Więcej...
Rafał Smoleń - Wszystko jest do zrobienia
Rafał Smoleń - Wszystko jest do zrobienia

Nasz rozmówca to jeden z najbardziej wziętych realizatorów studyjnych w kraju. Lista artystów, którzy zdecydowali się podjąć z nim współpracę jest bardzo długa i nic dziwnego – w zasadzie każdy album, przy którym pracuje okazuje się być dużym sukcesem.

Rozmowa
Piotr Lenartowicz
2019-06-09
Filip Blank

Poza działaniem w studiu Rafał Smoleń realizował również ostatnią trasę koncertową Dawida Podsiadło, która – jak przyznaje – była dla niego ogromnym wyzwaniem, bo do tej pory nikt w Polsce nie pracował z takim rozmachem. W końcu przyszedł moment, w którym poczuł, że na rodzimym rynku doszedł „do ściany” i pora na opuszczenie swojej strefy komfortu. Niebawem miną 2 lata od czasu przeprowadzki do Los Angeles, gdzie – jak mówi – jego dotychczasowe dokonania niewiele znaczyły i w zasadzie musiał startować od zera. O tych wszystkich doświadczeniach opowiedział w naszej rozmowie.

Śledzisz nowinki sprzętowe i to, co nowego dzieje się na tym rynku?

Rafał Smoleń: Staram się, ale powiem szczerze, że od kiedy pracuję zawodowo na pełnych obrotach nie mam na to zbyt wiele czasu. Niekiedy zdarza się, że ktoś znajomy dzwoni do mnie z pytaniem o to, który interfejs lub mikrofon jest teraz najlepszy do domowego studia. A jak wiemy, w tej chwili rynek jest zalewany kilkunastoma nowymi urządzeniami miesięcznie, zatem nie potrafię odpowiedzieć na takie pytanie. Od lat jestem „uwiązany” do Pro Tools oraz przetworników Avid w studiu, prywatnie używam Universal Audio, więc nie mam na bieżąco aż tak szerokiej wiedzy o tym co dzieje się na rynku sprzętu studyjnego. Zresztą uważam, że najlepiej podejmować decyzje o zakupie nowego sprzętu na bazie własnego doświadczenia, a nie opinii innych. Mnie nic nie przekona do danego produktu, dopóki sam go nie wypróbuję.

Zawsze testujesz nowe urządzenia przed zakupem?

Zdecydowanie. Jeśli nawet przeczytam, np. w Estradzie i Studio coś ciekawego na temat nowego korektora to i tak muszę sam sprawdzić jak on faktycznie brzmi. Być może jest to zboczenie zawodowe, ale nic z tym nie zrobię – tak już mam. I nie chodzi o to, że dany produkt może okazać się obiektywnie zły. Jest wielce prawdopodobne, że to będzie bardzo dobre narzędzie, ale może kompletnie nie pasować do moich zastosowań. Kilka razy się w ten sposób „przejechałem” i od pewnego momentu nie zdecyduję się na zakup sprzętu lub oprogramowania, jeśli wcześniej nie mam okazji popracować na danej rzeczy.

To jaki był Twój największy zawód tego typu?

Zupełnie w ciemno kupiłem kiedyś pakiet Sonnoxa zawierający Oxford EQ. Skusiłem się na niego m.in. dlatego, że zawierał Oxford SuprEsser, czyli świetną alternatywę dla innych de-esserów oraz legendarny Oxford Inflator – oba narzędzia bardzo lubię i często ich używam. Natomiast sam Oxford EQ, który był jednym z głównych powodów zakupu, okazał się dla mnie całkowicie nieprzyswajalny, ponieważ słyszę tam każde „zbocze”, a każde podbicie czy wycięcie częstotliwości zwraca moją uwagę nienaturalnością fazy. Dlatego nie jestem w stanie go używać.

To ciekawe, bo przecież Sonnox Oxford Dynamic EQ jest narzędziem powszechnie cenionym.

