pt. 2”. To jeden z najbardziej wyraźnych przykładów "migracji" bitu pomiędzy różnymi artystami z ostatnich lat.

Czyli jednak „leasing beats” się opłaca


Zjawisko „leasingu” bitów na świecie nie jest niczym nowym – jego początek możemy datować na rok 2008 w którym to wystartował portal Beatstars, czyli pierwsza platforma na której producenci mogli sprzedawać swoje bity. Nie oznacza to jednak, że tego typu sytuacje nie miały miejsca wcześniej. Sam Abe Batshon a więc założyciel serwisu Beatstars przyznaje, że bity „wypożyczał” już w połowie lat 90. i nie był jedynym, który postępował w ten sposób. Pomimo, że od tego momentu minęło już naprawdę sporo czasu, wciąż niewiele zmieniło się w podejściu do tzw. „leasing business”. Zarówno wtedy jak i teraz „topowi” producenci traktują to zjawisko z dużym przymrużeniem oka. Nadal pojawiają się komentarze, że jest to działanie mało prestiżowe oraz psujące rynek. Są jednak pewne symptomy pozwalające stwierdzić, że coś drgnęło...

 

 

Oferta serwisu License Lounge polega dokładnie na tym samym co proponowane jest nam w ramach typowego „leasing business” ale z tą różnicą, że możemy tam znaleźć bity od tzw. „industry producers”, którzy są przeciwstawiani „online producers” takim jak przywoływany już kilkukrotnie Curtiss King. Na tej stronie możemy zatem kupić bity takich twórców jak AraabMuzik czy Lex Luger, więc producentów o uznanej marce. Podstawowy dostęp do pojedynczego bitu kosztuje niespełna 35$, czyli jest to kwota tylko w niewielkim stopniu różniąca się od tego co prezentowaliśmy powyżej. A więc pomimo, że leasing bitów jest nie prestiżowy i zdaniem wielu zwyczajnie nie wypada sprzedawać muzyki za tak niskie stawki, tzw. „branża” zauważa jednak pewne korzyści płynące z tego tytułu. Nie musimy chyba dodawać jakiego rodzaju są to korzyści.

 

 

Wydaje się, że tylko kwestią czasu jest moment w którym polscy producenci zaczną parać się „leasing business”, gdyż jak widać taka praktyka nie niesie ze sobą w zasadzie żadnych negatywnych konsekwencji. Być może jeszcze jakiś czas temu wiązało się to ze swego rodzaju środowiskowym ostracyzmem, jednak to też już się zmienia. „Leasing beats” to ciekawy model biznesowy, który może okazać się dla wielu producentów przyjemnym dodatkiem do regularnej pracy a być może dla niektórych nawet czymś więcej. Po tego typu inicjatywach widać, że coraz mocniej do głosu dochodzi pokolenie dla którego „stare dogmaty” rządzące niegdyś rynkiem przestają mieć znaczenie. I bardzo dobrze.