Więcej...

Eltron - Cały czas się uczę

11.02.2019 
Eltron - Cały czas się uczę fot. Tamara Allina

Tym razem spotkaliśmy się z Markiem Stuczyńskim, znanym bardziej pod pseudonimem Eltron. Świetną ilustracją oraz podkładem muzycznym do naszej rozmowy jest nagranie wideo, na którym wspólnie z Łukaszem Seligą (SLG), w kameralnych warunkach domowego studia zaprezentowali jeden z utworów swojego duetu Seltron 400. Eltron opowiedział nam m.in. o swoich początkach, pułapce zbierania płyt oraz przemyślanej decyzji dot. zakupu Elektrona Digitone.

Zaglądasz czasem do EiS?

Eltron: Oczywiście, chociaż przyznam, że ostatnio nie tak często jak kiedyś. Dziś raczej nie śledzę nowinek technicznych i informacji o nowych instrumentach – nie jestem typowym „sprzętowym freakiem”. Estrada i Studio z pewnością była dla mnie cennym źródłem informacji, kiedy poznawałem zagadnienia związane z pracą studyjną. Trzeba pamiętać, że w czasach, w których miało to miejsce nie było jeszcze choćby takich wynalazków jak YouTube, który dzisiaj jest nieocenionym źródłem informacji, wiedzy a nawet praktycznych umiejętności.

Rzeczywiście dzisiaj aż trudno uwierzyć, że w ogóle były jakieś „przed-internetowe” czasy – jak wtedy uczyłeś się np. obsługi elektronicznych instrumentów muzycznych?

Szczerze mówiąc podchodziłem do tego tematu głównie intuicyjnie – muzyką interesowałem się w zasadzie od dziecka, dużo słuchałem oraz grałem na gitarze, próbowałem coś komponować, aż wreszcie zacząłem zastanawiać się nad samą produkcją. Pojawił się u mnie pierwszy sampler, automat perkusyjny oraz mikser. Część tych urządzeń była dosyć intuicyjna w obsłudze, więc nawet jeśli nie miałem pojęcia o produkcji jako takiej, to jednak obsługi Akai MPC udało mi się nauczyć samemu. Jest to narzędzie stosunkowo proste, a jeśli przy tym ma się jakiekolwiek muzyczne podstawy, to już w ogóle nie powinno nastręczać zbyt wielu problemów. No więc podejmowałem jakieś pierwsze twórcze próby na tym sprzęcie, jednak do momentu, kiedy mogłem pokazać swoje utwory szerszej publiczności minęły lata, więc był to bardzo organiczny proces. Aż mnie to czasem bawi, ale niejednokrotnie rzeczy, które dzisiaj wydają się już banalne i podstawowe kiedyś poznawałem bardzo stopniowo a niekiedy nawet przypadkowo.

Osoby, które poznają narzędzia produkcyjne na własną rękę często dochodzą do rozwiązań na jakie ktoś obeznany z instrukcją obsługi nigdy by nie wpadł.

To prawda, sam bywałem niekiedy zaskoczony, kiedy widziałem jak inni producenci korzystają ze znanych mi, wydawałoby się, narzędzi. Ale nie dotyczy to jedynie samouków, bo każdy kto w pierwszej kolejności robi coś dla siebie prędzej czy później dochodzi do własnych metod pracy z danym narzędziem. W 2008 roku brałem udział w Red Bull Music Academy w Barcelonie i jechałem tam z takim przekonaniem, że już bardzo dużo o wszystkim wiem. Najbardziej wartościowa rzecz jaka tam mnie spotkała (poza wieloma przyjaźniami, które trwają do dzisiaj) to fakt, że w sposób bardzo łagodny i pozytywny moje przekonania zostały „rozpuszczone”. Wtedy zrozumiałem jak muzyka w swojej głębokiej naturze jest polifoniczna i wielowymiarowa. Nawet jeśli wydaje ci się to oczywiste, to pewnie i tak nie wiesz jak bardzo jest wielowymiarowa. Nikt – żadna osoba, grupa czy instytucja nie ma do niej prawa własności. Zdecydowanie był to jeden z najważniejszych etapów mojej muzycznej nauki, która oczywiście trwa nadal.

