Więcej...

Beluga Stone - Funk wróci zawsze

12.08.2019  | Piotr Lenartowicz
Beluga Stone - Funk wróci zawsze fot. Max Zieliński

Jakiś czas temu zarejestrowaliśmy próbę zespołu P. Unity – składu, który jako jeden z niewielu, z powodzeniem próbuje zaszczepić na polskiej ziemi muzykę funk. Nagrany materiał dostępny jest na naszym kanale w serwisie YouTube, natomiast ostatnio nieco więcej o funku opowiedzieli nam Maciej Sondij oraz Jędrzej Dudek, czyli założyciele P. Unity, którzy niedawno wystartowali z nowym projektem o nazwie Beluga Stone. Sprawdźcie poniżej zapis tego spotkania.

Funk nie jest konwencją, lecz życiem, sposobem percepcji muzyki, jest budowaniem kontrastu, jego burzeniem, rytmem i jego absolutnym brakiem. Funku nie można opisać, funk się czuje. Największym moim wyzwaniem jest znalezienie klucza do funku” – takie słowa znalazły się we wkładce do pierwszej płyty DJ Eproma. Zgadzacie się z ich wymową?

Jędrzej Dudek: Rzeczywiście tak chyba jest, że funk to taki nieuchwytny gatunek. Czasami nawet zastanawiam się, czy możemy mówić, że to w ogóle jest gatunek. Wiadomo, że James Brown to funk i generalnie, kiedy mamy do czynienia z funkiem, to o tym wiemy. Ale gdybym miał go scharakteryzować, to jest to dużo bardziej nieuchwytne niż np. w przypadku muzyki rockowej. Dla mnie zawsze funk był określeniem jakiegoś posmaku muzyki niż sztywnym gatunkowym określeniem. Myśl Eproma, że funk nie jest konwencją, a sposobem percepcji muzyki jest dla mnie bardzo trafiona.

Maciej Sondij: Funk ma soul, czyli coś, co ludzi wypełnia. Dla nas podstawą jest, że muzyka ma tę duszę i tak naprawdę nieważne są rozwiązania produkcyjne, kompozycyjne czy brzmieniowe a odczucia, które wywołuje. Jeśli posłuchasz naszej płyty Pulp nagranej jako P. Unity, to ona z klasycznym funkiem ma niewiele wspólnego. Funkowe sytuacje na tym albumie nawet nie dominują, a i tak uważam, że jest to funkowy krążek. To nie muzyka dyskotekowa, przy której jeździ się na wrotkach. Ma za to specyficzny ładunek emocjonalny, coś pomiędzy totalną beztroską a całkowitą „wczutką”. Myślę, że podobnie było u Jamesa Browna, bo mnie jego muzyka na maksa wzrusza. Może to być siedmiominutowy numer na jednym instrumentalnym loopie ale to, co się tam dzieje, jest jak widzenie Boga.

JD: Dopiero niedawno po raz pierwszy wzięliśmy na warsztat Jamesa Browna i z numeru, który trwa 9 minut, zagraliśmy pewnie niecałe 2, bo odkryliśmy sekret króla. Tylko najlepsi potrafią sprawić, że ten jeden loop nie będzie nudził przez tak długi czas. James Brown nie nudzi mnie absolutnie i chyba nie spotkałem się dotąd z takim zarzutem w stosunku do jego muzyki. Można pewnie powiedzieć, że jest powtarzalny, ale przecież za każdym razem ta powtarzalność zdaje egzamin. To jest chyba najlepszy dowód na to, że funkowa muzyka nie jest uchwytna w kategoriach teoretycznych. Każdy wykształcony muzyk potrafi rozpracować numer Jamesa Browna w kilkanaście sekund, ale grać funk potrafią nieliczni.

Trudno wskazać mi inną kapelę, która gra podobne rzeczy jak P. Unity. Jestem przekonany, że nieraz zastanawialiście się, dlaczego tak jest.

MS: Myślę, że wynika to z kultury muzycznej panującej w Polsce. Zawsze istniał nurt szeroko pojętego rocka, jazz na dobrym poziomie, funkcjonował dobry pop i zawsze obecny gatunek, który odpowiada za chęć poderwania się do tańca na weselach. Funk przewijał się gościnnie. Zaraz po tym, jak zaczął święcić triumfy w świecie zachodnim, zawitał również do Polski, jednak w moim odczuciu był to raczej chwilowy trend.

