Paweł Bartnik / DJ Sajko

01.09.2016  | Piotr Lenartowicz
Paweł Bartnik / DJ Sajko fot. fot. Filip Antczak

Paweł Bartnik to producent występujący pod pseudonimem DJ Sajko oraz członek formacji kIRk. Jakiś czas temu ukazała się jego solowa płyta „Cutman”, gdzie zgodnie ze słowami swojego wydawcy „w ciekawy sposób połączył muzykę taneczną z eksperymentem”. Poza autorską muzyką zajmuje się też miksem i masteringiem w swoim studiu heavyweight.pro. Duża część naszej rozmowy poświęcona jest właśnie temu zagadnieniu ale znalazło się w niej również miejsce na boks, poezje i słodycze.

Od jak dawna interesujesz się boksem?

Paweł Bartnik / DJ Sajko: Musiałem dorosnąć do tego sportu. Na dobre wsiąkłem w tę dyscyplinę stosunkowo niedawno, bo dopiero jakieś dwa lata temu. Boks to kultura ze starego porządku – sztuka posiadająca swoją historię, etos, rytuały, określoną oprawę, a na końcu i tak jest instynkt, i mięso. Koniec końców w ringu wielu straciło zdrowie, a nawet życie.

Zwłaszcza w wadze ciężkiej, czyli tam, gdzie mogą się bawić tylko duzi chłopcy.

Zdecydowanie, tam są ci najwięksi z największych i każdy cios jest bardzo wymowny. Co ciekawe, pomimo, że żyjemy w czasach, gdzie szalenie modne jest zdrowe odżywianie, a niektóre treningi są niesamowicie zaawansowane i korzystają z osiągnięć fizyki molekularnej, to na dobrą sprawę pięściarze wagi ciężkiej rzadko są Adonisami z piękną muskulaturą. To twardziele, którzy mają żelazną psychikę i argument w łapie. Nie sposób ich okiełznać i wrzucić w ryzy formatki telewizyjnej – oni z uśmiechem deklarują, że kogoś zamordują w ringu. Wielu to nieociosani, a jednocześnie  -  niezwykle elokwentni goście. Oglądasz konferencję przed walką i widzisz człowieka, a nie kukłę. I jak tu ich nie lubić.

W swoich działaniach muzycznych bardzo często nawiązujesz do terminologii związanej z tym sportem i faktycznie do stylistyki, w której się poruszasz, pasuje bardzo wiele określeń rodem z bokserskiego ringu.

To prawda, w muzyce interesuje mnie właśnie ta wymowność. W pewien sposób również dosadność, ale poparta konkretnymi argumentami, a nie taka, która ma jedynie epatować. Nie chcę mówić, że szukam w muzyce brudu, bo jest to już dzisiaj mocno wytarte, ale faktycznie interesują mnie w produkcji rzeczy niegrzeczne czy nawet bolesne, a równocześnie takie, z których można stworzyć kompozycję będącą fajną piosenką. Mam duży problem ze słuchaniem doskonale poukładanych utworów, które są selektywne, klarowne i dobrze sprawdzają się na wszystkich odtwarzaczach.

Czyli w zasadzie z większością powstających współcześnie utworów…

Rzeczywiście. Choćby hip-hop, który słyszę coraz częściej w ulizanej formie. To hip-hop do radia, do reklamy i jako dzwonek na czekanie. Takie coś mnie nie rusza. Myśl, która w jakimś sensie przyświeca mojemu studiu masteringowemu, to właśnie nie uleganie tej presji. Uważam, że są gatunki muzyki, które nie powinny być przekładalne na komórki czy inne urządzenia, bo funkcjonują w innej kulturze. Kultura dubu, hip-hopu czy techno rządzi się wielkimi głośnikami, dużymi membranami basowymi i jest to jednak nieco inna historia. To muzyka bazująca przede wszystkim na brzmieniu, gdzie raczej brak jest subtelnych melodii.

Zobacz także test wideo:
The One Smart Piano Keyboard Pro - cyfrowe pianino
The One Smart Piano Keyboard Pro - cyfrowe pianino
Czy faktycznie Smart Piano The One Keyboard Pro to pianino, które nauczy Cię grać? Na to pytanie odpowie Tomasz Wróblewski, Redaktor Naczelny EiS.

Możemy zaryzykować stwierdzenie, że artyści, którzy przekazują Ci swój materiał do miksu i masteringu, poruszają się w specyficznej, jakkolwiek dość jasno sprecyzowanej estetyce.

