Więcej...

Palmer Eldritch - Żyjemy w zamkniętym ekosystemie

31.03.2020 
Palmer Eldritch - Żyjemy w zamkniętym ekosystemie fot. archiwum Nokta Festiwal

Rafał Samborski i Piotrek Markowicz, a więc duet Palmer Eldritch wydali w zeszłym roku dwie bardzo udane płyty. Postanowiliśmy więc spotkać się z autorami The Empire Never Ended i [dog], aby porozmawiać o tym w jaki sposób tworzą swoje kolejne produkcje. Chłopaki opowiedzieli nam jak wygląda ich setup studyjny, a także jakie narzędzia towarzyszą im podczas występów na żywo. Nie obyło się również bez dość gorzkiej refleksji na temat kondycji naszej sceny niezależnej.

Jak napisaliście w informacji prasowej Wasz ostatni album The Empire Never Ended inspirowany jest tajemniczymi wydarzeniami z życia Philipa K. Dicka z 1974 roku. Co takiego wydarzyło się wtedy w życiu autora m.in. Trzech stygmatów Palmera Eldritcha?

Rafał Samborski: Philip K. Dick w roku 1974 miał mistyczne doświadczenia, które polegały między innymi na tym, że jednocześnie przeżywał dwie rzeczywistości: współczesne Los Angeles, oraz Rzym z czasów prześladowań chrześcijan. Te przeżycia dość mocno zainspirowały jego powieść Valis, z którą zapoznał mnie Piotrek i którą bardzo polecam przeczytać, chociaż to chyba najtrudniejsza w odbiorze książka tego autora.

Piotrek Markowicz: Mówiąc od strony czysto technicznej, to była ciekawa koncepcja muzyki, która brzmiałaby jak transmisja ze starożytnej, sztucznej satelity. Chcieliśmy, żeby ten album z jednej strony brzmiał zupełnie obco, a z drugiej, żeby był wciągający i przystępny.

Często zastanawiam się na ile możliwe jest przekazanie takich bardzo konkretnych treści w muzyce elektronicznej. Być może o wartości danego materiału świadczy czy bez całego kontekstu intencje twórców są nadal czytelne.

RS: Nie wiem czy to pytanie powinno odnosić się wyłącznie do muzyki elektronicznej, co w ogóle do muzyki instrumentalnej. Niedawno post-rockowy zespół Besides wydał album inspirowany wydarzeniami z Auschwitz i do krążka dodali opisy wydarzeń oraz ludzi, którzy stanowili inspirację przy poszczególnych trackach. Bez tego kontekstu muzyka wiele traciła, bo kierunek nie zawsze był jasny. Więc wydaje mi się, że takie dopowiedzenie potrafi zdziałać cuda i fajnie nakierować słuchacza na to, jak w zasadzie odczytywać emocje, które miał na myśli twórca. Nie szedłbym w myślenie czy album, który ma z definicji mocno naznaczony kontekst, sprawdza się równie dobrze, a jego intencje są czytelne również w przypadku braku świadomości tego kontekstu. Nie jest to bowiem problem twórcy, ale problem słuchacza, który bez odpowiedniego przygotowania może odbierać sobie część doświadczenia.

PM: Myślę, że gdy płyta jest jakimś kamieniem milowym w historii muzyki elektronicznej, to ten koncept i tak jest potem dopowiadany. Tak jak w Pitchforku podsumowano Untrue Buriala, jako tren dla odchodzącego rave’u. Przychodzi mi też do głowy Floral Shoppe, które często sprowadzano do krytyki kapitalizmu. To jest zawsze ten sam problem - na ile zostawić miejsca odbiorcy, by mógł dzieło odebrać osobiście, a na ile podać koncept. Akurat ten materiał chyba nie miałby prawa zaistnieć poza swoim konceptem. Z drugiej strony pomysłem na nasz poprzedni album [dog] było właśnie wycofanie się. Sam nie wiem, która droga jest lepsza.

Takie koncepty mogą być na pewno świetnymi „punktami zapalnymi” do pobudzenia kreatywności i punktem wyjścia do tworzenia nowych kompozycji. Kiedy taki pomysł już się pojawi to od czego rozpoczynacie konstrukcje kawałka? 