Nie ma o czym mówić – Oxford Dynamic EQ jest rewelacyjny. To aktualnie najbardziej transparentne i najlepiej brzmiące dynamiczne EQ jakie słyszałem. Używam go bardzo dużo w studiu, ale też sprawdził się rewelacyjnie przy okazji „Małomiasteczkowej Trasy” Dawida Podsiadło, którą na jesieni miałem przyjemność realizować. Wciąż powtarzam, że to dynamiczne EQ było najbardziej uniwersalnym i efektywnym narzędziem w moim koncertowym systemie, który składał się z konsolety SSL L300 oraz UAD Live Racka zainsertowanego po optycznym MADI do SSLa. Dzięki UAD mogłem korzystać z dodatkowego przetwarzania wysokiej jakości, którego w konsolecie już nie miałem – np. Channel Stripów API, SPL Transient Designera i Studera A800 na bębnach, a wspomnianego Oxford Dynamic EQ na wokalach oraz na sumie.

Trasa z Dawidem Podsiadło była dużym przedsięwzięciem, prawda?

Ogromnym. Graliśmy na wielkich obiektach, takich jak choćby Tauron Arena w Krakowie czy Hala Stulecia we Wrocławiu. Z mojego punktu widzenia to bardzo trudne obiekty, gdyż do tak dużych systemów PA miks musi zostać zupełnie inaczej przygotowany i zaprogramowany bardzo szczegółowo z utworu na utwór. Od samego początku wiedzieliśmy, że robimy tę trasę na bardzo wysokim poziomie produkcji, więc całą ekipą traktowaliśmy to jak ambitne wyzwanie. Jednocześnie nie mieliśmy się od kogo nauczyć tak dużej produkcji w Polsce. Bardzo starannie dobieraliśmy sprzęt – mikrofony, konsolety, system nagłośnieniowy (z firmą GMB Pro Sound) do każdego z obiektów oparty na d&b audiotechnik z serii J, ale za każdym razem w nieco innej konfiguracji. Śmiało mogę stwierdzić, że uczyłem się i przygotowywałem do tej trasy od 2015 roku, kiedy rozpocząłem współpracę z Dawidem. Wtedy po raz pierwszy miałem swoją konsoletę na FOH zaprogramowaną „piosenka po piosence”. Jego koncert ma szerokie spektrum gatunków i dynamiki – są w nim zarówno bardzo mocne numery jak i kompozycje przestrzenne, kameralne a nawet intymne. Konieczne zatem było programowanie konsolety w takim stopniu, aby przynajmniej przestrzenie i efekty na wokalach oraz instrumentach zmieniały się w snapshotach. Przygotowania do Małomiasteczkowej Trasy trwały kilka tygodni, z finałem w hali Apricor pod Warszawą, gdzie mogliśmy odtwarzać do upadłego realny koncert na docelowej scenie z pełną produkcją światła, multimediów i realizacją wideo. Zanim do hali weszła cała produkcja, miałem jeden dzień z samymi muzykami. Ustawiliśmy zespół w identyczny sposób jak na dużej scenie i „opięliśmy” docelowo jak na koncercie. Próbę nagrałem wielośladowo przez Dante. Następnie wszedłem do studia i pracowałem nad materiałem kilka dni. Na dużych studyjnych monitorach mogłem przygotować konsoletę SSL L300, zaprogramować automatykę występu i zewnętrzne procesory pod postacią wtyczek UAD. Po tym etapie wróciłem na próby muzyczne do hali, gdzie to co zaprogramowałem w studio przeniosło się na warunki koncertowe w 90%.

„Czasem wystarczy kilka dodatkowych ruchów tłumikami i mam pewność, że zrobiłem wszystko, aby efekt finalny był jak najlepszy” (fot. Filip Blank)

Praca jako realizator podczas tak dużej trasy wymaga poświęcenia ogromnej ilości czasu, a przecież nieprzerwanie działasz również jako realizator studyjny. Zastanawiałeś się nad tym, żeby zupełnie z czegoś zrezygnować?

