Więcej...

NOON - Jeśli powstanie nowy pogłos, to mnie nawet nie budźcie

01.01.2015 
NOON - Jeśli powstanie nowy pogłos, to mnie nawet nie budźcie fot. archiwum artysty

Mikołaj „NOON” Bugajak to producent, którego fanom polskiego hip-hopu nie trzeba przedstawiać. Albumy "Światła miasta" Grammatika, "Muzyka klasyczna" oraz "Muzyka poważna" nagrane wspólnie z Pezetem stanowią absolutne klasyki tego gatunku. Jednak swoimi solowymi produkcjami NOON niejednokrotnie udowodnił, że hip-hop jest zbyt wąskim określeniem dla jego muzyki. "Bleak output", "Gry studyjne" a także ostatnia "Dziwne dźwięki i niepojęte czyny" to płyty, którym ciężko przydzielić etykietę konkretnego gatunku. O Mikołaju Bugajaku znów zrobiło się głośno pod koniec 2014 roku, przy okazji premiery albumu HV/NOON, nagranego wspólnie z Piotrem Kalińskim (Hatti Vatti).

Spotykamy się przy okazji premiery płyty "HV/NOON", którą nagrałeś wspólnie z Piotrem Kalińskim, znanym szerzej jako Hatti Vatti. Informacja o powstawaniu tego albumu wywołała duże poruszenie wśród Twoich fanów. Czym materiał, który zarejestrowaliście przypomina twoje dotychczasowe produkcje?

NOON: Szczerze mówiąc, nie przetrawiłem jeszcze tego albumu. Chociaż słucham go w zasadzie ciągle, to wciąż do końca nie wiem, z czym mam do czynienia. Na pewno nie brzmi to jak rzeczy, które robiłem do tej pory, nie jest to też muzyka typowa dla Hatti Vatti. Siedziałem nad tą płytą rok, znam ją od podszewki, a i tak nie umiem powiedzieć, jaka jest. Na pewno dla ludzi, którzy spodziewają się stylistyki hip-hopowej, może być dużym zaskoczeniem.

Takie oczekiwania wzmocniła zapewne informacja o zaproszonych na płytę raperach, takich jak chociażby Eldo i Jotuze, z którymi tworzyłeś legendarną formację Gramatik.

Rzeczywiście zaprosiliśmy również raperów, ale traktowaliśmy ich przede wszystkim jako wokalistów. Olbrzymi nacisk kładliśmy na to, jaki mają głos, na to, jaka w tym wokalu jest melodia i barwa. Jest to sito, przez które dla mnie przechodzi w Polsce najwyżej 10 osób. Wydaje mi się, że na płycie połączyliśmy rzeczy, których ja wcześniej razem nie słyszałem.

Podobnie było, kiedy wychodziła twoja druga solowa płyta "Gry studyjne". Słuchacze otrzymali materiał zupełnie inny od tego, jakiego oczekiwali.

Ludzie często mówili mi, że nie rozumieli podziałów rytmicznych, które znalazły się na tamtej płycie. Pamiętam, że byłem wtedy bardzo wkręcony w sample, ale jeżeli chodzi o samą rytmikę utworów, to fascynowała mnie ta z rejonu np. 2-stepu, czyli wszystko musiało być trochę połamane. Jednocześnie "Gry studyjne" nie były albumem hip-hopowym ani 2-stepowym. Z płytą "HV/NOON" jest podobnie, choć może nawet bardziej ciekawie, bo ja zdecydowanie wolę proste rytmy – rzadko wychodzę poza 3 elementy perkusyjne, natomiast Piotrek zawsze ma przynajmniej 10 warstw. Kiedy zaczęliśmy je nakładać, to okazało się, że rzeczywiście powstało coś, czego dotąd nie słyszałem.

Jak doszło do współpracy z Hatti Vatti?

Piotrek spytał mnie kiedyś, czy wyobrażam sobie współpracę z innym producentem i ja wtedy odpowiedziałem, że absolutnie nie. Miałem już zresztą takie doświadczenie: razem z moim dobrym kumplem producentem robiliśmy wspólny numer, ale kiedy zobaczyłem, jak wolno pracuje na MPC, zacząłem na niego krzyczeć [śmiech]. Wtedy wydawało mi się, że taka wspólna praca zdecydowanie nie jest dla mnie. Jednak Piotrek dość szybko stworzył kilkanaście zarysów elektronicznych utworów. Pomysł był taki, żebym nad nimi posiedział, ubrudził je i poniszczył. Tak to się zaczęło.

