Więcej...

Mazut - Nie musimy wiedzieć czym jest obwiednia

06.01.2019 
Mazut - Nie musimy wiedzieć czym jest obwiednia

Michał Turowski oraz Paweł Starzec tworzący duet Mazut to bez wątpienia jedne z najbardziej charakterystycznych postaci na rodzimej scenie niezależnej. Chłopaki opowiedzieli nam nieco o swoich "punkowych" początkach, zawiązaniu duetu i dość nieortodoksyjnym podejściu do kwestii związanych ze sprzętem. W naszej rozmowie nie zapomnieliśmy również o ich współpracy z Maciem Morettim oraz owocu tej kooperacji a więc albumie "Kształt Jazzu Który Ma Dojść", który w naszym prywatnym rankingu ubiegłorocznych wydawnictw zajmuje bardzo wysoką pozycje.

Wasze korzenie to scena gitarowa?

Michał Turowski: Określiłbym ją jako punkowo-industrialna, bo we Wrocławiu z naszymi ówczesnymi zainteresowaniami biegało się albo do Centrum Reanimacji Kultury albo na Wrocław Industrial Festiwal. Nie było zbyt wielu interesujących alternatyw w tym konkretnym środowisku i wszyscy spotykaliśmy się na tych samych imprezach – tam też poznałem Pawła. Zdaję sobie sprawę, że to potworna klisza, ale ta muzyka zawsze była obecna. Ja w stosunkowo młodym wieku założyłem label, a Paweł był „naczelnym” fotografem wrocławskiej sceny punkowej.

Paweł Starzec: Nasze środowisko było dość silnie zanurzone w etosie DIY – jeżeli ktoś się interesował szeroko rozumianą muzyką poszukującą to lądował prędzej czy później w tym towarzystwie. Ja sam przed Mazutem grałem w kilku garażowych – bardziej w sensie etosu niż estetyki – kapelach, na basie lub perkusji, ale z tamtych czasów został mi jedynie karton kostek gitarowych, z którym pod pachą przeprowadziłem się do stolicy i od którego zacząłem robić swoje solowe elektroniczne rzeczy jako Centralia, a potem zacząłem wykorzystywać je w Mazucie.

Pomimo tych doświadczeń Mazut od początku stał się projektem elektronicznym.

PS: To prawda, chociaż dzisiaj nie umiem wytłumaczyć jak do tego doszło. Mieliśmy pomysł na zespół, który miał prezentować stylistykę podobną do Skullflower czy Ramleh. Kiedy jednak zaczęliśmy grać próby łatwiej i ciekawiej było nam eksperymentować z elektronicznym sprzętem niż usiąść i pisać piosenki na gitarę. Zawsze słuchałem sporo elektroniki, zresztą wielu moich znajomych z tych pierwszych kapel poszło w stronę techno, więc nie był to dla mnie odległy kosmos.

MT: Prowadząc Oficynę Biedota, otrzymywałem coraz więcej elektronicznych demówek i w pewnym momencie zrozumiałem, że skoro moim głównym celem jako wydawca jest prezentowanie ciekawej muzyki, to najwięcej takich brzmień obecnych jest na scenie elektronicznej. Zresztą, jeżeli chodzi o gitary to cały czas pojawiały się w tym demówkach kolejne klony zespołów, które już wydałem. Kiedy ukazał się album formacji Wieże Fabryk, a więc moim zdaniem najlepszego polskiego zespołu zimno-falowego, to dostałem 15 demówek od zespołów będących trochę gorszymi „wieżami”. Po co w to brnąć, skoro już wydałem, nazwijmy to, pierwowzór. Moje zainteresowania płynnie przechodziły więc w stronę elektroniki i kiedy zamykała się Oficyna Biedota a rodziła się BDTA to był to już stricte elektroniczny label.

Finalnie zamknąłeś również swoją drugą wytwórnię. Zaprzecza to tezie, według której jesteśmy świadkami bardzo dobrego momentu na rodzimej scenie niezależnej?

MT: Absolutnie niczemu to nie zaprzecza. To była moja prywatna decyzja, która wynikała z tego, że chciałem zająć się innymi rzeczami, m.in. graniem oraz pisaniem książki. Robiłem to tak długo jak sprawiało mi to przyjemność, a kiedy przestało to zwyczajnie uznałem, że nie ma to już sensu. Absurdem byłoby diagnozowanie czegokolwiek na podstawie zamknięcia się BDTA czy dochodzenie do bardzo pochopnych wniosków – to nie jest koniec świata ani niczego innego poza końcem tego konkretnego labelu.

