Michał Szturomski - Przede wszystkim jestem humanistą

01.11.2016  | Piotr Lenartowicz
Michał Szturomski - Przede wszystkim jestem humanistą fot. Christopher Etler

Michał Szturomski, założyciel Wytwórni Krajowej, członek nieistniejącego już zespołu Afro Kolektyw oraz przede wszystkim autor słuchowiska „Sowy Polski”. Materiał został przepięknie wydany, towarzyszą mu opisy stworzone przez członków Stowarzyszenia Ochrony Sów a wszystkiemu akompaniuje intrygująco niepokojąca ścieżka dźwiękowa przygotowana głównie w środowisku Reaktora Native Instruments. Z producentem rozmawiamy m.in. o tym dlaczego jego zdaniem system Elektrona nie ma sobie równych, jaką stronę internetową codziennie odwiedza oraz który producent „wykręcił” ostatnio najlepszy bas.

Powiedz szczerze: spodziewałeś się, że Twoje „Sowy Polski” spotkają się z tak ciepłym przyjęciem? 

Michał Szturomski: Nie, raczej nie. Miałem jedynie nadzieję, że dziennikarze, których cenię, zwrócą uwagę na to wydawnictwo. Dodatkowo płyta nieźle się sprzedała (oczywiście, jak na warunki naszej sceny muzyki niezależnej), więc jestem tym bardziej zadowolony. Gdyby o tym materiale wspomniały jedynie dwie osoby prowadzące małe blogi, to byłoby mi po prostu przykro, dlatego cieszę się, że sprawy przybrały taki obrót.

Pomimo tych pozytywnych opinii nie udzieliłeś zbyt wielu wywiadów, a więc teraz muszę spytać o sprawę fundamentalną – dlaczego właśnie sowy?

Od zawsze w muzyce najbardziej przemawiały do mnie rozbudowane koncepcje, toteż paradoksalnie sowy nie były tu najważniejsze. Odkąd pamiętam, fascynowały mnie albumy koncepcyjne oraz projekty interdyscyplinarne, gdzie muzyka spotykała się z literaturą i obrazem. Zawsze chciałem w mojej twórczości do tego nawiązywać tak, aby nie była to jedynie muzyka, ale również jakaś wartość dodana. Jeżeli chodzi o „Sowy Polski”, to jest tam atrakcyjna okładka, do tego tekst specjalnie przygotowany przez ornitologów oraz muzyka mojego autorstwa. To wszystko spotyka się w jednym miejscu i podoba mi się, kiedy te światy zaczynają się między sobą przenikać.

Mówisz, że sowy to jedynie pretekst do stworzenia szerszego konceptu, a jednak Twoją debiutancką EP-kę podpisałeś właśnie jako Sowa.

Rzeczywiście użyłem takiego pseudonimu, choć wtedy było to mniej dosłowne – symbolizowało jakiś stan umysłu. Dopiero przy tej płycie postanowiłem potraktować to bardzo wprost. Doskonale pamiętam, jak wpadłem na ten pomysł, bo czytałem wtedy biografię Tymona Tymańskiego. W zasadzie cała jego ekipa to zawsze byli ludzie, którzy bezustannie mieszali ze sobą przeróżne sztuki. Kiedy o tym czytałem, zapaliła mi się lampka, żeby może potraktować sowy poważnie. Później nastąpił splot różnych sprzyjających okoliczności, które doprowadziły mnie m. in. do spotkania z ornitologami. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to dobry pomysł.

To oni są autorami tekstów, które znalazły się na płycie?

Tak, dwóch panów ze Stowarzyszenia Ochrony Sów – Sławek Rubacha i Sławek Niedźwiecki, napisało teksty specjalnie dla tego wydawnictwa. Poznał mnie z nimi Piotr Bujno – lektor, którego głos słychać na płycie. Piotrek to jeden z najlepszych specjalistów w Polsce, a znamy się jeszcze z czasów, kiedy chodziłem na praktyki do radiowej Trójki. Wszyscy włożyli w ten projekt dużo serca mimo, że w zasadzie były to działania non-profit. Jestem dumny z efektu końcowego, ponieważ mówiąc nieskromnie, sądzę, że takiego wydawnictwa dotąd w Polsce nie było.

Zobacz także test wideo:
Universal Audio Volt 276 - interfejs audio/MIDI
Universal Audio Volt 276 - interfejs audio/MIDI
To, że Universal Audio dołączy do grupy producentów budżetowych interfejsów audio było niemal pewne. Otwartym natomiast pozostawało pytanie z czym i za ile.

Wpisałeś się jednak w coraz bardziej popularny ostatnio nurt słuchowisk.