JD: Z drugiej strony, jak mówił Kuba Knap, funk wróci zawsze. Może nie ma zbyt wielu składów, które konsekwentnie przez lata tworzą w obrębie funkowej stylistyki, ale regularnie pojawiają się pojedyncze funkowe strzały – czy to single czy całe albumy. Funk w Polsce nie umiera, tylko co jakiś czas przysypia.

W projekcie Beluga Stone tego funku jest jednak wyraźnie mniej.

JD: Geneza tego projektu jest bardzo zwyczajna, bo zarówno ja jak i Maciek pisaliśmy swoje numery i one wchodziły do P. Unity albo nie. Kawałek Houshi to był taki pierwszy numer, który razem z Maćkiem bardzo chcieliśmy zrobić, ale w składzie w ogóle nie było na to „zajawy”. Wtedy też pojawił się pomysł, żeby stworzyć poboczny projekt, gdzie moglibyśmy wykorzystać ten numer. Jeśli chodzi o „zawartość funku” czy jakiegokolwiek innego gatunku, to nie była to kwestia decyzji czy programowego założenia. Taka muzyka najzwyczajniej z nas wypłynęła. Okazało się, że materiał, który zbieraliśmy poza P. Unity nie bez powodu nie wszedł do repertuaru tego zespołu. Po prostu nie ma sensu przepychać do dziesięcioosobowego składu numerów opartych na jednym samplowanym loopie czy numeru, który nie podoba się reszcie składu.

MS: Po prostu nie chcieliśmy, żeby cała masa naszej pracy się zmarnowała ze względu na rozbieżności w odbiorze. Bycie twórcą opiera się przede wszystkim na braku granic. Przez długi okres nie było głosów sprzeciwu, a raczej sugestie względem naszych decyzji muzycznych w P. Unity. Byliśmy osobami decyzyjnymi w zasadzie w każdej kwestii, bo tak się utarło. W pewnym momencie dołączył Miłosz, który jest klawiszowcem, i wtedy w zespole narodziła się sztuka kompromisu.

JD: To, co nie trafiło do repertuaru zespołu albo w ogóle nie było brane pod uwagę w tym kontekście, żyło sobie własnym życiem. Co ciekawe, pomysł, żeby wystartować z nowym projektem pojawił się na początku stycznia tego roku, a album Beluga Trigga And Master Stone's Spiritual Surfing trafił do sieci już pod koniec kwietnia. W przypadku P. Unity graliśmy pewnie z 10 lat, zanim wypuściliśmy nasz pierwszy album... W takim „bitowym” projekcie jak Beluga masz gotowe numery i wiadomo, co warto zachować, a co wymaga modyfikacji. W przypadku pracy z dużym zespołem więcej jest działania „w ciemno”. Poza tym ogromne znaczenie ma przełożenie utworów, które znasz z koncertów czy sali prób, na język nagraniowy. Drugim czynnikiem jest oczywiście miks, który też może całkowicie zmienić charakter tych kawałków. Kiedy pracowaliśmy nad Belugą to wszystkie rozwiązania brzmieniowe powstały od razu i tak naprawdę miks był pracą nad tym, aby brzmiało to dobrze całościowo. Nie było tutaj tak rozbudowanego elementu kreacji jak przy okazji P. Unity.

Jak wyglądał ten element kreacji?

JD: Za miks Pulp odpowiadał Maciej Envee Goliński i trzeba mu oddać, że naprawdę sporo tam wniósł. Było parę rozwiązań, które planowaliśmy zrealizować, a Envee nam je ostatecznie odradził. Poza tym dogrywałem wokale podczas dodatkowych sesji i to również miało duże znaczenie. Mieliśmy taką niezapomnianą sesje do utworu Klan, który wcześniej zarejestrowałem razem z Wojtkiem Perczyńskim. Ostatecznie postanowiliśmy, że przesadziliśmy z „brudem” i trzeba to zrobić jeszcze raz – to naprawdę radykalnie zmieniło wydźwięk tego numeru. Niby ten sam patent, czyli przesterowany wokal nagrywany przez paczkę gitarową i niby ta sama partia, ale taki czysto ludzki vibe w studiu oraz para innych uszu sprawiły, że całość brzmi zupełnie inaczej niż na początku.

Jak rozumiem, muzyka, którą tworzycie w ramach P. Unity, zasadniczo powstaje na żywych instrumentach. Czy to oznacza, że macie za sobą edukację muzyczną?

JD: Ani Maciek ani ja nie kończyliśmy nigdy żadnej szkoły muzycznej. Moje wykształcenie sprowadza się do lekcji wokalu u Tadeusza Konadora, na które chodzę już od paru ładnych lat i jest to taka bardzo praktyczna edukacja. Jeżeli chodzi o teorię muzyki, to moja wiedza pochodzi z własnego „rozkminiania”, a rozkminiłem naprawdę niewiele...