RS: Mieszkamy trochę drogi od siebie, więc zwykle jest tak, że ktoś zaczyna projekt, przesyła to, a druga osoba się do tego dogrywa. Nie ma w tym większej filozofii. Zdarzyło się kilka razy, że zrobiliśmy coś, siedząc razem w jednym pomieszczeniu, ale to były naprawdę nieliczne momenty. Jeżeli mówimy o jam session, to zazwyczaj udaje nam się ukręcić nowe rzeczy podczas improwizacji w trakcie prób przed koncertami, ale nie zdarzyło się chyba, aby stanowiło to punkt wyjścia do nowych numerów. Raczej właśnie do tego, w którą stronę zmierzać podczas występu na żywo.

PM: Tak, od lat współpracujemy ze sobą zdalnie. Zazwyczaj odbijamy między sobą kilka razy projekt, dogrywając i usuwając kolejne rzeczy, aż obydwaj jesteśmy zadowoleni.

RS: Jeżeli chodzi o to, w jakiej formie wysyłane są te pierwotne projekty, to wygląda to naprawdę różnie. Czasami jest to niemal skończony utwór, do którego druga osoba dogrywa po prostu jakieś rzeczy, lekko przearanżowuje, często to zaledwie szkic, który jest sukcesywnie budowany, a czasami początkowa wersja numeru niewiele ma wspólnego z tym, co wychodzi na końcu. The Rose, The Phoenix, The Crowded King z Natural Disaster zaczynało jako mój w pełni solowy ambientowy numer, który trwał 4 minuty i inspirowany był moimi problemami ze zdrowiem psychicznym. Nie myślałem o nim w kontekście kawałka na płytę Palmer Eldritch. Wysłałem Piotrkowi wave’a, on stwierdził, że się jara, chciałby z tego numeru powyciągać dodatkowe rzeczy i ostatecznie z oryginału niezmieniona pozostała tylko pierwsza minuta. 

PM: Zazwyczaj opisywaliśmy, co kto robił na danej płycie. Generalnie odpowiadam za „żywe” instrumenty, czyli bas i gitarę, za syntezatory, za sample, za miks i master. Jeżeli trzeba kogoś dograć, to też zazwyczaj robię to ja.

(fot. Drzwi Zwane Koniem)

Kiedy pojawia się pewność, że dany utwór jest skończony?

RS: Trudno określić. Często po prostu czujesz, że nie jesteś w stanie nic dodać do numeru, by nie działać na jego szkodę. Czasami jest natomiast tak, że numer potrafimy uznać za skończony, a dopiero przy zamykaniu krążka dochodzimy do wniosku, iż pasowałoby jeszcze coś wrzucić lub – wręcz przeciwnie – usunąć.

PM: Nie ma reguły. Są rzeczy, które wyszły w tydzień, są takie, do których wracaliśmy po miesiącach. Nie cierpię na chorobę wiecznego szlifowania kawałków, zazwyczaj po prostu od razu jestem zadowolony, albo niezadowolony z danego projektu. I zazwyczaj wiem, co trzeba poprawić, gdy wracam do niego po kilku dniach.

Sami zajmujecie się postprodukcją Waszych nagrań?

RS: Jesteśmy biedakami i nie stać nas na ludzi z zewnątrz.

PM: Poza tym, jednak lubię mieć kontrolę nad projektem od startu do samego końca. O ile oddanie materiału do masteru komuś doświadczonemu raczej mnie nie boli, to nie zrobiłbym tego z miksem. Wydaje mi się, że tworząc, mam (mamy?) dość określone brzmienie w głowie, które – z własnego doświadczenia – gubione jest przez kogoś, kto robi miksy.

RS: Było już kilku takich, z którymi mieliśmy okazję współpracować i czasami propozycjami miksu zatracali sens tego, jak miał działać numer. Poza tym zwyczajnie lubimy koncepcję DIY.

A na jakich odsłuchach pracujecie?