Dokładnie. Kiedy pracowałem nad stroną mojego studia i przeglądałem inne witryny, to zauważyłem, że obecnie studia masteringowe wykonują tylko robotę warsztatową i nie ma tam mowy o kreacji. Funkcjonuje taka opinia, że w masteringu nie ma miejsca na kreację, bo ona powinna dokonać się na etapie nagrania i miksu. Ja akurat poruszam się w takich kręgach estetycznych, gdzie praca na sumie jest istotna. Ciężko mówić, że w muzyce z wyraźnym rytmem i mocnym basem mastering nie jest ważny. Oczywiście nie twierdzę, że jest najważniejszy, ale może być taką „kropką nad i”.

Co musi się wydarzyć, żeby tak było?

Przede wszystkim zależy mi na tym, aby zrozumieć muzykę i jej twórcę. Staram się zbliżyć do wyobrażenia, jakie miał autor, a jeżeli mam coś do zaproponowania, to po prostu to robię. Nie okłamujmy się – często dostaję muzykę niewłaściwie przygotowaną do masteringu. Wiadomo, że w muzyce elektronicznej ten limiter jest nieodzowny, więc często muzyka jest zlimitowana i zawsze pada pytanie, czy da się coś z tym zrobić. Nie mówię „nie”, bo musiałbym rezygnować z bardzo wielu realizacji. Jednocześnie rozumiem, skąd to się bierze. Home recording, zwłaszcza w bliskich mi estetykach, rządzi. Ilość wątpliwej jakości „dobrych rad” i tutoriali wypiera z Internetu wartościowe materiały. Można się pogubić. Oczywiście informuję artystów o tym, że materiał oddany do masteringu jest niewłaściwie przygotowany. Jeśli twórca chce, to także podpowiadam, co i jak można by poprawić na poziomie miksu. Tylko, że często możliwość naniesienia poprawek nie istnieje – artyście ostała się tylko empetrójka i trzeba kombinować. Nie poczuwam się do roli nauczyciela. Skoro muzyk coś stworzył, jest z tego zadowolony, a jego muzyka cieszy się jakimś tam powodzeniem wśród odbiorców, no to ja nie jestem od tego, żeby go strofować.

Na Twojej stronie internetowej podajesz nazwy narzędzi, z których korzystasz podczas masteringu. Czy któreś z nich w sposób szczególny zasługuje na wyróżnienie?

Pracuję w ten sposób, że najpierw staram się naprawiać, a potem kreować. Do naprawy najczęściej używam narzędzi cyfrowych. Odejmuję korektorami cyfrowymi, najczęściej PSP NEON. Ostatnio wróciłem do używania iZotope Ozone, który gdzieniegdzie ma złą sławę. Mówi się, że nie jest profesjonalnym narzędziem i porównuje się go do kombajnu, ale - moim zdaniem - jest tam parę naprawdę fajnych rzeczy, jak chociażby kompresor wielopasmowy. Używam go, zaznaczając bardzo wąskie pasmo w średnicy, aby okiełznać jakieś nieprzyjemne rzężenie, ale też do traktowania sybilantów, zamiast deesera. Działa bardziej precyzyjnie i naprawdę punktowo. Później rzucam wszystko na zewnątrz – korekcja, potem Monster Compressor Looptrottera (możliwości kreacji na tym urządzeniu są naprawdę ogromne), a na końcu - na ogół Looptrotter Emperor.

Wielu producentów bardzo ceni sobie konstrukcje Andrzeja Starzyka.

Ja również. Niemniej parę rzeczy chcę jeszcze zamontować w racku. Bardzo bym chciał spróbować butikowego Foote P4S ME od Rogera Foote. Osobiście urządzenia nie słyszałem, bo chyba na dobrą sprawę nikt w Polsce go nie ma. Mam jednak nosa do takich rzeczy i podejrzewam, że to jest absolutnie niesamowity sprzęt. Myślę też o sparowanych do działań masteringowych dwóch korektorach opartych o klasyczną konstrukcję Pulteca – najpoważniej rozważam wariację naszego polskiego Amteca. Z innych rzeczy, to bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie kompresor Charter Oak SCL-1 – schodzisz z kompresją do 20dB tłumienia, a z monitorów nadal wychodzi muzyka, a nie buczenie. Jest jeszcze znacząco rozbudowany i poprawiony Tubecore 3U IGSa. To też jest sztos. W ogóle to jest trochę tego dobra... Mimo pojawiających się co chwila fenomenalnych wtyczek cały czas jest jeszcze bardzo dużo ciekawego hardware'u – niemniej to, co mnie interesuje, to są już poważne pieniądze.