Kilka lat temu miałem moment, w którym czułem bardzo silną potrzebę dokonania takiego wyboru i poświęcenia się tylko pracy w studiu. To nawet nie wynikało z tego, że któraś z „gałęzi” mojej działalności zaczęła niedomagać, bo cały czas staram się pracować na najwyższym poziomie, ale czułem, że ze względu na czysto ludzkie względy i higienę życia prywatnego powinienem postawić na jedną z nich. Całą filozofię jednak trafił szlag, kiedy dostałem propozycję współpracy z Dawidem, bo nie potrafiłem powiedzieć „nie” akurat temu artyście. Nie żałuję tej decyzji, gdyż przy okazji tego projektu odkryłem jak bardzo mogę jeszcze rozwinąć się w realizacji live i mieć z tego ogromną satysfakcję. Oczywiście cały czas pracuję w studio miksując albumy i łączenie obu światów bywa męczące, ale na dzień dzisiejszy nie jestem jeszcze gotowy, żeby dokonać wyboru. W obu dziedzinach nie ma dla mnie większego napędu do działania niż sytuacje, w których okazuje się, że mogę zgłębić dane zagadnienie jeszcze bardziej i nauczyć się czegoś więcej. To wynika zarówno z ambicji jak i z faktu, że praca jest moją pasją i w zasadzie całe moje życie kręci się wokół muzyki. Więc jeśli kochamy to, co robimy, to trudno jest z tego tak po prostu zrezygnować.

Mówi się, że jeśli robisz to co kochasz, to nie przepracujesz ani jednego dnia, jednak finalnie nie jest tak kolorowo.

Ostatnio często o tym myślę i wydaje mi się, że wszystko zależy od bardzo subiektywnej interpretacji. Jedni twierdzą, że należy uporządkować sobie życie i trzeba się na coś zdecydować, bo na tym polega szeroko rozumiana dorosłość. Z kolei ktoś inny może być zdania, że dojrzałość człowieka objawia się umiejętnością mądrego łączenia wielu zadań, czyli funkcjonowanie w taki sposób, aby życie prywatne nie cierpiało z powodu pracy, przy uwzględnieniu wszystkich zmiennych, tak jak chociażby w moim przypadku przeprowadzki do USA. Jak do tej pory skłaniam się ku drugiej opcji.

Długo zastanawiałeś się nad przenosinami za Ocean?

Decyzja, żeby wyjechać kiełkowała jakiś czas, ale konkretny plan na wyjazd powstał w mniej niż pół roku ze względów formalnych. Ostatecznie, w połowie 2017 roku postanowiłem jeszcze bardziej skomplikować sobie życie i wyjechać do Los Angeles. Przeprowadziłem się tutaj, ponieważ chciałem pracować w największym biznesie muzyczno-filmowym na świecie, jeszcze więcej się nauczyć i pracować przy jeszcze większych projektach niż do tej pory w mojej studyjnej karierze w Polsce. Jestem bardzo wdzięczny i szczęśliwy, że współpracuję z naszymi wybitnymi artystami przy płytach, które dostają Fryderyki i doskonale się sprzedają, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że ten rynek ma swoje granice. Stąd pomysł, żeby wyjechać do Kalifornii i spróbować zupełnie innego rynku, jednocześnie nie zrywając kontaktów z artystami z Polski.

To, co powtarza się wśród relacji osób, które zdecydowały się na podobny krok to fakt, że ich dotychczasowe dokonania nikogo w USA nie interesowały i musieli startować może nie z poziomu „faceta z ulicy”, ale jednak z dużo niższego pułapu.