Wspomniałeś, że jeszcze zanim zająłeś się produkcją miałeś już pewne muzyczne przygotowanie.

Uczęszczałem do Społecznego Ogniska Muzycznego, gdzie uczyłem się grać na gitarze klasycznej. Pod koniec podstawówki mój zapał do dalszej gry na tym instrumencie nieco opadał, ale w tym okresie przyjaciel mojego ojca, sądząc, że wyjeżdża z Polski raz na zawsze, podarował mi swoją gitarę, czyli wspaniałą akustyczną Yamahę z lat 80., którą zresztą mam do dzisiaj. Grałem na niej tak dużo, że na 15 urodziny rodzice zgodzili się kupić mi gitarę elektryczną i znowu zacząłem poświęcać tej pasji mnóstwo czasu. Byłem członkiem różnych zespołów, uczestniczyłem w warsztatach jazzowych w Puławach, gdzie mieszkaliśmy – mniej więcej w ten sposób upłynęły mi czasy liceum.

„Wprawdzie nie wpadłem w pułapkę zbieractwa sprzętu, ale znajduję się w pułapce gromadzenia płyt" (fot. Tamara Allina)

W tamtym okresie muzyka gitarowa była ci najbliższa?

Niekoniecznie. Wiem, że to banał, ale słuchałem zawsze dość różnorodnej muzyki. Jako młodzian byłem dość przywiązany do niewspółczesnych mi rzeczy, a więc był klasyczny rock, jazz, psychodelia, soul i funk. Postacie takie jak Prince, George Clinton, Miles Davies, Stevie, Wonder, Jimi Hendrix, Marvin Gaye, Rolling Stones, Black Sabbath, The Beatles – różne takie tematy. Jeśli chodzi o współczesne wówczas rzeczy, to pojawiało się też Rage Against The Machine czy The Prodigy, Depeche Mode, jakaś Metallica albo Faith No More. W jakimś stopniu wynikało to z kontekstu i dostępności – nie mieszkałem w dużym mieście, więc słuchałem tego, co podobało mi się spośród rzeczy dostępnych lokalnie bądź słuchanych przez kolegów, albo dostępnych w muzycznej telewizji. Nieco później ogromny wpływ zaczęła na mnie wywierać rodzima yassowa tradycja, a więc Miłość, Mazzoll, wczesny Pink Freud, czy Robotobibok. Później odkryłem też dub i próbowałem jakoś „wgryźć się” się w techniki studyjne. Z czasem, zwłaszcza kiedy zamieszkałem w Krakowie i zacząłem eksplorować tamtejsze życie nocne, stopniowo grawitowałem w kierunku muzyki tanecznej. Zespoły, w których grałem porozpadały się, a ja miałem już trochę dosyć gitary. Od dawna kolekcjonowałem płyty, a kiedy wreszcie dostałem szansę, by zagrać je publicznie, dało mi to ogromnego kopa. Bardzo szybko i bardzo mocno zaangażowałem się w granie muzyki jako didżej – być może początkowo był to jakiś substytut koncertów, które wcześniej graliśmy, a w trakcie których ludzie przeważnie tańczyli. Sam zresztą uwielbiałem tańczyć. Granie w klubach, nauka rzemiosła, odkrywanie i rozumienie muzyki w nowy sposób stało się tym, co mnie najbardziej napędzało. Produkcja początkowo szła za tym powoli – miałem jakieś instrumenty, znajomy pokazał mi też Abletona, ale mówiąc szczerze początkowo nie miałem zbyt dużej śmiałości, jeśli chodzi o komputery.

Teraz jest inaczej?