Szczerze mówiąc, nie było to moją intencją i nie planowałem tego na zasadzie, że skoro teraz ukazuje się sporo słuchowisk, to ja też coś takiego zrobię, co nie zmienia faktu, że od dziecka jestem ogromnym fanem takiej formuły, a głos lektora wciąż działa na mnie bardzo kojąco. Do dzisiaj uwielbiam zasypiać przy radiu. Nie uważam natomiast, żeby muzyka, która znalazła się na tej płycie była w jakiś szczególny sposób odkrywcza. Sądzę jednak, że ten projekt jako całość jest w jakimś sensie pionierski.

Poza działalnością solową grasz w kilku kapelach na gitarze. Jak to wpłynęło na pracę nad płytą „Sowy Polski”?

Nie wiem, czy to słychać, ale na tej płycie jest bardzo dużo przetworzonych gitar. „Sowy Polski” zrobiłem głównie w środowisku Reaktora Native Instruments oraz przy pomocy Korg MS-20. Bardzo sobie cenię to modularne komputerowe środowisko, gdyż można w nim stworzyć w zasadzie wszystko, co sobie wymyślisz. Bardzo mnie cieszy, że cyfrowe instrumenty nie próbują udawać analogów. Chociażby firma Mutable Instruments, która stworzyła doskonały między innymi doskonały cyfrowy multioscylator Braids. Są tam oczywiście brzmienia emulujące ton analoga, ale przede wszystkim są tam barwy stricte cyfrowe. Myślę, że mamy do czynienia z nowym etapem cyfry, kiedy  to środowisko przestaje udawać coś, czym nie jest, a tworzy swój odrębny, własny świat.  Poza tym bardzo lubię też pracować na Ipadzie, na dzień dzisiejszy głownie korzystam z aplikacji takich jak Borderlands Granular, TC-11 czy Samplr - to absolutnie pionierskie oprogramowanie, dzięki któremu tablet staje się bardzo poważnym narzędziem do produkcji muzyki, nie tylko eksperymentalnej.  

Z jakiego DAW-a korzystasz?

Moja historia, jeśli chodzi o DAW-y, jest dość obszerna. Pracowałem chyba na wszystkich możliwych i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że żaden nie dawał mi tyle, co Ableton.

Co o tym decyduje?

Poza wszystkimi kwestiami związanymi z zabawą samplami, najbardziej fascynujące jest improwizowanie aranżacją w czasie rzeczywistym. W ten sposób dzieje się wiele rzeczy zupełnie nieoczekiwanych i czasami sam program potrafi mnie zaskoczyć, np. przypadkowo zestawia dwa loopy, których ja bym ze sobą nie połączył. Lubię też rzeczy estetyczne i zarazem oszczędne, taki skandynawski styl – Ableton jest tego świetnym przykładem. Natomiast, kiedy płyta była w zasadzie gotowa, zainwestowałem w system Elektrona i wydaje mi się, że zgromadziłem dostateczną ilość sprzętu, aby z powodzeniem realizować moje pomysły.

To jakie instrumenty sobie kupiłeś?

Obecnie mam prawie wszystkie Elektrony, czyli Analog Rytm, Analog Four, Machinedrum SPS-1, a także Octatrack. Na dzień dzisiejszy jestem zupełnie „zewnętrzny”, a Ableton jest tylko „nagrywarką” – z tym, że oczywiście doskonałą. Instrumenty Elektrona składają się na bardzo kompatybilny system i wspaniale się uzupełniają. Tak naprawdę już tzw. trinity, czyli Analog Four, Analog Rytm i Octatrack, tworzą kompletny zestaw. Oprócz aspektów związanych stricte z funkcjonalnością, w produktach tej firmy pociąga mnie także ich strona wizerunkowa, czy nawet filozoficzna. Ich produkty mają swojego ducha i jest to wyraźnie odczuwalne podczas pracy. Każdy z nich jest maksymalnie dopieszczony, ma swój klimat, a do tego doskonale brzmi, choć z pewnością nie wszystkim taki sound odpowiada.

Szybko opanowałeś obsługę tych urządzeń?

Spędziłem sporo czasu na oglądaniu tutoriali na YouTube. Narzędzia Elektrona mają ogromną ilość wielofunkcyjnych klawiszy, są więc dosyć skomplikowane, jeżeli chodzi o obsługę. Z drugiej strony, jak poznasz jednego Elektrona, to zrozumiesz wszystkie, bo mają bardzo podobną architekturę. Niemniej jednak w przypadku mojego pierwszego urządzenia miałem zagwozdkę, żeby zrozumieć, co tam się dzieje. Wydaje mi się, że ta trudność wynika w głównej mierze z niewielkiego wyświetlacza oraz ogromnej liczby przycisków.

