Więcej...

Maciej Sienkiewicz

16.09.2016 
Maciej Sienkiewicz

Wytwórnia Father And Son Records And Tapes bardzo mocno zaakcentowała swoje powstanie wypuszczając debiutancką płytę Das Komplexa pt. „Nowadays”. Nakład krążka rozszedł się na pniu, w katalogu ukazywały się kolejne pozycje i szybko stało się jasne, że na mieście pojawił się nowy gracz z którym trzeba się liczyć. Osobą stojącą za tą inicjatywą jest Maciek Sienkiewicz, czyli postać trzymająca się nieco z boku ale jednocześnie ciągle obecna i trzymająca rękę na pulsie nowych brzmień. Podczas naszej rozmowy opowiedział jak jego zdaniem na przestrzeni lat zmieniła się scena, w jaki sposób dociera do nikomu nieznanych, ciekawych artystów a także dlaczego Record Store Day może pokrzyżować wydawnicze plany.

Jakiś czas temu na łamach EiS pojawił się wywiad z DJ 600V, który m.in. wspominał jedne z pierwszych imprez w Warszawie, jakie odbywały się w legendarnych Hybrydach. Wspólnie prowadziliście te imprezy, gdzie pojawiał się zarówno hip-hop, jak i techno.

Tak naprawdę to wszystkie możliwe gatunki występowały tam obok siebie. Takim muzycznym rdzeniem był hip-hop i jego najbardziej klasyczna odsłona, ale oprócz tego grana była muzyka gitarowa, jak np. Nirvana czy RATM, a także mocniejsze elektroniczne rzeczy, czyli Front 242, Skinny Puppy czy Psychic TV. Przechodziło wszystko, co było utrzymane w odpowiednim rytmie.

To musiały być bardzo interesujące czasy, kiedy obok siebie występowały tak różne gatunki muzyki.

Zdecydowanie takie były, z wielu powodów i na wielu poziomach, ale rzeczywiście wszystko się kręciło wokół muzyki. Fakt, że wyglądało to właśnie w ten sposób, wynikał chyba głównie z tego, że nagle z różnych przyczyn zrobił się dostęp do bardzo dużej ilości muzyki. Z jednej strony, ludzie przywozili płyty z zagranicy, z drugiej - funkcjonowały giełdy, chociażby giełda płytowa w Hybrydach, gdzie co tydzień spotykali się wszyscy zainteresowani nowymi nagraniami. Wtedy też rozkwitał rynek przegrywania kaset, pożyczania płyt, robienia kopii i tak dalej. Mało kto jeszcze grał z winyli, początki to raczej kompakty i kasety.

Wielu obecnych fanów muzyki elektronicznej wtedy jeszcze nie było na świecie. Jak dzisiaj wspominasz tamte wydarzenia?

Jako niezwykle ciekawe! A także na pewno w jakimś stopniu pouczające, w związku z czym nie organizuję już od dawna żadnych większych imprez. W jakiejś o wiele mniejszej skali tamta atmosfera powraca co parę lat, np. teraz jest w Warszawie (choć nie tylko) kilka takich rozbudowanych, nieformalnych grup – trochę towarzyskich, trochę przyjacielskich – skupionych wokół jakichś fragmentów sceny, imprez, producentów…  Kiedy ja miałem te dwadzieścia kilka lat, to była to jednak jedna wielka warszawska grzybnia, od starych punkowych załogantów po skejtów-licealistów, z kilkoma „bazowymi” punktami spotkań.

Pytam o te początki, bo jako osoba, która funkcjonuje na scenie w zasadzie od momentu w którym zaczęła istnieć, masz bardzo interesującą perspektywę.

Pewnie tak, ale z drugiej strony – siłą rzeczy niektóre zjawiska śledziłem trochę bardziej, a inne zdecydowanie mniej. Zawsze interesowała mnie muzyka klubowa i w pewnym momencie bardzo wkręciłem się w jungle oraz drum and bass. Ściągałem do Polski artystów, organizowałem imprezy, jak np. w 1996 roku w Zamku Ujazdowskim… Jednocześnie ta muzyka bardzo szybko mnie znudziła ze względu na swoją szablonowość. W pewnym momencie, kiedy w berlińskim sklepie Hard Wax przeglądałem półki z płytami drum and bass, nie musiałem nawet ich słuchać, żeby wiedzieć, jak brzmią. Wystarczyło popatrzeć na rowki winylu i już było wiadomo, gdzie wejdzie okrutny bas, a kiedy zjawi się przegięty „drop”. Wtedy wypiąłem się trochę z tego klubowego obiegu, a zacząłem interesować się muzyką eksperymentalną, improwizowaną czy noise i nie bardzo śledziłem to, co działo się w muzyce tanecznej. Pojawiam się więc tu i tam, ale nie jestem typem, który wszystko śledzi i cały czas trzyma rękę na pulsie. Mam świadomość, że wiele rzeczy mi umyka i z pewnością niejedno ciekawe zjawisko przeoczyłem, ale i tak to, co do mnie trafia, wystarcza z nawiązką.