Zdecydowanie, chociaż nadal pracuję na hybrydowym zestawie, w którym łączę hardware i software. Przełomem był wyjazd na Akademię. Kiedy już wiedziałem, że jadę, pomyślałem o odświeżeniu komputera i zainstalowałem Logica, który moim zdaniem brzmiał wtedy dużo lepiej od Abletona. Odtąd przez długi czas używałem Abletona jako takiego „samplera-szkicownika”, później przerzucając elementy do Logica, gdzie aranżowałem i wykańczałem numery brzmieniowo. Dzisiaj nad samą muzyką pracuję w Abletonie – ostatnie wersje tego drugiego zdecydowanie rozwiały moje wszelkie wątpliwości, co do jakości brzmienia. Natomiast Logica używam już raczej tylko do postprodukcji swoich własnych numerów lub nagrań, które otrzymałem od innych artystów. Staram się wtedy usłyszeć to co oni chcieli wyeksponować, ale również takie elementy, których nie usłyszeli lub po prostu usłyszeć nie chcą. Następnie próbuję nadać temu właściwą miarę oraz odkryć charakter oraz istotę nagrania. To fascynujące, ale jednocześnie bardzo odpowiedzialne zadanie. Podchodzę do tego z dużą pokorą i cały czas się uczę.

A z czego wynikał ten opór przed komputerem?

Może po prostu nie byłem przesadnie „komputerowy”. Pierwszy własny komputer miałem w wieku 16 lat, a internet w domu dopiero na II roku studiów. Miałem jakąś kartę dźwiękową i próbowałem sobie coś nagrywać, ale nie byłem do tego w pełni przekonany. Wolałem używać kaset czy innych minidysków. Instrumenty mają swoje oczywiste ograniczenia, ale wtedy wydawały się to bardziej naturalne i bezpośrednie. Myślę, że wiele osób, które zaczyna swoją przygodę z muzyką doświadcza czegoś podobnego i być może stąd dzisiejszy boom na różne niedrogie, półamatorskie instrumenty elektroniczne.

Mówisz o swoich bardzo szerokich muzycznych inspiracjach, jednak poza The Prodigy próżno szukać tam tanecznej muzyki elektronicznej, czyli stylistyki, z którą jesteś aktualnie kojarzony.

Wspomniałem o The Prodigy, gdyż kuzyn mojego kolegi mieszkał w Belgii i w wakacje przywiózł kasetę tego zespołu do Polski. Nie muszę chyba dodawać, że na umysł 8- albo 9-latka taka muzyka działała bardzo intensywnie. A jeżeli chodzi o te inspiracje to można powiedzieć, że odbywałem kurs chronologiczny. Tak jak osoby słuchające hip-hopu często podróżują wstecz do jego korzeni, tak ja odbyłem tę samą drogę, tyle że w odwrotnym kierunku – soul, potem disco, następnie house, techno, electro etc. Z pewnością na mój rozwój miały wpływ kluby, sklepy płytowe, wyjazdy, nowe znajomości oraz rozmowy.

Pamiętasz ten moment, w którym zacząłeś tworzyć własne produkcje?

Jakiś czas po tym, jak znajomy pokazał mi Abletona, zrobiłem jeden lub dwa numery, które próbowałem grać w klubie. Co ciekawe, któryś z nich wysłałem razem z aplikacją RBMA, ponieważ był tam taki wymóg formalny. Później Marcin Grośkiewicz z U Know Me zaproponował mi nagranie remiksu i jakoś się to dalej potoczyło, choć nigdy w zabójczym tempie.

Pomówmy teraz o toim systemie, który określiłeś wcześniej jako hybrydowy. O środowisku cyfrowym już nieco powiedzieliśmy, więc teraz przejdźmy do sprzętu. Wpadłeś w pułapkę zbieractwa?