Czy rzeczywiście nie potrzebujesz już innych narzędzi?

Wymarzyłem sobie jeszcze system modularny, więc kupiłem gotowe moduły w berlińskim sklepie SchneidersLaden. Zrobiłem z nich mały dwurzędowy system na bazie modułów firmy Mutable Instruments i Make Noise. Inspiracją do tego ,aby zająć się tą „działką”, był moduł Clouds, właśnie od wspomnianego francuskiego producenta. Moim zdaniem, to pierwszy interesujący syntezator granularny w hardwarze. Synteza granularna jest syntezą czysto cyfrową, jednak od bardzo dawna zastanawiałem się nad tym, jak wiele możliwości dałby taki synth zewnętrzny. No, i oni właśnie zrobili to  sensownie jako pierwsi - to bardzo inspirujący i doskonale brzmiący instrument, można przez niego przepuścić dowolny zewnętrzny sygnał audio.

Nie kusi Cię stworzenie własnych modułów?

O nie, jestem przede wszystkim humanistą i chcę koncentrować się nad wymyślaniem koncepcji kolejnych albumów, a nie – lutować moduły. Oczywiście synteza modularna jest pasjonująca i są elementy, które bardzo chciałbym mieć, jak np. Phonogene od Make Noise. Staram się jednak nie popaść w zbieractwo. Wiadomo, że jest mnóstwo wspaniałych rzeczy, ale wolę przede wszystkim koncentrować się na muzyce i wymyślaniu nowych, ciekawych koncepcji, zamiast skupiać się na codziennym przeglądaniu Synthopia. I tak to robię (śmiech).

Na początku powiedziałeś, że lubisz interdyscyplinarne projekty i to się świetnie łączy z Twoją twórczością, bo przecież spełniasz się muzycznie na wielu polach.

Rzeczywiście trochę tego jest. Z jednej strony prowadzę wydawnictwo Wytwórnia Krajowa, które jest w dużej mierze moim hobby, ale ciągle wydajemy płyty i choć działamy na niewielką skalę, to staramy się robić dobrą dystrybucję. Fajnie też, że duże firmy – takie jak Universal czy Warner – chcą promować polską muzykę i wchodzą w kooperacje z takimi małymi oficynami jak nasza. To z pewnością pokazuje, że na rynku dzieje się teraz lepiej niż kiedyś. Na pewno nie bez znaczenia jest ustawa, która wymusiła na nadawcach określone limity prezentowania polskiej muzyki. Szkoda tylko, że rozporządzenie dotyczy jedynie języka polskiego, bo przecież piosenki śpiewane po angielsku przez polskich wokalistów również powinny się do tego zaliczać.

Poza działalnością wydawniczą jesteś członkiem zespołu Poradnia G.

To dość specyficzny projekt, bo zrobiony metodą DIY – nagrany na „setkę” u mnie w salonie. Nie sililiśmy się na nie wiadomo jakie brzmienie, a chcieliśmy oddać energię zespołową. Takie totalnie punk rockowe podejście. Lubię uczestniczyć w bytach zespołowych, ponieważ solowe zajmowanie się muzyką trochę odkleja od rzeczywistości. Natomiast ludzie są szalenie inspirujący i cenię sobie to, że mam kumpli, z którymi możemy pojechać w trasę koncertową. Dlatego chcę kontynuować obie i jedno i drugie, choć pewnie proporcje pomiędzy nimi będą w różnych momentach rożne.

To bardzo ciekawe, bo łączysz ze sobą elementy wydawałoby się trudne do połączenia, jak chociażby punk rockowe granie ze słuchowiskiem o sowach.

Pytanie, czy to dobrze, czy źle. Być może lepiej byłoby robić jedną rzecz, z którą ludzie by mnie kojarzyli? Z drugiej strony, jak już mówiłem, uwielbiam pracę z innymi, ciekawymi ludźmi, jak np. z Michałem Hoffmanem, który jest wokalistą w Poradni G. Przyjaźnimy się od lat i nie wyobrażam sobie, żebyśmy czegoś wspólnie nie robili. Jako wydawca wydałem jego płytę nagraną pod pseudonimem Legendarny Afrojax. Lubię jego ekspresje, jego teksty – uważam, że nie ma takiego drugiego artysty w Polsce. A wracając jeszcze do pytania o łączenie tych różnych stylistyk, to nigdy nie ograniczałem się do tylko jednego gatunku. Kiedy słuchałem metalu, to sięgałem też po Pendereckiego i zespół Prodigy. Wszystko się przenikało i dopiero potem przyszły studia muzykologiczne, które wszystko uporządkowały.

Jesteś zadowolony z tych studiów?