Jesteś bardzo skromny, ale przecież przez szereg lat prezentowałeś te zjawiska również jako dziennikarz muzyczny.

Rzeczywiście, pisałem recenzje i robiłem wywiady, ale nie wydaje mi się, żeby było to czymś wyjątkowym. Jeżeli czytasz dużo dobrej, klasycznej literatury, to później, kiedy bierzesz czytadło popełnione przez jakiegoś grafomana, to w zasadzie od razu orientujesz się, że nie ma tam czego szukać. Podobnie, kiedy słuchasz dużo jakościowej muzyki, to nie jest to tak naprawdę trudne, aby ocenić, czy coś jest wartościowe, poprawne czy może zupełnie pozbawione wartości. Słucham bardzo różnej muzyki i często już od pierwszych dźwięków potrafię to umiejscowić dzięki mojej wewnętrznej kontroli jakości.

Poruszam ten temat, bo jestem ciekawy Twojej opinii na temat tego, co dzieje się teraz na naszej scenie.

Oczywiście mogę mówić tylko bardzo subiektywnie, bo z różnych powodów nie siedzę głęboko w środowisku muzycznym. Dzieje się bardzo dużo: jest mnóstwo wydawców i o wiele więcej artystów, mamy świetne wytwórnie, które wydają doskonałą muzykę. Różnie jednak bywa ze zbywaniem tych wspaniałości.  Żyjemy niestety w czasach, w których niechętnie płaci się za przyjemności, nawet tak materialne, jak książka czy płyta. I mówię tu o niechęci, a nie niemożności, bo widzę, że to właśnie ci, którzy balansują na granicy bankructwa czy ubóstwa, bez wahania potrafią wydać kasę na szeroko rozumianą kulturę. Natomiast osoby, którym wydawałoby się nie brakuje niczego, nie tylko mają z tym problem, ale też sprawiają wrażenie, jakby im się to należało z rozdzielnika. Kwestie ekonomii społecznej w teorii i praktyce to jednak temat nie na tę rozmowę, choć sztuki dotyczy jak najbardziej. Kiedy zająłem się wydawaniem płyt, od razu wiedziałem, że zapewne nie będzie to moje główne źródło dochodu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo wytwórnia funkcjonuje dopiero od roku. Przez ten czas popełniłem sporo błędów, ale jednocześnie sporo się nauczyłem. Płyt mogło wyjść pewnie więcej, ale nasze plany pokrzyżował nieco Record Store Day. Mam nadzieję, że od jesieni płyty rzeczywiście będą wychodzić co miesiąc (jak zaplanowałem) i nadrobimy opóźnienia. Wydawanie płyt w Father And Son Records And Tapes traktuję jako mój wkład w scenę. Lubię dzielić się rzeczami, które znajduję i uważam za wartościowe. Interesuje mnie wydawanie czegoś nowego, jakiegoś innego spojrzenia na gatunki. Wolę to niż coś bezpiecznego, być może o większym zasięgu, ale nie wnoszącego nic nowego.

Masz też umiejętność wynajdowania nieznanych dotąd producentów, jak chociażby Das Komplex, którego płyty cieszą się tak ogromną popularnością, że bardzo ciężko zdobyć album tego producenta.

To, co robi Das Komplex, jest rzeczywiście bardzo dobre, choć nie mogę powiedzieć, że nowatorskie. Jest to, jakby szukać na siłę szufladki, jakiś rodzaj deep house czy nu disco, opartego o sample. Niby nic nowego, ale Marcin robi to na tyle z indywidualnym piętnem, że jest to szalenie ciekawe, świeże, a jednocześnie, jak się okazuje, ma też swoje komercyjne przełożenie. Niebawem ukaże się u mnie jego nowa EP-ka. Poza tym Marcin pracuje też nad autorskim albumem, na którym być może odpłynie bardzo daleko od dotychczasowych dokonań.

Jak docierasz do tych artystów?