Nie, ale znajduję się w pułapce gromadzenia płyt. Zawsze bardzo długo przymierzam się do jakichkolwiek poważnych zakupów sprzętowych. Jeśli już decyduję się na jakieś urządzenie, to jednocześnie staram się pozbyć innego sprzętu ze studia. Wychodzę z założenia, że i tak z wszystkiego na raz nie korzystam. Oczywiście niby fajnie jest mieć różne fajne rzeczy – radość posiadania to w społeczeństwie konsumpcyjnym jedna z elementarnych emocji – ale staram się temu nie poddawać. Zauważam też, że posiadanie mniejszej liczby narzędzi pozwala mi się lepiej koncentrować. Akurat teraz, po nieomal rocznej deliberacji, kupiłem Elektron Digitone. Miałem wcześniej na testach Elektron Digitakt, ale ostatecznie się na niego nie zdecydowałem. Natomiast Digitone ma funkcje, jakich żaden inny z moich instrumentów nie ma. To świetne narzędzie do sound designu – synteza FM potraktowana jest w dość nowatorski, uproszczony sposób, a do tego dochodzi sprytny sekwencer. Na dodatek jego obsługa jest bardzo intuicyjna, czego niestety nie mogę powiedzieć o innych produktach firmy Elektron. Ponadto wiedziałem, że Digitone przyda mi się nie tylko w studiu, ale też na scenie.

„Digitone ma funkcje, jakich żaden inny z moich instrumentów nie ma. To świetne narzędzie do sound designu” (fot. Tamara Allina)

Od jakiegoś czasu występujesz razem z SLG jako Seltron 400.

Tak, gramy na żywo od roku i właśnie ostatnio doszliśmy do wniosku, że dotychczasowa formuła tych występów nieco się wyczerpała. Każdy live act ma jakąś architekturę i strukturę – nasz miał w miarę wiernie reprezentować nagrania Seltrona, będąc jednocześnie „ukłonem” w kierunku bliskich nam klasyków, jak na przykład Depeche Mode. Jest w tym sporo bezpośredniej manipulacji, ustawiania programów, odgrywania partii „z ręki”, co paradoksalnie pozostawia mi niewielki wpływ na to, co dzieje się na żywo. Łukasz obsługuje sekwencery, więc może nas zabrać w trochę innym kierunku, a ja jestem zajęty miksowaniem, obsługuję syntezatory i za każdym odejściem muszę „gonić”. Wychodzi na to, że przeważnie mogę albo zmieścić się w planie, albo coś popsuć. Jest to nieco stresujące i czasem frustrujące. Naszym najlepszym dotychczasowym występem był live podczas ostatniego Audioriver, w czym niemała zasługa publiczności. Obaj z Łukaszem mieliśmy poczucie, że ten występ mógł być szczytem możliwości tej formuły i czas pewne rzeczy zmienić. Oczywiście wcześniej po każdym występie live wprowadzaliśmy już pewne modyfikacje, ale stwierdziliśmy, że może powinniśmy przeprogramować formułę tych występów od podstaw – łącznie z wymianą części instrumentarium. Stąd ten Digitone.

Zmiany, o których mówisz są już zauważalne na nagraniu dołączonym do tego numeru EiS?

Zagraliśmy dość luźny jam, bazujący na numerze, którym kończyliśmy kilka swoich ostatnich występów, jednak rzeczywiście nastąpiła pewna zmiana instrumentarium. Ze standardowego setupu przenieśliśmy Elektrona Rytm oraz Korga Minilogue, dołączając jednocześnie Digitone oraz Rolanda Boutique SH-01. Brakuje za to używanych dotychczas Octatracka oraz Arturia Microbrute, choć w nowej wersji live pewnie nadal znajdzie się dla nich miejsce. Docelowo chcemy przełamać podział: Łukasz – sekwencery, ja – synteza i spróbować bardziej otwartego, holistycznego podejścia. Zdajemy sobie jednak sprawę, że będzie to wymagać jeszcze trochę przygotowań.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
styczeń 2019
Kup teraz