Materiały, które przysyłał Hatti Vatti, były stricte cyfrowe, w całości stworzony na wtyczkach?

Dokładnie tak. Piotrek jest producentem, który ma laptopa, interfejs i sterownik MIDI. Zdecydowanie to producent XXI wieku.

Z rozmowy z nim zapamiętaliśmy, że jest ogromnym fanem PSP Vintage Warmer.

Tak, dlatego miał zakaz jego używania [śmiech]. To znaczy, nie wiem dokładnie, co Piotrek generował na wstępnym etapie produkcyjnym, ale kiedy ścieżki trafiały do mnie, nie było mowy o tego typu wtyczkach.

Hatti Vatti o projekcie HV/NOON

Przy płycie korzystałem głównie z przeróżnych, cyfrowych brzmień, składanych w Ableton Live 9. W kilku miejscach użyłem samplingu winylowego, field-recordingu, który nagrałem w Gdańsku na Zoom H4. Pewnym utrudnieniem była praca na dwóch różnych DAW, aczkolwiek spłaszczanie projektu do plików WAV ma też swoje uroki, gdyż nie ma już odwrotu i to, co jest nagrane, zostaje. Mikołaj wykonał świetną robotę realizatorską – płyta brzmi rewelacyjnie, ma porządny master, a brzmienia cyfrowe nie są zero-jedynkowe. Bardzo nie chciałem, aby ten album brzmiał banalnie, jak z tutoriali. Nigdy nie robiłem podkładów dla tego typu wokalistów, więc było to coś zupełnie nowego, zarówno w warstwie rytmicznej, jak i brzmieniowej. Praca była bardzo ciekawa, aczkolwiek ciężka i trwała długo. Złożyło się na to kilka rzeczy: mieszkanie w dwóch różnych regionach Polski (Mikołaj – Warszawa, ja – Sopot), zupełnie inne podejście do produkcji w sensie technicznym, zrealizowanie siedmiu gości (także z różnych zakątków kraju). Na pewno po tej płycie mam pragnienie nagrywania więcej na urządzeniach analogowych. To uczucie jeszcze wzrosło po wizycie w studiu Radia Gdańsk, gdzie właśnie rejestrowałem nowy materiał. Po kilku godzinach dosłownie zakochałem się w możliwościach tego miejsca i nie mogłem oderwać się od stołu realizatorskiego.

Znaliście się z Piotrkiem zanim zaczęliście współpracę?

Poznaliśmy się dwa lata temu. Chwilę później wysłał mi swoje dwa niewydane albumy. Jednym z nich była "Algebra", która ostatecznie ukazała się nakładem mojej wytwórni Nowe Nagrania, a drugi to materiał, nad którym Piotrek wciąż pracuje, czyli wspólny projekt ze Stefanem Wesołowskim. Jego muzyka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Co cię w niej zaskoczyło i dlaczego zdecydowałeś się ją wydać?

Pierwszy numer z Algebry stworzony jest z tła zbudowanego na odgłosach arabskiego miasta, a później pojawia się surowy elektroniczny klik i stopa. Wydało mi się to niesamowite, że taki ascetyczny numer działa tak dobrze. Zanim dosłuchałem to nagranie do końca już wiedziałem, że muszę to wydać. Jeszcze tego samego wieczoru napisałem do Piotrka e-maila z propozycją współpracy. Ta intensywność i jakość artystyczna była dla mnie od razu czytelna. Kiedy dostaję od różnych ludzi dema, to szczerze mówiąc, umiem je ocenić po pierwszych kilkunastu sekundach odsłuchu.

Dostajesz dużą ilość takiego materiału?

Myślę, że rocznie około 300.

Przyznaj szczerze: rzeczywiście słuchasz tych produkcji?

Zawsze. Tak jak mówię, nie zajmuje to wcale dużo czasu, bardzo szybko można się zorientować, czy dany numer jest wartościowy, czy nie. Kiedy ktoś prosi mnie o opinię, bo i takie sytuacje się zdarzają, wtedy przesłuchuję materiał bardziej wnikliwie. Prawda jest taka, że jeżeli pierwsze 10 sekund utworu mnie nudzi, to jest bardzo mała szansa, że to się zmieni. Natomiast nie lubię sytuacji, kiedy dostaję link do Soundclouda albo innego serwisu z muzyką. Wolę mieć plik, który mogę otworzyć w edytorze i zobaczyć również parametry nagrania.