MS: Ja od dzieciństwa wiedziałem, że będę grał na gitarze. Pierwszą gitarę klasyczną dostałem w wieku kilku lat i wtedy był to oczywiście bardziej gadżet niż pełnoprawny instrument, ale później ta pasja cały czas za mną podążała. Jako dzieciak nie brałem lekcji gry na gitarze – siedziałem sam i analizowałem tabulatury z numerów, które mi się podobały, aż w pewnym momencie zacząłem czuć się pewnie z tym instrumentem. Mój ojciec grał kiedyś na basie, więc był to pierwszy elektryczny instrument do jakiego miałem dostęp. Schodziłem czasem do piwnicy razem z moim dziadkiem i odpalałem ogromny wzmacniacz. Szybko okazało się, że moi rodzice będą zmuszeni zainwestować w gitarę elektryczną. Zaraz po podstawówce poznaliśmy się z Jędrkiem co chwilę później doprowadziło do powstania składu, który ewoluował w P. Unity. W którymś momencie zacząłem produkować bity w Abletonie, bo wcześniej wszystko miało totalnie „żywy” wymiar i działo się na sali prób.

JD: Pamiętam czas, kiedy Maciek nagrywał coś na telefon, wysyłał wstępny szkic zagrany na gitarze, dużo opowiadał o koncepcji na resztę numeru i później spotykaliśmy się na sali prób, gdzie „katowaliśmy” go na żywo. Gdzieś po drodze pojawiły się takie możliwości techniczne, żeby zarysować cały numer od początku do końca w domu.

Maciek powiedział, że ten Ableton pojawił się dużo później. Ciekawe, że wcześniej nie zdecydowaliście się na korzystanie z komputera, który przecież jest w jakimś sensie prostszy niż „prawdziwe” instrumenty.

MS: Ableton od początku służył głównie do rejestrowania poszczególnych śladów. Kilka razy zdarzyło mi się zrobić bit oparty na samplu, ale z perspektywy tego, że mam głowę, ręce oraz własną wyobraźnię, to jest to takie kastrowanie samego siebie. Nie czuję satysfakcji, kiedy nie wykorzystuję pełni swoich możliwości. Kiedy trzymam instrument w rękach to pojawiają się kolejne pomysły, a każdy z nich jest ewidentnie mój. Nie mogę powiedzieć tego samego o wycinankach z sampli.

JD: Ja nie mam takich możliwości instrumentalnych jak Maciek, ale od zawsze jest we mnie potrzeba komunikowania się i wyrażania siebie poprzez muzykę. Wtedy nie zwracasz uwagi na to, czy jest to sampel, czy nagrane pętle wokalne. Jeśli masz możliwości tworzenia muzyki na różne sposoby, to szukasz jakiejś fuzji tego wszystkiego. Bardzo długo robiłem bity i śpiewałem w P. Unity, nie łącząc tych aktywności i nie wykorzystując swojego głosu we własnych produkcjach. Nagle miałem takie „kliknięcie” w głowie, po którym zacząłem traktować swoje numery jako podkład do wokali.

„Po doświadczeniach z dziesięcioosobowym projektem fakt, że mieścimy się do jednego samochodu osobowego, jest naprawdę wyzwalający”

Czy w przypadku tego projektu więcej było „efektowania” w samym Abletonie? Z jakich wtyczek brzmieniowych korzystacie najchętniej?

JD: Na pewno było go więcej. Łatwo jest wpaść w niekończący się wir „efektowania” kiedy siedzisz sam nad jednym loopem przez 5 godzin i nie czujesz ograniczeń wynikających z konieczności przełożenia tej muzyki na żywe instrumenty. Dla mnie nie ma znaczenia wtyczka, bardzo dużo brzmień na albumie to rzeczy wykręcone ze stockowych efektów Abletona. Niektóre charakterystyczne brzmieniowo partie gitary Maćka to po prostu instrument wpięty bezpośrednio w kartę, puszczony przez podstawowy abletonowy overdrive z jakimś drobnym bonusem. Sam w wielu numerach korzystałem z reverbu SoundToys Little Plate. Gdyby nie ten efekt, pewnie nie powstałby numer Loopermantra, który wyszedł z eksperymentowania z tą wtyczką i wokalem. Bardzo lubię też darmowy Saturation Knob, wypuszczony przez Softube.