PS: Moim zdaniem jedyna zmiana w stosunku do tego jak scena wyglądała w latach 90. jest taka, że muzyki jest dużo więcej, i dzisiaj zespoły mogą wydawać się same. Ta najnowsza scena, z memowo-zabawną otoczką, która mnie jakoś bardzo nie jara, pod względem muzycznym to są ciekawe rzeczy, istniejące w świadomości ludzi w dużej mierze przez internet i selfpublishing. Pojedynczy polscy wykonawcy wychodzą na zewnątrz z naszego scenowego grajdołka, ale ten „niezal” nigdy nie wejdzie do głównego nurtu. Jesteśmy pogrobowcami sceny punkowej – gramy nawet w tych samych miejscach, tyle że dzisiaj są tam sanitariaty.

MT: Jakiś czas temu bardzo spodobało mi się to, co powiedział Wini ze Stoprocent o tym, że jeśli wychodzisz pograć z chłopakami w piłkę przed domem to nie zostajesz automatycznie piłkarzem. Mam takie same podejście naszego grania muzyki. Nie czuję się pełnoprawnym muzykiem, zwłaszcza kiedy widzę co robią tacy goście jak chociażby Piotrek Kaliński, Stefan Wesołowski albo Paweł Kulczyński. Ja po prostu gram, sprawia mi to przyjemność i sądzę, że z roku na rok mam w tym coraz większą wprawę. Ale szczerze wątpię żebym kiedykolwiek miał czelność nazwać się pełnoprawnym muzykiem.

Wróćmy jeszcze do czasów powstawania #1. Z jakich narzędzi wtedy korzystaliście?

MT: Używaliśmy wtedy takich gratów jak zabawkowe Casio SA-5, radio na fale ultrakrótkie, tuzina kostek gitarowych oraz takich rzeczy jak Korg Volca i Kaossilator. Z perspektywy czasu jest to album, którego się nie wstydzę, ale po prostu nie jestem z niego zadowolony. Ten materiał ukazał się z takim założeniem, żeby pchnąć nasz zespół do przodu, bo bałem się, że utkniemy w sytuacji, gdzie przez cztery lata nie wyjdziemy z salki prób i będziemy cyzelować materiał, który nigdy nie ujrzy światła dziennego i nigdy nikt poza nami go nie usłyszy. To chyba Emil Macherzyński powiedział, że mieliśmy wtedy znacznie więcej charyzmy niż umiejętności. I pewnie miał rację, bo to była płyta potrzebna przede wszystkim naszej dwójce albo wręcz tylko mnie.

PS: Materiał na ten krążek zarejestrowaliśmy podczas trzeciej albo czwartej wspólnej próby, na czteroślad kasetowy Yamahy, zupełnie na setkę i bez overdubów. Po dziś dzień mamy zwyczaj nagrywać wszystko, co robimy, więc posiadamy dość pokaźne archiwum naszych koncertów – przez długi czas jako sumatora na scenie używaliśmy multitracka Fostex. Pamiętam, że jak mówiliśmy innym o naszym wspólnym projekcie to wszyscy generalnie darli z nas łacha. Prywatnie jesteśmy raczej dość zabawnymi ludźmi, więc wszyscy spodziewali się żartu. Od #1 zaczynając, całość tego co robimy była i jest dosyć mocno koncepcyjna – wtedy po prostu mieliśmy mniej narzędzi. Traktuję to trochę jak przejście Cabaret Voltaire od hałasowania na strychu do tanecznego 4/4.

MT: Nie bez znaczenia był fakt, że moim największym życiowym osiągnięciem przed Mazutem było nagranie kasety z odgłosami pracy zmywarki. Byłem kojarzony głównie z tym, że włożyłem dyktafon do zmywarki a potem wypuściłem to na kasecie na Record Store Day.

Nie czuję się pełnoprawnym muzykiem, zwłaszcza kiedy widzę co robią tacy goście jak chociażby Piotrek Kaliński, Stefan Wesołowski albo Paweł Kulczyński. Ja po prostu gram, sprawia mi to przyjemność i sądzę, że z roku na rok mam w tym coraz większą wprawę. Ale szczerze wątpię żebym kiedykolwiek miał czelność nazwać się pełnoprawnym muzykiem. (Michał Turowski)

Jak wygląda sam proces rejestrowania materiału? Rozumiem, że spotykacie się na próbie, nagrywacie jej przebieg i ten materiał trafia później na nośnik?

PS: Tak rzeczywiście było w przypadku pierwszej płyty, natomiast praca nad każdym kolejnym projektem była już nieco bardziej systematyczna, z ogranym materiałem i tak dalej.