Po tej rozmowie zapewne wzrośnie ilość przesyłanego do ciebie materiału...

Tu muszę niestety zmartwić nadsyłających dema. Jeszcze nigdy nie znalazłem kogoś w ten sposób. Za każdym razem muzyka, którą później wydawałem w Nowych Nagraniach, trafiała do mnie inną, okrężną drogą.

W wielu wywiadach, przy okazji premiery płyty "HV/NOON:, pojawia się pytanie o proporcje autorstwa, czyli na ile jest to twoja muzyka, a na ile Hatti’ego. Wcześniej już nieco o tym wspomniałeś, ale chcielibyśmy jeszcze pociągnąć ten temat.

To rzeczywiście ciekawa kwestia, bo przy takiej współpracy bardzo ciężko ocenić indywidualny wkład. Jeżeli mówimy o takiej ciągłej pracy nad płytą, to obaj siedzieliśmy przy niej bity rok. Ja odpowiadałem dodatkowo za miks oraz mastering i wiadomo, że akurat przy tym siedziałem już sam. Natomiast muzycznie, jeżeli chodzi o ślady, to powiedziałbym, że jest to 60% na korzyść Piotrka. Wynika to również z tego, że generuje on bardzo dużą ilość śladów. Kiedyś, po latach otworzyłem jeden Cubase’owy projekt z płyty Pezet/Noon i zobaczyłem tam tylko cztery ślady [śmiech]. Mój złoty podział to 8 ścieżek, tyle wystarczy mi, aby w pełni wypowiedzieć się muzycznie. Piotrek lubi bardziej barokowy, cyfrowy styl i z tego słynie. Wydaje mi się, że praca na komputerze skłania do takiego podejścia: można mieć dostęp do miliona próbek i rozwiązań. Dla mnie taki nadmiar możliwości paradoksalnie jest blokujący. Dlatego w zasadzie nie korzystam z komputera.

Mój złoty podział to 8 ścieżek, tyle wystarczy mi, aby w pełni wypowiedzieć się muzycznie.


Z jakiego narzędzia korzystałeś najczęściej w pracy przy tym projekcie?

Generalnie korzystam wyłącznie z analogów. Najczęściej jest to Roland SH-09, czyli moim zdaniem wzorcowy syntezator. Jest najprostszy, jak tylko się da: ma jeden oscylator, suboscylator, obwiednie, filtr i w zasadzie tyle. To rasowy instrument.

Ale wpuszczasz go jeszcze w preamp?

Bardzo różnie. Czasem robię to brzmienie na początku, a czasem na końcu. Kiedy pracuję szybko, to wpinam go w linię. Oprócz Rolanda w jednym utworze użyłem również Moog Minitaur. Mam jeszcze Korgi Volca, Keys i Bass, które bardzo lubię. Nie załapałem się na ich „wstęgowe” pierwowzory, które szczerze mówiąc nie podobały mi się ani brzmieniowo, ani jeżeli chodzi o obsługę. Generalnie uwielbiam małe urządzenia... Po prostu jestem bardzo leniwy podczas pracy [śmiech]. Lubię mieć wszystko przy biurku, więc dobieram instrumenty pod kątem tego, aby się na nim zmieściły. Po prawej stronie mam rack, przed sobą odsłuchy, monitor i można powiedzieć, że jest to cały mój świat. Gdybym miał jakiś ogromny syntezator, to po prostu nie miałbym go gdzie postawić.

Używałeś też perkusyjnych Korgów Volca?

Nie, zwłaszcza, że są one już dosyć ograniczone brzmieniowo. Poza tym nie korzystam za dużo z automatu perkusyjnego.

W singlu "Wilk" z gościnnym udziałem Eldo słychać twoją charakterystyczną surową stopę i werbel.

Rzeczywiście, akurat w tym singlu da się to usłyszeć, ale już na przykład utwór "Europa Centralna", gdzie wokalnie udziela się Hades, jest numerem bardzo gęstym brzmieniowo i nie chciałem tam dawać typowych hip-hopowych bębnów. Powstało coś wpół drogi, bo choć słychać tam dość charakterystyczny werbel, to przy każdym uderzeniu jest on nieco inny – poza tym pojawia się nieregularnie w aranżu.

Jak było z tematyką tekstów na waszej płycie? Daliście wokalistom wolną rękę, czy też wybieraliście każdemu temat, tak jak zrobił Czarny HIFI na swoim albumie "Nokturny i Demony"?