Co jeszcze, jeśli chodzi o analog?

Mam doskonały, bardzo rzadki EQ ORAM Sonics HD-EQ high definition. Jego twórcą jest John Oram, który zasłynął jako konstruktor kultowej konsolety Trident 80. Mój egzemplarz przeszedł gruntowny remont przeprowadzony przez samego Johna Orama. Nawet mieliśmy umówić się na rozmowę na Skypie, żeby pogadać o tej konstrukcji i jej możliwościach, ale jakoś nie doszło to do skutku. Szkoda.

Na stronie swojego studia napisałeś, że Twój mastering nadaje utworom „analogowy” charakter, ale nie oznacza to korzystania wyłącznie z analogowego sprzętu, a jest odniesieniem do konkretnego brzmienia. Jakie masz zdanie na temat zależności pomiędzy sprzętem cyfrowym a analogowym?

Tego podziału na „analog” i „cyfrę” w odniesieniu do narzędzi już praktycznie nie ma. Powstało wystarczająco dużo pięknych, analogowych w brzmieniu płyt, które miksowano na wtyczkach. To jest fakt. Akurat dzisiaj czytałem wywiad z Piotrem Nykielem, który pracuje na Politechnice Warszawskiej i robi eksperymenty dotyczące konwersji analogowo-cyfrowej. Stara się on dowieść, że nawet najwyższej jakości konwerter degraduje dźwięk i czyni go nieprzyjemnym w odbiorze. Dla mnie to donkiszoteria – obrona świata, który prawie już nie istnieje i nieumiejętność docenienia tego, co się ma. Nawet w Estradzie i Studio pojawił się swego czasu tekst, gdzie pytano topowych inżynierów miksu, gości z 30-40 letnim stażem, o przełomowe dla ich pracy narzędzie. Co wskazywali? Najczęściej Protoolsa i rozwój technologii VST. W ich przypadku, co trzeba przyznać, wynika to nie tylko z przesłanek czysto, by tak powiedzieć, „sonicznych”. Dla takich zawodowców liczy się wydajność i ergonomia pracy. Aczkolwiek, co chciałbym wyraźnie podkreślić, nie ma jednej, słusznej drogi. Świat płata nam cały czas figle. Choćby ten powrót - wielki comeback winyla... Dość zabawna sprawa.

Dlaczego?

Cenię ten nośnik i lubię z nim obcować. Moja muzyka niejednokrotnie wydawana jest na wosku.  Jednak czuję coś takiego w powietrzu, że wytłoczenie słabej muzyki na placku niejako przydaje tejże muzyce wyższą rangę. Jak jest winyl, to popelina już nie jest popeliną, tylko jakimś autorskim konceptem. Zresztą podobnie jest teraz z kasetą, z tym, że to zabawa dla uboższych. Winyl i kaseta są współcześnie przede wszystkim fetyszami, na drugim miejscu nośnikami muzyki. Ja nie mam z tym problemu – człowiek to dość zwariowana istota i nie ma co przesadzać z racjonalizmem. Gorzej, jeśli tej swojej miłości do winyla czy miłości do szeroko pojętego analogu zaczyna się bronić z zapalczywością, sięgając po argumenty sprawiające wrażenie naukowych, a równocześnie wyklinać wszystko inne. To już troszkę niezdrowe.

Oprócz prowadzenia studia, gdzie zajmujesz się miksem i masteringiem, tworzysz również autorskie produkcje, czy to jako członek zespołu kIRk, solowo jako DJ Sajko czy ostatnio w nowym projekcie Sarmacja. Na swojej poprzedniej płycie „bez tytułu” połączyłeś ze sobą elementy, których pozornie łączyć nie można, czyli techno i melodeklamacje. Wcześniej mówiłeś mi, że pracujesz także jako copywriter, więc już wiem, dlaczego masz tak dobrze opanowane operowanie słowem.

Techno i smętne gadki. Od początku pachniało to niepowodzeniem artystycznym, ale nie zamierzałem tego tak kalkulować. Pomimo całego nadmiaru egotyzmu, który mnie cechuje, nie odczuwam potrzeby budowania sobie jakiegoś pięknego pomnika. Z kolei jeśli chodzi o nagranie własnego głosu, to po prostu nie chciałem nikogo więcej angażować na tę płytę. „Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem” – jak powiada poeta. Znam swój głos, nie jestem jego fanem, do tego brak mi szczególnych predyspozycji aktorskich, ale za to jak się dobrze przy tym bawiłem! Mam teraz specyficzny stosunek do tej płyty, oddaliła się ode mnie, ale zupełnie nie żałuję, że powstała w takiej formie. Zamierzam również wrócić do tego pomysłu i znowu połączyć moje gadanie z techno.