MT: Jak już mówiliśmy wcześniej, tych korelacji pomiędzy sceną gitarową a tym, co robimy jest chyba sporo. Czasem obserwując innych muzyków na koncertach mam wrażenie, że my gramy nieco inaczej, czyli w sposób podobny do tego, jak kapele gitarowe. Chyba ten background jest tutaj wyczuwalny bardziej niż nawet nam samym się wydaje. Oczywiście tworzymy na bazie zapisanych presetów oraz paternów, ale jest w tym dużo więcej emocji i żywej gry niż wypuszczania czegoś z sekwencera i kręcenia filtrem. Przy czym absolutnie nie twierdzę, że z tego powodu jesteśmy lepsi czy też gorsi, bo więcej „kręcimy gałami”. Każdy ma swój styl i patent na granie, my w sumie wypracowaliśmy taki. Nie wartościuje tego.

A w jaki sposób uczyliście się obsługi tych wymienionych wcześniej narzędzi?

PS: Nie używamy jakiegoś niesamowicie skomplikowanego sprzętu pod względem syntezy, więc w dużej mierze na „czuja”, zwłaszcza pod względem wpasowywania tych rzeczy w siebie nawzajem. Wydaje mi się, że po dziś dzień w naszym biogramie stoi, że jesteśmy zespołem używającym śmieci i zabawkowych instrumentów. Siłą rzeczy jest to generowanie jakiegoś szkieletu, do którego staramy się wrzucić masę bardzo różnych rzeczy. Używamy raczej narzędzi budżetowych, nisko cenionych przez środowisko – totalnie jaram się np. Volcą.

MT: Uważam, że twórcy nie definiuje w żaden sposób to, co ma na scenie i z czego korzysta. Definiuje go to, co ma w głowie i co wychodzi spod jego palców. Jeżeli ktoś patrzy na takie rzeczy jak Volca jako instrument, który wyciąga z pudełka i robi na nim numer od początku do końca, to zapewne zabrzmi to fatalnie. Ale jeśli przerzucimy sygnał przez 15 różnych efektów i zrobimy z tym coś kreatywnego, to siłą rzeczy powstanie zupełnie coś innego.

PS: Nie wyobrażam sobie katastrofy, kiedy ktoś na trasie okradnie Ci samochód i masz tam sprzętu za 20 tysięcy złotych. Jesteśmy przede wszystkim zespołem koncertowym, sądzę, że jest to bardzo pozytywna sytuacja. Na Volce wszyscy wieszają psy z jakiegoś powodu, ale oferuje ona naprawdę sporo, jeżeli ma się pomysł na to, jak wykorzystać jej możliwości i ograniczenia. Przykładowo, w Sample jeden głos wpływa na drugi – używam tego do cięcia wokali na żywo. Dopiero ostatnio, po czterech latach użytkowania Korg Volca Bass nabrałem przekonania, że wyciągnąłem z tego instrumentu rzeczywiście wszystko.

MT: Fakt, że są to narzędzia niedrogie i łatwo dostępne jest również istotny z racji grania koncertów. Dajemy się porwać chwili i energii, która płynie z publiki. Nasze występy często są ekstatyczne, różne rzeczy dzieją się na scenie i nawet ostatnio podliczyłem, że przez całą karierę zespołu Mazut roztrzaskałem na scenie 46 mikrofonów do karaoke. Jeśli korzystamy z takich budżetowych urządzeń to nie mamy ograniczeń. Nie muszę przez cały koncert uważać, żeby nie strącić Mooga, który jest więcej warty niż moje życie.

„Idealnym przykładem jest używanie kostek gitarowych, które nadają się do wszystkiego oprócz grania na gitarze i są kompletnie nieprzewidywalne”

Podczas poznawania danego instrumentu czy narzędzia, próbujecie wykorzystywać je inaczej niż przewidział to ich twórca?

PS: Idealnym przykładem takiego podejścia jest używanie kostek gitarowych Exar, które nadają się do wszystkiego oprócz grania na gitarze i są kompletnie nieprzewidywalne. Jednej z kostek Behringera używałem jako generatora dronów, bo wpadała w samooscylację. W pewnym sensie sam koncept, że nie nagrywasz syntezatorów w linię i nie robisz z tym porządku w DAW tylko rozbijasz ten sygnał i modulujesz go na żywo przez kostki to raczej też nie jest patent, który często się powtarza. Jeżeli ludzie wożą efekty to najczęściej jest to delay Bossa, za pomocą którego możemy zrobić „sieczkę” na koniec. U nas natomiast w pewnym momencie efekty zajmowały więcej miejsca niż same instrumenty.