Tematycznie niczego nie sugerowaliśmy naszym gościom. Traktowaliśmy ich jako artystów z konkretnej półki, którym nie trzeba mówić, co i jak należy robić. Każdy z nich miał wolną rękę, a co interesujące – zgrali się ze sobą. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł im dyktować tematykę kawałków, zresztą wolałem żeby to było zaskoczenie.

Jak współpracowało się po latach przerwy z Eldo i Jotuze?

To było jak jazda na rowerze. Czułem się tak, jakby tej wieloletniej przerwy w ogóle nie było, jakby od ostatniego razu minęły może trzy dni. Inna sprawa, że przecież to są zawodowcy. Tak samo Hades i Małpa, których również można usłyszeć na albumie.

Kiedy pomyślałeś, żeby znowu zrobić coś wspólnie z raperami? A może planujesz wspólny projekt z jednym raperem?

Ja w ogóle nie myślałem o tym, żeby nagrywać z raperami. To był pomysł Piotrka. Szczerze mówiąc, to trudno byłoby mi wskazać jakiegoś rapera, z którym mógłbym nagrać jakiś większy projekt. Uważam, że akurat w tej kwestii już kiedyś trafił mi się najlepszy raper, czyli Pezet. Nie wiem, czy jest teraz osoba, która byłaby tak sprawna w różnych stylistykach, jak on kiedyś. Obecni wydają mi się bardziej jednorodni tekstowo i to trochę tak, jak z filmami Woody’ego Allena – wiesz, czego się spodziewać, kiedy idziesz do kina. Pezetowi można było proponować bardzo odległe od siebie stylistycznie pomysły, a on się w nich odnajdywał i był w tym autentyczny.

Zapewne nie będziemy odosobnieni w stwierdzeniu, że twoje płyty z Pezetem, czyli "Muzyka klasyczna" i "Muzyka poważna" to jedne z najlepszych, jeżeli nie najlepsze albumy tego gatunku w Polsce. Bardzo trudno byłoby powiedzieć, która jest lepsza. Ty byś potrafił?

Są zdecydowanie inne. Przez długi czas nie rozumiałem fenomenu "Muzyki poważnej" i w zasadzie nie słuchałem jej zbyt wiele. Wróciłem do tego albumu jakiś rok temu i chyba po raz pierwszy przesłuchałem go trochę jak zwyczajny słuchacz. Myślę, że w porównaniu z pierwszą płytą, gdzie w warstwie tekstowej Pezet był „głodny” i agresywny, to już na drugiej jest zwyczajnie bardziej dojrzały. Wydaje mi się, że uchwycił w tamtych tekstach wiele rzeczy pokoleniowych i w warstwie tekstowej był to znakomity album.

Równo 10 lat temu na łamach EiS ukazał się wywiad z tobą. W kontekście tego, co dziś nam powiedziałeś można stwierdzić, że sporo zmieniało się w Twoim podejściu do tworzenia, głównie na osi analog-cyfra.

Muszę przyznać, że był to bardzo ciekawy moment w mojej twórczości. Szukałem wtedy nowych rozwiązań i świat cyfrowy wydawał mi się bardzo interesujący. Dokładnie w tamtym momencie pomyślałem, że warto się tym zająć. Gromadziłem więc wtyczki VST, kontrolery i eksperymentowałem. Dzisiaj jednak wiem, że był to stracony rok życia – dzięki tym wtyczkom nie wygenerowałem nawet minuty muzyki.

Coś jednak musiało spowodować, że początkowo podchodziłeś do tego cyfrowego świata tak entuzjastycznie?

Tak, dobre wrażenie wywołały na mnie między innymi wtyczki PSPaudioware, z których wielokrotnie korzystałem podczas miksu "Muzyki poważnej". Do dzisiaj często używam niektórych plug-inów PSP jako poglądowych rozwiązań.

Których konkretnie?

Na pewno PSP MasterQ, czyli ultra czystego cyfrowego korektora, który pozwala wyeliminować błędy, a przy tym nie robi niczego złego dźwiękowi. Niekiedy używam też PSP Xenona, chociaż na płycie "HV/NOON" nie ma w ogóle limitera. Poglądowo czasem stosuję też PSP Nitro, czyli w sumie mam około pięciu czy sześciu wtyczek. Wracając jeszcze do tamtego okresu, to mnie ten świat cyfrowy po prostu przerósł. Tam są nieskończone możliwości, a ja wolę maszynę, która jest dla mnie czytelna i oferuje mi konkretne możliwości. Tak, jak opowiadałem o Rolandzie, na którym podczas pracy od razu wiem, gdzie ma iść moja ręka. Muszę jednak przyznać, że bez cyfry nie kochał bym analogu – komputerowa edycja dźwięku to obecnie miód i malina. Gdybym miał to robić na taśmie, coś kleić, ciąć nożyczkami... Nie ma mowy.