PM: Jeśli chodzi o odsłuchy, to korzystam z Focal Alpha 65 i Sennheiserów HD600. Focale są bardzo dobre, ale według mnie trochę im brakuje w środkowym paśmie. Są poprawne. Natomiast górę mają niezwykle czytelną. Oczywiście nie mają też subbasu i kilka numerów dokumentnie jest położonych pod tym względem, ale nie będę mówił które. Przeraża mnie myślenie, na ile te odsłuchy kształtują moje nagrania. Focali uczyłem się przez rok i rzeczy, które wyszły w tamtym czasie, przyprawiają mnie o rumieńce wstydu. Teraz potrafię z nimi pracować, ale nie zdecydowałbym się na kolejną zmianę odsłuchów. Raczej po prostu dokupiłbym kolejne, jeśli poczułbym, że bardzo potrzebuję nieco innej perspektywy. Sennheiserów używam głównie jako monitorów w trakcie nagrań z mikrofonami. Wiadomo, to jest sprzęt konsumencki, więc po prostu grają ładnie i są w miarę czytelne. Dość fajnie też wychodzą na nich wstępne mixy, ale końcowe, wiadomo - na monitorach. Czasem też używam Sennheiserów, by dopracować detale, ale ostatnio raczej biorę to, co jest w brzmieniu, zamiast wprowadzać daleko idące zmiany. Myślę, że tak jest zdrowiej. Jeśli chodzi o ilość ścieżek, to wiadomo, że zawsze jest ich za dużo. Natomiast bardzo cenię swobodę i siłę przerobową, jaką daje DAW. Wiem, że ostatnio modne jest „less is more” i korzystanie z zamkniętych środowisk twórczych, w stylu MPC czy Octatrack. Ale znając z siebie, z marszu trafiłbym na jakąś rzecz, której mi brakuje i byłbym bardzo nieszczęśliwy. Natomiast w kwestii live-actów bez gitar, prędzej czy później chciałbym grać z tego typu pudełek.

RS: To jest ten moment, w którym chowam się pod stół. Nie mam w swoim aktualnym mieszkaniu warunków na monitory studyjne z uwagi na brak miejsca, więc pracuję głównie na słuchawkach, którymi są Beyerdynamic DT 770 PRO podpięte do Focusrite’a Scarlett 6i6. To absolutnie wspaniałe słuchawki zamknięte, ale mam świadomość pewnych zakłamań, do jakich dochodzi podczas pracy studyjnej na nich, dlatego marzą mi się jeszcze słuchawki otwarte bądź przynajmniej półotwarte. Nie pogardziłbym DT880 oraz DT990. Mam nadzieję, że dojdzie do zakupów w bliższej przyszłości. Co do monitorów studyjnych, w planach mam zmianę mieszkania na dużo większe, do czego raz niemal doszło i – niestety – z powodów niezależnych wszystko padło na ostatniej prostej. Mówię o tym dlatego, że wówczas postanowiłem trochę podłubać i upatrzyłem sobie na przyszłość KRK Rokit 5 G4. Proszę trzymać kciuki, by kiedyś mi się to udało.

Ostatnio spotkaliśmy się przy okazji premiery płyty Natural Disaster, czyli już prawie trzy lata temu. To kawał czasu, potrafilibyście wskazać co zmieniło się u Was w kwestii produkcji muzyki?

RS: U mnie sprzętowo doszło niewiele. Chyba tylko malutki 8-bitowy keyboard Yamaha Portasound PSS-80, który kupiłem za 80 zł na jednej z fejsbukowych grup. Facet, od którego kupiłem ten sprzęt, dokonał jeszcze modyfikacji, dzięki której do instrumentu można podpiąć jacka 6.3 mm. Przez to jestem w stanie podłączyć sprzęt bezpośrednio do wejścia mikrofonowego w interfejsie. To może niewiele, ale zawsze ten sprzęt powoduje uśmiech na twarzach osób, które mają z nim do czynienia. Ostatnio bardzo mocno poszedłem również w biblioteki Kontakt od Native Instruments, dzięki czemu podczas prac nad czymś solowym nie muszę w końcu prosić Piotrka o dogranie basu, aby brzmiało to porządnie. To oczywiście zasługa biblioteki Scarbee Rickenbacker Bass – polecam każdemu. I trzeba przyznać, że przy The Empire Never Ended mój procent udziału w grze na syntezatorze znacząco się zwiększył w porównaniu do poprzednich naszych pozycji. Może dlatego, że wbrew swojemu podejściu w końcu przeczytałem instrukcję do Korga Monologue’a i odkryłem z ilu możliwości nie korzystałem wcześniej. Zresztą to prosty syntezator, brzmieniowo wydaje się dość surowy, ale po dorzuceniu kilku efektów w DAW-ie można wykręcić na nim naprawdę porządne rzeczy. 