MT: Album nagrany wspólnie z Maciem Morettim był pierwszym naszym wydawnictwem, które tak naprawdę było produkowane i aranżowane. Przymierzając się do nagrywania najpierw spotykamy się kilkanaście razy na próbach, a sama rejestracja materiału na płytę zajmuje już dosłownie jeden dzień. Później „zrzucamy” to w ścieżkach i gdzieniegdzie nakładamy kompresję, ale nie ma tam rozbudowanej edycji czy aranżu. Zawsze gramy wszystko na setkę.

Wspomniałeś "Kształt Jazzu Który Ma Dojść", nagrany przez Was z Maciem Morettim. Jak wam się współpracowało?

MT: Świetnie. Szczerze mówiąc raczej rzadko dogaduję się dobrze z innymi ludźmi, a tutaj z Maćkiem idealnie się dopełniliśmy. Nasza współpraca szybko zresztą „eksplodowała” w taki dość nieodpowiedzialny sposób, bo zanim spotkaliśmy się na pierwszej próbie mieliśmy już zaklepanych kilkanaście koncertów jako Mazutti. Wiedzieliśmy więc, że to musi się udać – efekt końcowy będzie lepszy czy gorszy, ale będzie.

PS: Przyznaję, że przed pierwszą próbą miałem małą nerwówkę, czy to się uda. Szybko jednak okazało się, że będzie dobrze, bo po tym jak się rozstawiliśmy w studiu zaczęliśmy coś improwizować, żeby sprawdzić monitory i po 5 minutach było tak ciekawie, że włączyliśmy nagrywanie. W ten sposób powstał pierwszy numer na płycie, czyli "Spotkanie z mentorem".

Mieliście jakieś obawy związane z tym projektem?

MT: Ja zastanawiałem się czy my we dwójkę podołamy w tym sensie, że będziemy w stanie zrobić Maćkowi miejsce. O sam aspekt grania raczej nie miałem obaw, bo znamy się już od dawna i jestem totalnym fanem tego, co Maciek robi. To świetny muzyk, który do każdego projektu wnosi coś od siebie. Tym bardziej jestem dumny z tego, że w projekcie Mazutti idealnie się uzupełniliśmy i nie jest to Macio Moretti oraz dwóch młodziaków czy Mazut z kimś jeszcze, tylko coś zupełnie osobnego. Jednocześnie znamy swoje miejsce w szeregu, wiemy, że Maciek jest bardzo zapracowanym muzykiem i żaden z nas nie ma złudzeń, że nasz projekt miałby zdominować Mitch & Mitch albo w ogóle jego kalendarz. Ma to pewien termin przydatności do spożycia, mamy tego świadomość i staramy się tym cieszyć, dopóki to trwa.

PS: Nie jesteśmy przyklejeni do jednej łatki estetycznej, ale też było wiadomo, że nie nagramy płyty typu techno z żywymi bębnami w 130 BPM. Wolność zrobienia co nam się tylko żywnie podoba niesie gdzieś w sobie stres, że ludzie zareagują na to w różny sposób.

Wasz setup sprzętowy w formacji Mazutti różni się od tego z czego korzystacie w ramach zespołu Mazut?

PS: W Mazucie jestem odpowiedzialny za rytmikę oraz acidowe basy. W tym momencie zmiana jest przede wszystkim taka, że używam Rolanda SH-01A, które pewnie po tym projekcie przeniosę też do Mazutu. Natomiast cały czas rytm buduję na dwóch Korgach Volca Sample. Jeżeli chodzi o Maćka, to przy pracy nad płytą korzystał z Korga MS-20, Akai MPX16, Rolanda SPD-20, Rolanda SH-101 a także grał na akustycznych bębnach.

MT: Ja używam teraz Korga Monologue, Korga Monotribe oraz Korga Volca FM. W Mazucie robię przede wszystkim drony, sample, ambienty, jakieś struktury, sprzężenia mikrofonowe, więc jestem tym bardziej hałasującym elementem. W Mazutti gramy bardziej minimalistycznie niż w duecie.

Poza waszą trójką nad brzmieniem "Kształtu Jazzu Który Ma Dojść" pracował ktoś jeszcze?

MT: Tak, Jasiek Wroński, który niestety nie został podpisany, gdyż wypuściliśmy okładkę do druku zanim zdążyliśmy zarejestrować materiał na płytę. Nie wiedzieliśmy wtedy, że Jasiek będzie nam pomagał i nie dostał zasłużonych creditsów. Wspólnie z Maćkiem siedział nad tym materiałem w Pro Tools i czynił swoją „magię”. Bez wątpienia bez niego ten album brzmiałby inaczej.