Naprawdę w bardzo różny sposób. Na Das Komplexa trafiłem dzięki rekomendacji Huberta, mojego kolegi z Koszalina. Po pierwszych dwóch wydawnictwach FASRAT w zasadzie regularnie, przynajmniej raz w tygodniu dostaję demówki od artystów głównie z Polski, choć nie tylko. Nagrania, które otrzymuję, bywają bardzo różne, ale rzadko są to rzeczy, które trafiają do mnie przypadkowo. Jedynym kryterium, które przesądza o tym, czy decyduję się na wydanie danego materiału, jest to, czy mi się podoba czy nie. Wszystko inne staje się całkowicie drugorzędne – może to być house, muzyka improwizowana lub techno.

Dzięki temu katalog Father And Son Records And Tapes jest tak zróżnicowany i ciekawy. Wiele osób wskazuje to jako jeden z głównych atutów Waszej wytwórni. Mówił też o tym Paweł Bartnik, który niedawno wydał w FASRAT płytę „Cutman”. Widziałem, że wypowiadałeś się na temat jego materiału bardzo pochlebnie.

To niezwykle świeży materiał, bardzo świadomego muzyka. Paweł ma niesamowite wyczucie nie tylko jeśli chodzi o muzykę – jest człowiekiem, z którym świetnie mi się pracuje, ale także rozmawia i wymienia poglądy. Kiedy rozsyłałem różnym ludziom te utwory, jeszcze zanim zostały wydane, to od kilku naprawdę bardzo znanych i poważanych na światowej scenie DJ-ów dostałem feedback właśnie tego rodzaju, że jest to bardzo świeże oraz nieszablonowe. Jestem szczęśliwy, że ta płyta jest grana przez szanowanych przeze mnie DJ-ów, takich jak Sean Johnston, Andrew Weatherall czy Reza Athar. Są to ludzie, którzy nie boją się wyzwań, a jednocześnie potrafią dostarczyć bardzo imprezowe  sety. Mam nadzieję, że takich projektów, które łączą muzykę taneczną z eksperymentem, będzie u nas coraz więcej.

Kolejnym czynnikiem, który wyróżnia FASRAT od innych wytwórni, jest bardzo dopracowana wizualna strona wydawnictw. Oczywiście, prawie wszyscy wydawcy mówią, że przywiązują do tego dużą wagę, ale Wasze okładki rzeczywiście robią wrażenie.

Jestem ze starej szkoły i traktuję płytę jako całość. Czasem oczywiście kupuję płyty w samych koszulkach, ale tylko jeśli jest tam jakiś utwór, bez którego nie umiem żyć. Jako dziecko obcowałem z paroma metrami płyt mojego taty i od tamtej pory okładka stanowi dla mnie część całego skończonego dzieła, jakim jest płyta winylowa.

Artyści sami proponują jakieś rozwiązania?

Tak, rozmawiam z artystami o tym, jak oni sobie to wyobrażają i chętnie przyjmuję ich propozycje, ale zawsze zastrzegam, że ostatecznie to ja zdecyduję, jak okładka ma wyglądać. Mam to szczęście, że znam bardzo wielu artystów – grafików, malarzy, fotografów – więc mam ten komfort, że mogę zamówić sobie okładkę u cenionego przeze mnie twórcy, a czasem także i przyjaciela.

Pierwszą płytą w katalogu wytwórni jest Twój autorski materiał.

Jest ona pierwsza, jeśli chodzi u numerację, chociaż de facto najpierw ukazała się EP-ka Das Komplex. To zamieszanie wynikło właśnie z powodu przedłużających się prac nad okładką. Jeżeli chodzi o samą płytę „That Feel”, to składają się na nią trzy edity. Powstały one w najprostszy z możliwych sposobów, czyli umieszczałem plik WAV z oryginalnym kawałkiem w Abletonie, celem pokrojenia. Tytułowy utwór to edit „Feel” Robbiego Williamsa. Na moją wersję składają się mikropętle z pierwszych dwóch taktów tego utworu, które są dość pracowicie poukładane i w minimalnym stopniu, ale konsekwentnie, przesunięte względem siebie. Tak naprawdę można powiedzieć, że jest to jedna krótka pętla zmultiplikowana na kilkunastu ścieżkach, minimalnie poprzesuwanych względem siebie.

Nie było problemów z wykorzystaniem tego fragmentu?

Pomimo, że ta informacja pojawia się w opisach i recenzjach, to nigdy nie miałem z tym żadnych problemów, ale dodam, że takich problemów nie szukałem. Jeżeli chodzi o mainstreamowych artystów, to też z doświadczenia wiem, że rynek editów jest przeważnie zbyt mały, aby mieli się oni tym przejmować.