PM: Trochę doszło nowych rzeczy. Przede wszystkim zainwestowałem w pianino cyfrowe i padło na Korga D1. Jak na tę klasę cenową jest przyzwoity. Korg w swojej szczodrości wrzucił tam 30 brzmień, do grania nadają się może 4. Do tego jak to u Korga, z dynamiką jest dość średnio, wszystko brzmi jakby było wstępnie już skompresowane, no ale… Jak na moje potrzeby jest wystarczająco dobrze. Zmieniłem gitarę na Fendera Jazzmastera. Inny wzmacniacz, czyli Epiphone Valve Jr. Kupiłem go za 2 stówki i muszę powiedzieć, że od dawna żaden okołogitarowy grat nie dał mi tyle radości i nie okazał się tak użyteczny. Zestawienie Jazzmastera ze wzmacniaczem klasy A, wzorowanym na konstrukcjach z lat 50, a takim jest Valve Jr, to jest samo złoto. Nigdy nie byłem fanem fenderowskiej szklanki, ale wszystko nabiera sensu, gdy puści się sygnał przez mały, pięcio-watowy wzmacniacz z ośmio-calowym głośnikiem. Dźwięk robi się ciepły, nasycony, gra środkiem i jest bardzo czytelny. Chyba mój ulubiony clean, na jakim grałem. Ten sam wzmak zresztą świetnie sprawdza się jako źródło do gitary basowej. Jako preamp używam scenicznego klasyka, czyli SansAmp Bass Driver. Strasznie długo nie mogłem sobie dać z nim rady, w ogóle nie robił tego, co chciałem. Natomiast teraz chyba w końcu znalazłem sposób i wygląda on tak: bas wchodzi w SansAmp, stamtąd po linii do interface’u. Natomiast drugi output ze SansAmpa idzie właśnie na Valve Jr i stamtąd zbieram go mikrofonem. Puryści może zadrżą, że kto to widział wpinać bas w ośmio-calowy wzmacniacz gitarowy. Ale chodzi o to, by zrobić dźwiękową kanapkę, gdzie za dół odpowiada „suchy” sygnał z line-in, natomiast za smaczny, nasycony, lampowy środek i okrągłą górę - Valve Jr. Do tego trochę nowych efektów, przede wszystkim EHX Hot Wax do modyfikowania sygnału, który też zresztą daje radę z basem. Jak każdy bedroom producer mam wishlistę… Chciałbym jeszcze gitarę z pudłem, może jakiegoś Gretscha Streamlinera? I bas, również z pudłem, myślałem o Hofnerze. Do tego zewnętrzny kompresor (myślałem o SPL Kultube, ale to było kilka lat temu i nawet nie wiem, czy je produkują), zewnętrzny equalizer i interface, który wszedłby do racka. Może Focusrite Scarlett 18i20? Tak czy inaczej - po raz pierwszy od dawna widzę jej koniec. Zbieractwo nie jest moją obsesją, na szczęście, raczej po prostu lubię mieć narzędzia, które pokryją moje potrzeby i zainteresowania. A w temacie samej produkcji: mam wrażenie, że ochłonęliśmy i jesteśmy bardziej minimalistyczni i stonowani. Dla mnie spoko.

Od tamtego momentu wydaliście, jeśli się nie mylę, kolejne trzy albumy i wydaje mi się, że każdy jest inny. Być może [dog] jest w jakimś sensie podobne do Natural Distaster, ale zasadniczo widać więcej różnic niż punktów wspólnych. Zgodzicie się z tym?

PM: Ponoć mamy własne brzmienie. Mi samemu ciężko to ocenić, ale mówili to ludzie, którzy nie patyczkowaliby się z krytyką. Z drugiej strony nigdy nie jestem zadowolony do końca z tego, co wypuszczamy. Bardzo nie chciałbym robić ciągle tych samych sztuczek. Dlatego nie było i nie będzie w najbliższym czasie niczego, co mogłoby być np. Natural Disaster 2. Dla mnie Sidereal raczej było inspirowane psychodelią z lat 60. i 90., krautami i tego typu rzeczami. To zresztą kolejny przykład na to, że można się starać, ale wyjdzie po swojemu. [dog] miał być tą chłodną, senną, „duchologiczną” elektroniką w stylu Boards Of Canada, ale ostatecznie faktycznie wyszło jak Natural Disaster. Jeśli chodzi o różnicę w brzmieniu, to nieco podkręciliśmy BPM i skierowaliśmy się w stronę bardziej klubowej rytmiki. Obcięliśmy gitarę i bas, a użyliśmy znacznie więcej syntezatorów i sampli. The Empire Never Ended jest chyba najdalszym krokiem w tę stronę.