Można zatem powiedzieć, że proces powstawania numerów, które znalazły się na krążku Beluga Stone jest w zasadzie taki sam jak w przypadku P. Unity? Oczywiście poza późniejszym ogrywaniem kompozycji na sali prób.

MS: Właściwie tak, z tym, że moje i Jędrzeja rzeczy ulegały dosłownie drobnym poprawkom. Od początku podobała nam się surowa formuła i to, że pewne aspekty są „niedopracowane”. Nie było większej potrzeby uruchamiania się „songwritersko” i kombinowania z aranżami, by stworzyć jakiś logiczny ciąg.

JD: Na pewno dużą różnicą jest brak myśli, że „to trzeba będzie jakoś zagrać”. Numery na album Belugi powstawały w poczuciu zupełnej dowolności – nie wiedzieliśmy nawet, że będzie jakiś projekt, w ramach którego będziemy te rzeczy wypuszczać. Dla mnie robienie bitów wypływało zawsze tylko i wyłącznie z chęci robienia muzyki. Czuję impuls, siadam do padów czy biorę mikrofon i looper, zaczynam nakładać dźwięki, ciąć sample. Nie zastanawiam się, czy ktoś to będzie musiał kiedyś zagrać na żywo. Nie ma we mnie myśli, że pewne zabiegi brzmieniowe są nie do odtworzenia w warunkach koncertowych. Wszystko co powstaje w danej chwili jest dobre, jeśli w tej chwili brzmi dobrze. Okazało się to sporym utrudnieniem, kiedy zaczęliśmy myśleć o koncertach z tym materiałem.

Jak z tego wybrnęliście?

MS: Mój zestaw sprzętowy nie różni się technicznie od tego, którego używam w P. Unity poza tym, że chętniej wybieram gitarę z singlami niż z humbuckerami. To daje odrobinę więcej „brudu” i mniejszą selektywność. Poza tym dobór efektów. W Beludze jest o wiele więcej delaya (EHX Memory Boy) i Vibrato/Chorusa (kopia Univibe’a).

JD: Po doświadczeniach z dziesięcioosobowym projektem fakt, że mieścimy się do jednego samochodu osobowego, jest naprawdę wyzwalający. Ode mnie koncerty wymagają na razie dużo większego skupienia niż w przypadku P. Unity, kiedy jestem odpowiedzialny tylko za wokal i kontakt z publicznością. Z Belugą korzystam z jednego toru wokalnego. Mikrofon leci przez Rolanda SP-404SX, którego traktuję tu bardziej jako multiefekt; odpalam z niego sample dosłownie w kilku numerach. Z Rolanda sygnał trafia do delaya Line 6 DL4. Większość sampli uruchamiam z Abletona i wypuszczam z niego metronom Rafałowi – naszemu perkusiście. Rafał poza zestawem korzysta jeszcze z Rolanda SPD One. Mikołaj gra na basie z Whammy, Mini Qtron i Sansamp Driver w pedalboardzie, oraz syntezatorze Virus TI z klawiaturą Akai Advance 61.

Jak te wszystkie doświadczenia z projektu Beluga Stone przełożą się na dalszą działalność P. Unity?

MS: To się okaże wtedy, kiedy będziemy mogli spojrzeć na to z perspektywy. Dalej mamy w sobie dużo pasji i wydaje mi się, że każdy etap automatycznie otwiera następny. Na pewno działania Belugi będą w jakiś sposób rezonowały. Myślę, że kolejnym krokiem będzie nowy materiał P. Unity, ale jest zbyt wiele elementów składowych, żeby można było to uznać za wiążącą deklarację. Jedno jest pewne – nie zwalniamy tempa.

JD: Możliwość realizowania swoich pomysłów w drugim projekcie daje Maćkowi i mi sporo luzu. Zawsze była w nas duża chęć grania psychodeliczno-transowych rzeczy, które nieco odstawały od większości materiału P. Unity. Jako że był to nasz jedyny projekt, próbowaliśmy przepychać takie granie, co nie zawsze spotykało się z entuzjazmem reszty składu. Beluga Stone to bardziej osobisty projekt – droga od człowieka tworzącego pod wpływem wewnętrznego impulsu do gotowego utworu jest dużo krótsza niż w przypadku P. Unity. Chcemy realizować się w pełni, więc mamy równie ambitne plany na działanie z P. Unity co z Beluga Stone. W wakacje na pewno trochę pogramy na żywo, powoli szykuje się też nowy materiał P. Unity, który najchętniej wypuścilibyśmy jeszcze w tym roku.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
lipiec 2019
Kup teraz