Teraz pojawia się sporo nowych rzeczy od Ciebie – płyta „Cutman” stworzona jako DJ Sajko, a także Sarmacja, gdzie łączysz siły z producentem znanym pod pseudonimem Echo Deal. Oba projekty wywołały bardzo pozytywne reakcje.

Tak, obie płyty są dobrze przyjmowane. Niemniej trzeba pamiętać, że jest to ciągle mocno ograniczony zasięg, bo winyle wydaje się w liczbie 500 egzemplarzy. Tak więc nie dysponujemy wielką próbą na potrzeby tego eksperymentu. Jeżeli chodzi o Sarmację, to robię ją wspólnie z Michałem Kołowacikiem (Echo Deal) i bardzo cieszę się z tego projektu. Michała poznałem stosunkowo niedawno, ale szybko zostaliśmy kumplami. Gadka się klei, śmiejemy się z podobnych rzeczy, jaramy podobnymi zjawiskami w muzyce, obaj wolimy wódkę od piwa. Musiał z tego powstać projekt. Michał, podobnie jak ja, balansuje pomiędzy realizacją dźwięku jako najemnik (jest dyplomowanym realizatorem) a kreacją własnych wizji jako producent i muzyk.

Rozmawialiśmy już o tym jak wygląda Twoja praca, kiedy zajmujesz się masteringiem, a co jeśli chodzi o robotę ściśle producencką?

Wygląda to bardzo różnie. Zaczynam od idei, którą mam w głowie. Idea oznacza na ogół potrzebę osiągnięcia jakiegoś określonego efektu. Nie potrafię ułożyć nawet zrębu kompozycji jedynie w głowie. Muszę działać na żywym organizmie. Kiedy coś mnie nurtuje, to zarys utworu powstaje bardzo szybko. Potem jest to taka rzeźba – szukanie brzmienia i miejsca instrumentów w miksie. W ostatnim czasie chcę pójść bardziej w stronę melodii, ale nawet nie znam nut, więc ciężko mi to przychodzi. Szukam ostro pogiętych tematów, które będą silne, ale niejednoznaczne. Psychodeliczne i zapadające w pamięć. Cenię sobie sytuacje, kiedy coś sprawia wrażenie, że jest nie na miejscu, ale jednocześnie intryguje.

Projekty, o których mówimy, już wyszły, bądź dopiero ukażą się w wytwórni Father And Son Records And Tapes. Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę z Maćkiem Sienkiewiczem?

Traktuję projekt Maćka jako zjawisko osobne, może nawet wizjonerskie. Nie widzę na naszym rynku niczego, co byłoby podobne. Oczywiście jestem mądrzejszy o wiedzę na temat wydawnictw, które dopiero się ukażą i mogę powiedzieć, że będą to naprawdę bardzo zróżnicowane projekty. Porównałbym ten katalog do bombonierki, w której każda pralinka to inna historia, z innej pracowni, z innymi składnikami. Intrygują mnie działania Maćka, to przecież on wyciągnął z Koszalina Das Komplexa, a ostatnio chłopaków z Gorzowa, czyli zespół Niemoc. Potrafi znaleźć osoby, które zupełnie nie obracają się w środowisku, nie mają kolegów i nie zrobili 15 demówek. Wypatrzył ich gdzieś na Soundcloudzie, wymyślił, że wspólnie stworzą wydawnictwo i po prostu tak robi. Na niektóre pozycje z jego katalogu nie zwróciłbym normalnie uwagi. Natomiast, gdy słucham tego płyta po płycie, jako całość, to widzę wielobarwny świat, świecidełka i dziwadełka.

Pokusiłbyś się o porównanie oficyny Maćka Sienkiewicza do tego, co dzieje się teraz na naszej scenie?

Szczerze mówiąc, nie umiem się do tego odnieść. Analiza środowiskowa i chociażby to, jak wypadamy na tle Zachodu, zupełnie mnie nie interesuje. Jestem zwolennikiem twierdzenia, że masa ciągnie w dół, więc wątpię, aby ilość pozytywnie przekładała się na jakość. Jednocześnie myślę, że jeśli ktoś działa z prawdziwej potrzeby serca, to wtedy zawsze powstaje nowa jakość. Rzeczy wykalkulowane wywołują ziewanie.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
sierpień 2016
Kup teraz