A czy kiedykolwiek trafiłeś na wtyczkę, która w sposób doskonały naśladuje analog?

Myślę, że nigdy nie udało się to do końca i chyba nie tędy droga. Kiedy ludzie robią muzykę wyłącznie cyfrowo, jest to dla mnie akceptowalne, a nawet momentami ciekawe. Tworzą nowy i unikalny rodzaj dźwięku. Natomiast wtyczkowe emulacje np. kompresorów czy EQ nie zdają egzaminu. Dawno odpuściłem sobie cyfrowe rozwiązania, jedynie od czasu do czasu patroluję świat wtyczek. Niestety jest rok 2015 i nadal nic się w tej kwestii nie zmieniło. Moim zdaniem osoby tworzące cyfrowe rozwiązania nie powinny koncentrować się na emulacjach analogowych, a eksplorować nowy, cyfrowy świat dźwięku. Tworzyć nowe rodzaje efektów, które są niemożliwe do realizacji w świecie analogowym.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy efektach. Które są twoimi ulubionymi?

Mam Lexicona PCM 60 oraz 70 i jeżeli chodzi o pogłos room, to 60 jest niesamowity. Ten genialnie zaprojektowany pogłos ma presety i tylko cztery przyciski dla każdej funkcji: wielkość pomieszczenia, czas, rodzaj. Można? Można. Generalnie jednak firma, od której mam najwięcej urządzeń, to Amtec z Gdyni. Z tego co wiem, rozpoczęli od robienia klonów Pulteca, a potem zaczęli robić fenomenalne autorskie konstrukcje. Kompresor pasmowy, kompresor pasywny, wiem, że teraz kończą robić replikę Fairchilda. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez tego sprzętu.

W momencie twojego pierwszego wywiadu dla EiS w 2004 roku, miałeś za sobą kilka albumów. Przez następne dziesięć lat wydałeś jedynie "Pewne sekwencje" oraz "Dziwne dźwięki i niepojęte czyny". Z czego wynikało to spowolnienie?

Nigdy nie planowałem, że będę zajmował się muzyką zawodowo. To się stało trochę przypadkiem: zacząłem produkować muzykę w wieku 19 lat, Grammatik wyszedł jak miałem 20, później ukazały się dwie płyty z Pezetem i jako 24-latek osiągnąłem w zasadzie wszystko na tej scenie. Moje płyty solowe w tamtym okresie również radziły sobie świetnie. Przyznam, że w pewnym momencie straciłem motywację. Hip-hopu nie chciałem już robić, w elektronice też wyczerpałem swoje pomysły i inspiracje, więc zająłem się wtedy bardzo mocno studiem oraz postprodukcją nagrań. Przy wspólnej płycie z Hatti Vatti bardzo się to opłaciło, bo nie stanowiło to już dla mnie żadnego problemu. Pamiętam, że przy EP-ce "Pewne Sekwencje" miałem ogromne trudności, aby kawałki brzmiały w sposób, jaki sobie wyobrażałem. Teraz kształtowanie finalnego brzmienia, miks i mastering to nie był żaden wysiłek.

„Żeby mówić o muzyce granej na żywo, musi zachodzić jakaś interakcja. Wydaje mi się, że perkusja może najlepiej dopełnić dźwięki generowane elektronicznie” (archiwum OFF Festiwal)

Dziesięć lat temu nie było zbyt wielu okazji, aby usłyszeć cię w wersji live. Niedawno wystąpiłeś na OFF Festiwalu w Katowicach, gdzie zaprezentowałeś solowy materiał w asyście perkusisty. Dlaczego zdecydowałeś się na granie na żywo dopiero teraz?

Lubię brać pieniądze za uczciwie wykonaną pracę. Stanie za komputerem i puszczanie muzyki to nie jest coś, co mógłbym traktować serio. Tak jak zawsze starałem się, żeby moje płyty to rzeczywiście było „coś”, tak samo chciałem, żeby mój koncert również miał odpowiednią oprawę i wymiar. Poczułem, że nadszedł odpowiedni moment, kiedy dostałem propozycję występu w Katowicach.

Czyli to właśnie propozycja zagrania live actu na OFF’ie sprawiła, że poważnie zacząłeś myśleć o występach na żywo?