Są jednak artyści, którzy zwracają na to uwagę, jak np. Prince.

To rzeczywiście szczególny przypadek. Notabene zrobiłem kiedyś edit jednego z jego utworów i umieściłem go na swoim Soundcloudzie. Miał bardzo dobre komentarze, znalazł się nawet ktoś, kto napisał, że słyszał setki editów Prince’a, ale ten jest zdecydowanie najlepszy. Niestety, ostatecznie został on zdjęty z powodów naruszenia praw autorskich. Może kiedyś zdecyduję się wydać go na jakimś nieopisanym singlu.

Wojtek Kucharczyk opowiadał mi, że kiedy wrzucił cover utworu Prince’a na YouTube, bardzo szybko otrzymał wiadomość od prawników…

Słyszałem takie historie, ale tylko jako anegdotę. Ze swojej strony mogę opowiedzieć, że po zdjęciu mojego edita wysłałem oficjalne zapytanie do managementu Prince’a, sondując możliwość wydania tego numeru legalnie. Był to edit naprawdę mało znanego miksu jednego z utworów, który wyszedł na jednej stronie wersji któregoś maxi-singla. Wyszedłem więc z pomysłem, żeby wydać oryginał i mój edit jako „7”. Dostałem odpowiedź, która nie była do końca jednoznacznie negatywna – no, ale w obecnej sytuacji trudno cokolwiek przewidzieć.

Oprócz płyty wydanej w FASRAT pod koniec 2015 roku pojawiła się kaseta „F”, którą wypuściła mała oficyna Wounded Knife. Czy materiał ten powstał podobnie jak „That Feel”?

Tak, ten materiał powstał w tym samym czasie i podobną metodą, jak edit Robbiego Williamsa, czyli mikrosample/mikropętle ułożone według mojego chorego algorytmu i przesuwające się względem siebie. Akurat sample, których użyłem na „F” pochodziły z jednego z wykonań „Die Kunst der Fuge” J. S. Bacha, utworu, który bardzo sobie cenię.

Co myślisz o wydawaniu kaset dzisiaj?

Bardzo mi się to podoba, choć kaset, które mam, w ogóle nie słucham. Po pierwsze dlatego, że mam te albumy także w wersji cyfrowej, a po drugie nie posiadam przyzwoitego odtwarzacza, więc nie chcę tych nierzadko bardzo pięknych kaset wkładać do mojego „kuchennego” urządzenia. Generalnie lubię wszystkie fizyczne nośniki, niezależnie, czy to ładnie wydany kompakt, winyl lub kaseta, która sytuuje się w połowie drogi między jednym a drugim. Wiadomo, że winyl jest najlepszym jakościowo materiałem, a jego naturalny dźwięk w zasadzie wszyscy doceniają. Kiedy w domu włączam płytę winylową, to nie tylko moja żona, ale i czteroletni synek zaciekawiony podnosi głowę, bo od razu słyszy skok jakości.

Pozostając w tematyce związanej z wydawaniem muzyki na fizycznych nośnikach: powiedziałeś na początku, że Twoje plany pokrzyżował Record Store Day.

Natłok rzeczy do wydania specjalnie przy okazji Record Store Day spowodował opóźnienia w wielu małych labelach. Jest to kolejnym dowodem na to, że są oficyny, dla których Record Store Day trwa cały rok, bo każda płyta, jaką wydają, jest wyjątkowa. Z drugiej strony są i tacy, którzy raz do roku usiłują trochę więcej zarobić na kolejnej reedycji albumu Led Zeppelin. To – niestety -  blokuje takich nędznych wydawców jak ja.

To jest właśnie ten paradoks, że popularność winyla ostatecznie ma więcej negatywnych niż pozytywnych konsekwencji.

Nie powiedziałbym, że chodzi tu o popularność winyla, tylko raczej starą, dobrze znaną pazerność koncernów. Powiedzmy sobie szczerze – naprawdę są płyty, które nie potrzebują 69-tej reedycji różniącej się alternatywną wersją jednego utworu albo dołożoną litografią. Jak widzę, że wychodzi kolejna wersja jakiegoś albumu Led Zeppelin, tym razem na 4, a nie 3 winylach… Wiadomo, że będą ludzie, którzy to kupią, ale czy naprawdę to jest ten klient, którego powinno się szukać? I czy faktycznie jest to muzyka, którą powinno się raz jeszcze wydawać?

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
sierpień 2016
Kup teraz