PS: Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Jasiek jest czwartym muzykiem na tej płycie. Tak jak niektóre zespoły wożą ze sobą swojego akustyka, który im pomaga, tak Jasiek był studyjnym odpowiednikiem takiej osoby.

„W Mazucie improwizujemy, ale jest to jednak oparte o przećwiczone szkielety. Natomiast Mazutti to 100% improwizacja” (fot. Karol Grygoruk)

A jak wyglądają wasze wspólne koncerty?

MT: Razem z Pawłem zagraliśmy już pewnie ze sto koncertów, więc znamy wszystkie swoje zagrywki i jesteśmy w stanie iść na żywioł. Tutaj natomiast, jeżeli chodzi o improwizacje staramy się być dużo bardziej czujni, gdyż zupełnie nie wiemy co się zaraz wydarzy. Na jednym z koncertów miała miejsce śmieszna sytuacja, bo mieliśmy przećwiczone intro, którym rozpoczynaliśmy kolejne występy, a za którymś razem Macio zamiast wybijać regularny, szamański rytm jak zazwyczaj, zaczął walić w blachy i po nich szorować. Byliśmy tym mocno zaskoczeni, ale po kilku minutach stwierdziliśmy, że nie ma na co dalej czekać aż pojawi się werbel i po prostu trzeba zacząć grać. Oczywiście w Mazucie też improwizujemy, ale jest to jednak oparte o przećwiczone szkielety. Mazutti to 100% improwizacja.

PS: Nasza wspólna płyta to bardzo perkusyjny materiał i zastanawiałem się jak to nam zażre na scenie, bo jednak w studiu mieliśmy możliwość pozostawienia sobie nawzajem przestrzeni. W Mazucie jestem przyzwyczajony do tego, że jak uruchomię automat perkusyjny, to stopa będzie „szła” przez godzinę. Ostatecznie jednak, przestawienie się na tryb z żywą perkusją nie było problemem. Taki magiczny moment z pracy nad albumem był przy nagrywaniu pierwszych ścieżek żywych bębnów. Macio posłuchał 10 sekund surowej setki na spokojnie i wbił od razu dwa numery. Wtedy pomyślałem sobie, że to jest poziom, do którego jeszcze długo nie doskoczę jako muzyk.

Nie jara mnie zupełnie traktowanie muzyki jako stricte inżynieryjnego problemu, nawet najlepiej wymyślone rzeczy nie bilansują braku jakiegoś emocjonalnego komponentu. Z czasem nauczyliśmy się więcej o instrumentach, z których korzystamy, ale zawsze w pierwszej kolejności będzie chodziło o to, żeby to było o czymś. (Paweł Starzec)

To oznacza, że charyzma nadal przewyższa umiejętności?

MT: Nie wiem. Jestem osobą, która wręcz szczyci się tym, że nie do końca wiem, czym jest obwiednia. Nie wytłumaczę ci tego teraz w jakiś fajny i przystępny sposób. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że przez takie deklaracje mogę być obiektem żartów na „scenie syntezatorowej”, ale mam wrażenie, że zwyczajnie nie muszę tego wiedzieć. Wystarczy, że mam świadomość tego, co się stanie z dźwiękiem jak pokręcę tą czy inną gałką. Nie mamy zaplecza techniczno-ideologicznego, ale chyba nie musimy rozumieć tego, co się dzieje od strony czysto inżynieryjnej, jeśli po prostu potrafimy przewidzieć efekty naszej pracy.

PS: Cały czas dużo się uczymy. Mazut ma jakieś określone ramy estetyczne, ale pod względem produkcyjnym każda płyta czy trasa to krok do przodu. Poza tym, robimy swoje solowe rzeczy – Michał słuchowiska i ambienty pod swoim nazwiskiem albo jako Gazawat, ja bardziej lo-fi jako Centralia oraz bardziej taneczne pod różnymi aliasami. Więc to też nie jest tak, że grzebiemy się tylko w tej jednej formule. Wolę dużo bardziej – w generalnym sensie – beznadziejnie brzmiące demo, z którego jestem w stanie snuć przypuszczenia o tym co się działo z kimś, kto to nagrywał, niż wypolerowany album tracący całą surowość. Nie jara mnie zupełnie traktowanie muzyki jako stricte inżynieryjnego problemu, nawet najlepiej wymyślone rzeczy nie bilansują braku jakiegoś emocjonalnego komponentu. Z czasem nauczyliśmy się więcej o instrumentach, z których korzystamy, ale zawsze w pierwszej kolejności będzie chodziło o to, żeby to było o czymś.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
grudzień 2018
Kup teraz