RS: Czasami mam wrażenie, że dopiero Natural Disaster było naszym pierwszym albumem z prawdziwego zdarzenia, ale może to wynika z poczucia, ile nowych dróg otworzyła nam tamta pozycja. Wraz z nią zrobiło się o nas trochę głośniej, do tego zaczęliśmy grać live-acty, więc dała nam naprawdę wiele. Ciekawe jest to, co mówicie o Natural Disaster i [dog], bo dla mnie akurat Natural Disaster i Sidereal stanowią taką duologię osadzoną wokół podobnego, organiczno-etnicznego brzmienia. [dog] i The Empire Never Ended natomiast stawiały na wyższe tempo i większy udział syntezatorów. W każdym razie jestem w stanie znaleźć pewne punkty wspólne przy wszystkich tych krążkach i łatwo wskazać, że część pomysłów zaznaczonych przy jednej płycie rozwijają się znacząco przy kolejnej. Ot, chociażby Nightglass na [dog] zapowiadało klubowe „zajawki” na The Empire Never Ended, a Stop Being Myself/Stop Being Yourself z Sidereal równie dobrze mogło się znaleźć na [dog].

W takim razie, które motywy z Waszego ostatniego albumu rozwiniecie na kolejnym wydawnictwie?

RS: A tutaj Cię zaskoczymy, bo w tej chwili raczej od siebie odpoczywamy. Mamy plan zrobić coś większego, ale wymaga to od nas wielu przygotowań, wgłębienia się bardziej w teorię muzyki, pozbierania ludzi, więc… ten rok będzie pierwszym od rozpoczęcia naszej działalności, w którym nic nie wypuścimy. Chcielibyśmy, aby ten kolejny materiał był dopieszczony, bardziej kompozytorski niż producencki i zdecydowanie chcielibyśmy zwiększyć udział instrumentalistów. Zobaczymy, czy się uda. Chociaż nie mówię „nie” względem wypuszczenia czegoś w tym roku, bo zawsze coś może wyskoczyć. Przy zamykaniu [dog] w końcu nie mieliśmy jeszcze pojęcia o tym, że stworzymy The Empire Never Ended. W każdym razie w minionym roku narzuciliśmy sobie wysokie tempo, dużo się działo i chyba poczuliśmy naturalną potrzebę przerwy od wspólnych działań studyjnych. Przy czym koncerty razem dalej gra się miło, bo z Piotrkiem na tym polu po prostu świetnie się współpracuje – zazwyczaj schodzę ze sceny z poczuciem spełnienia oraz radości z tego, jak fajnie potrafimy się odczytać na scenie.

Zaraz przejdziemy do Waszego grania na żywo, ale chciałem jeszcze dopytać czy przerwa w działalności Palmer Eldritch oznacza, że skoncentrujecie się teraz na jakichś innych projektach?

RS: Aktualnie robię nieśmiało swoje rzeczy solowe, ale nie wiem, w którą stronę to pójdzie. Zacząłem robić projekt nazwany roboczo Emo noise, inspirowany twórczością Williama Basinskiego, Martina Stiga Andersena oraz Yellow Swans. Mam póki co cztery utwory i zastanawiam się jeszcze, w którą stronę pójść. Ponadto chętnie spróbowałbym czegoś bardziej konwencjonalnego, ale brak mi jeszcze wyklarowanego pomysłu. Na pewno w kwestii tego konwencjonalnego projektu nie szedłbym w stronę ścieżek dźwiękowych, które stworzyłem do gier łódzkiego studia Afterburn, czyli Golf Peaks, oraz inbento. Założenia tych utworów od początku były takie, że dźwięki powinny być relaksujące, optymistyczne, uporządkowane i niezbyt narzucające się graczowi. Tymczasem moim wnętrzem rządzi przede wszystkim chaos, destrukcja, niepokój i depresja (śmiech). Co nie zmienia faktu, że w połączeniu z dźwiękami, które dla tych gier sprezentował Piotrek, wypada to zaskakująco przyjemnie i lubię wracać zarówno do obu tych pozycji, jak i do samych kawałków, które stworzyłem na ich potrzeby. Nie obraziłbym się zresztą na więcej takich zleceń, bo to dobra odskocznia od tego, co tworzę na co dzień.