Tak, chociaż jak wiadomo, wszystko ma swoje plusy i minusy. Na co dzień jestem konsultantem muzycznym i dzięki mojemu wykształceniu mogę zajmować się tym bez kompleksów. Ale – żeby było jasne – nie uważam się za jakiegoś znawcę, np. nie czuję się kompetentny, aby wypowiadać się o muzyce klasycznej.

W Wytwórni Krajowej wydajecie jednak artystów funkcjonujących w ramach nieco innych stylistyk. Z której pozycji w katalogu jesteś szczególnie zadowolony?

Wydaje mi się, że wydaliśmy płytę jednego z najciekawszych polskich zespołów, czyli Niechęć. Uważam chłopaków za bardzo szczególny band, który robi wszystko oryginalnie i całkowicie po swojemu. Jednocześnie nie przeszkadza im to twórczo nawiązywać do klasyki jazzu. Jestem autentycznie dumny, że współpracujemy. Jest to niekiedy współpraca trudna i chropowata, ale chyba taka musi być, kiedy pracuje się z prawdziwymi artystami. A to naprawdę taki zespół. Zresztą podobnie jak przywoływany już Legendarny Afrojax, który jest postacią kontrowersyjną, ale nie dlatego, że tak sobie wykalkulował…

Pomimo tytułu jego ostatniej płyty „Nagrałem to, bo nie miałem kasy”.

To, oczywiście, taki przekorny tytuł. Generalnie uważam, że na naszej scenie dzieje się interesujących rzeczy, by wymienić tylko RYSY, Michała Wolskiego, Natalię Zamilską czy Marcina Cichego.

Jako konsultant muzyczny jesteś pewnie często pytany o to, jakich artystów mógłbyś polecić. Twoje typy z Polski znamy. A zagranica?

Na pewno w ostatnich latach kolosalne wrażenie zrobił na mnie Jon Hopkins. Myślę, że jest on dzisiaj takim punktem odniesienia, jak kiedyś był Aphex Twin, który z kolei już trochę się zapętlił. Ja sam kupiłem Korga MS-20, kiedy dowiedziałem się, że Hopkins używał go na nowej płycie. Wykręcił na nim najlepszy bas, jaki ostatnio słyszałem, więc też musiałem to mieć. Bardzo świadomy artysta, który jest takim „asystentem” Briana Eno – pomagał mu w studiu przy produkcji utworów grupy Coldplay i innych bardziej popowych zespołów.

A widzisz jakąś postać, która może zburzyć aktualny porządek na rynku muzycznym?

Nie wiem, czy Hopkins jest kimś takim, choć na pewno jest szalenie inspirujący. Być może do takiego miana mogłaby aspirować Holly Herndorn, która wyłamuje się ze stereotypowego myślenia o muzyce elektronicznej. Z jednej strony ociera się o współczesną elektronikę wyrastającą z muzyki współczesnej, z drugiej – przemyca elementy klubowe, ale też różne glitche, a ponadto jest naukowcem i pracuje nad nowymi rozwiązaniami audio w samochodach. Niesamowicie inspirująca postać.

Trudno jednak przypuszczać, żeby zrewolucjonizowała światowy przemysł muzyczny.

Czegoś takiego już chyba w ogóle nie będzie. Muzyka zmieniła funkcję, jest dużo bliżej człowieka niż jeszcze na początku 2000 roku, kiedy wciąż przepaść między nadawcą a odbiorcą była praktycznie nie do przeskoczenia. Teraz wszystko się pomieszało:  odbiorcy też są artystami, bo przecież robią muzykę na telefonach czy tabletach, a artyści musieli niejako zejść do ich poziomu na Facebooka i inne portale społecznościowe, ponieważ inaczej przestaliby istnieć. Muzyka w społeczeństwie funkcjonuje zupełnie inaczej niż kiedyś – za 20 zł możesz opłacić abonament w serwisie streamingowym, gdzie będziesz miał dostęp do wszystkich możliwych płyt. Kiedyś premiera albumu to było wydarzenie, a dzisiaj może jedynie Kanye West potrafi zbudować taką promocyjną narrację, że każdy musi, ale też po prostu chce, do tego się odnieść. Nie ma już tej „bańki”, w której artyści dotychczas funkcjonowali. I dobrze.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
listopad 2016
Kup teraz
Star icon
Produkty miesiąca
Antelope Zen Go Synergy Core - interfejs audio
Apogee Symphony Desktop - interfejs audio
MIPRO MI 58 — cyfrowy system bezprzewodowy IEM
Close icon
Poczekaj, czy zapisałeś się na nasz newsletter?
Zapisując się na nasz newsletter możesz otrzymać GRATIS wybrane e-wydanie jednego z naszych magazynó