Tak, inicjatywa wyszła od organizatorów festiwalu, którzy napisali do mnie z grubym wyprzedzeniem. Tę propozycję przyjąłem trochę „w ciemno”, gdyż premiera instrumentu, na którym miałem zamiar oprzeć swój występ, czyli Elektron Rytm, została zapowiedziana na przełom marca i kwietnia. Gdyby okazało się, że będzie jakieś opóźnienie, albo Rytm okazałby się nieporozumieniem, to miałbym spory problem [śmiech]. Ale na szczęście Rytm okazał się świetny.

Zarówno podczas występu na OFF’ie, jak również w sesji dla EiS, towarzyszy ci perkusista zespołu Psychocukier Marcin Awerianow. Skąd wziął się pomysł na taką konfigurację podczas live actu?

Żeby mówić o muzyce granej na żywo, musi zachodzić jakaś interakcja. Wydaje mi się, że perkusja może najlepiej dopełnić dźwięki generowane elektronicznie. To rzeczywiście się sprawdziło. Marcin jest bardzo równym rytmicznie perkusistą, poza tym jego dużym atutem był fakt, że znał ten materiał – słuchał moich płyt. Dopiero ostatnio dowiedziałem się także, że Marcin – podobnie jak ja – jest samoukiem. To dla mnie duży plus. Lubię kreatywność i nowatorskość, którą często zauważam u samouków.

Praktycznie cały czas obcujesz z dźwiękiem. Kiedy masz chwilę wolnego, jakiej muzyki lubisz słuchać?

Mam dużą frajdę ze słuchania muzyki akustycznej. Gatunek jest nieważny: jazz, czy klasyka, nawet muzyka współczesna. Chodzi o to, żeby było tam jak najwięcej przestrzeni i oddechu. Nie może być za bardzo naładowane RMS’em, bo mózg mi się błyskawicznie męczy. To jest problem współczesnych nagrań, głośność i brak dynamiki. Czasem, kiedy sobie coś puszczam, mówię: „wow, jest mocne uderzenie”, ale słucham 20 sekund i to jest jakaś sztuczna i nieprzyswajalna papka. To się transponuje nawet przez głośniki komputerowe. Mam stacjonarnego iMaca, który ma całkiem przyzwoite głośniki i zauważam, że wszystkie nowoczesne produkcje muszę ściszać do połowy, bo czuję, że ten dźwięk mi po prostu przeszkadza. Płyta, w której się ostatnio zakochałem, to "Dave Brubeck Jazz Impressions of Japan" z 1964 roku. Jest tam kontrabas, perkusja, fortepian, chyba saksofon – cichutka płyta, czuć przestrzenie między instrumentami, słychać tam pomieszczenie. W wolnym czasie mogę tego słuchać 5 razy z rzędu, to sama przyjemność.

Nie brakuje ci tego wolnego czasu?

Kiedyś jeden z doświadczonych realizatorów powiedział mi takie słowa: „albo dobre audio, albo rodzina”. Miałem wtedy 23 lata i rozbawiło mnie to, ale dzisiaj już mnie nie bawi. Niestety, to wszystko jest tak pochłaniające, że nawet wyjechanie gdzieś jest problematyczne. Być może jest to kwestia pewnej higieny pracy, której nie mam. Ostatnio też złapałem się na tym, że przestały mnie interesować nowinki techniczne ze świata audio. Czego chciałem się dowiedzieć, to już chyba wiem. Chyba Dave Pensado powiedział kiedyś żartem, że „jeśli powstanie jakiś nowy pogłos, to mnie nawet nie budźcie” [śmiech]. Ja na przykład mam te stare Lexicony (pogłosy i delaye) i nowe rozwiązania wprowadzają głównie większą komplikację, nie lepszą jakość. Umiejętne stosowanie jednego, sprawdzonego urządzenia jest dla mnie większą wartością, niż ciągłe wymienianie sprzętu na nowszy.

Czy płyta "HV/NOON" to początek twojej muzycznej ofensywy? Możemy spodziewać się kolejnych projektów?

Zdecydowanie tak. Przez te wszystkie lata dążyłem do zamknięcia tematu brzmienia, studia i sprzętu. Wszystko co chciałem mieć, co chciałem opanować, wszystko to, co będzie mi potrzebne do dalszej pracy, już mam. Dokładnie teraz remontuję moją nową siedzibę i od nowego roku otwieram zupełnie nowy rozdział.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
styczeń 2015
Kup teraz