PM: A ja sobie układam piosenki, chyba można nawet powiedzieć - piszę. Na razie wszystko jest na dość wczesnym etapie, nie mam nawet do końca pomysłu na brzmienie i klimat. I nie jestem przekonany, czy to jest specjalnie dobre. Także kto wie, może cały projekt trafi do kosza.

(fot. Drzwi Zwane Koniem)

Wywołaliście temat grania na żywo, więc powiedzcie czy podczas pracy w studiu myślicie już o tym w jaki sposób dany utwór będzie odgrywany na scenie?

RS: Raczej nie, bo jeżeli chcemy już coś zagrać na żywo, to na potrzeby live-actów przerabiamy to w taki sposób, aby było to wykonalne. Nasz setup podczas występów jest bardzo rozbudowany i pasowałoby to kiedyś zredukować, wszak dla organizatorów zrobienie miejsca dla nas to zwykle gehenna. Ja mam u siebie dwa kontrolery MIDI: podróbkę Launchpada od Behringera oraz Novation LaunchControl XL, do tego Korga Monologue’a, oraz ten 8-bitowy keyboardzik Yamahy, o którym wspominałem wcześniej. Serce mojej części setupu stanowi natomiast Focusrite Scarlett 6i6 drugiej generacji.

PM: Nie, w ogóle nie. Gdy gramy na żywo, to te kawałki są raczej punktami wyjścia do mniej lub bardziej udanych improwizacji. Setup jest ciągle ten sam: Macbook, Ableton, Focusrite Scarlett 18i8, Launchcontrol XL, Behringher FCB2020 (kontroler nożny), Bass Station 2, Access Virus B, gitara elektryczna, basowa, mixer, oraz wór kabli. Mówiąc szczerze, dojrzewa we mnie myśl, by cały ten setup poważnie okroić i zmienić sposób na live’y. No, ale do tego trzeba czasu i pieniędzy, a z tym zawsze krótko.

Obaj jesteście uważnymi obserwatorami tego co dzieje się na scenie muzyki niezależnej, więc chciałem Was zapytać jak znajdujecie jej obecną kondycje. Jeszcze trzy lata temu, kiedy rozmawialiśmy wszyscy mówili o tym w jak dobrym momencie jest cała scena, a teraz już próżno szukać takich głosów.

RS: Mam wrażenie, że w pewnym momencie niezal trzymał się absolutnie wspaniale. Już samo rozkręcenie Oficyny Trzech Szóstek przez Krzysztofa Kwiatkowskiego i względne utrzymywanie wysokiego zainteresowania wokół wydawanych tam produkcji to było spore wydarzenie. Niestety, z uwagi na brak czasu oraz energii Krzysiek musiał zamknąć interes. Powstają kolejne inicjatywy, ale mam wrażenie, że największy boom mamy w tej chwili za sobą, przynajmniej na jakiś czas. A szkoda, bo dalej w obiegu niezależnym siedzą twórcy, których warto obserwować, jak chociażby Zaumne czy julek płoski.

PM: Rzeczywiście, zamknięcie Trzech Szóstek wywołało pewną pustkę. Jest ciągle kupa młodych, zdolnych ludzi, którzy robią strasznie ciekawe rzeczy. W tym roku chociażby Janusz Jurga, Bałtyk, czekam też na płytę SKY. Problemem jest, wydaje mi się, to, że żyjemy w zamkniętym ekosystemie. Czytamy i piszemy te same fanpejdże, jeździmy do tych samych, wielkich miast i klubów na koncerty, słuchamy tych samych płyt. Ale nigdy tak właściwie nie udało nam się przebić do szerszej publiczności. Tak naprawdę brakuje nam promotorów i managementu z prawdziwego zdarzenia. I mówiąc szczerze, myślę, że go nie doczekamy. Ktoś po prostu musiałby wsadzić pieniądze w promocję tej sceny bez żadnej pewności, że będzie z tego jakikolwiek zwrot.