Tutaj startuje się z poziomu gościa z ulicy. To prawdziwa szkoła życia, kiedy przyjeżdżasz do zupełnie obcego świata i musisz improwizować, żeby się w nim odnaleźć – od czysto przyziemnych spraw, takich jak znalezienie i wynajęcie mieszkania, aż do szukania kontaktów i możliwości pracy w zawodzie. Używam określenia „obcego świata”, bo jedną z największych niespodzianek w LA jest to, że wydaje nam się, że my ten świat znamy i rozumiemy. Na co dzień w Polsce mamy styczność z rozrywką i kulturą amerykańską poprzez muzykę, filmy czy internet. Nic bardziej mylnego. Komunikacja z ludźmi, załatwianie biznesów, umawianie się na spotkania prywatne i zawodowe – to wszystko ma tu zupełnie inne oblicze niż w Polsce i ja się tego nadal uczę, chociaż w sierpniu miną dwa lata od rozpoczęcia mojej amerykańskiej przygody. Od strony pracy zawodowej zdawałem sobie sprawę, że raczej nikt nie będzie czekał na mnie w drzwiach studia z otwartymi ramionami, ale i tak byłem zaskoczony jak dużo pracy trzeba włożyć w to, aby zainteresować swoją osobą tutejszych profesjonalistów z dziedziny muzyki i filmu. Trzeba mieć świadomość, że do LA przyjeżdżają tysiące młodych ludzi z całych Stanów i świata, żeby produkować muzykę, być mikserami, realizatorami dźwięku, wokalistami, raperami, aktorami, scenarzystami, reżyserami itd.

„Od początku nastawiłem się na miks muzyki filmowej i nawiązywanie kontaktu bezpośrednio z kompozytorami” (fot. Filip Blank)

Jak sobie z tym poradziłeś?

Od początku nastawiłem się na miks muzyki filmowej i nawiązywanie kontaktu bezpośrednio z kompozytorami. Czułem, że w tej dziedzinie jest mniejsza konkurencja, ponieważ trzeba mieć więcej doświadczenia i umiejętności niż w realizacji muzyki rozrywkowej. Takich ludzi, którzy potrafią (albo twierdzą, że potrafią) wyprodukować bit, zmiksować, nagrać w domu wokal i stworzyć piosenkę są tutaj tysiące. Natomiast w muzyce filmowej jest trudniej dlatego, że trzeba znać specyfikę pracy z obrazem, mieć doświadczenie w postprodukcji dźwięku, znać standardy audio i formaty od 5.1 do Dolby Atmos. W większości przypadków w pracy z kompozytorami trzeba też czytać partytury. To wszystko zawęża liczbę chętnych do tego typu zleceń. Dzisiaj mogę powiedzieć, że miałem rację, ponieważ w zeszłym roku jako samodzielny score mixer zmiksowałem muzykę do dwóch filmów fabularnych, w drugim kwartale 2019 zmiksuję kolejne dwa filmy, w tym jeden, który pojawi się na festiwalu w Cannes.

To były duże produkcje?

Dwa pierwsze projekty były niskobudżetowe, ale bardzo ambitne – jeden film miał dwa miliony dolarów budżetu a drugi dwa i pół. Przy okazji pracy nad drugim obrazem udało mi się nawiązać bardzo dobre kontakty z producentami, którzy docenili mój wkład i w tym roku zaprosili mnie do współpracy przy następnym filmie. Zanim jednak przyszły filmy, miałem bardzo ciekawe doświadczenie pracy z Chrisem Lord-Alge. Jak większość wie, to jest facet, który miksował Green Day, Muse czy Aerosmith, do tego ma własne pluginy Waves – stoi bardzo wysoko w rankingu mikserów na świecie. Pracowałem jako assistant mixing engineer w jego prywatnym wielkim studiu, jednak po kilku miesiącach odszedłem, ponieważ to miejsce nie stwarzało perspektyw rozwoju – tam można być tylko asystentem super mixera, a nie stać się super mixerem.

Dobrze wspominasz tamten czas?

Zdecydowanie. Pracowałem z nim ramię w ramię. Chris niczego nie ukrywa i wszystko wyjaśnia. Nauczyłem się przede wszystkim o ile więcej można wycisnąć z miksu poprzez samą dynamiczną pracę tłumikami. Chris wprowadzał mikrozmiany w automatyce nawet wtedy, gdy na moje ucho miks już był gotowy. Zawsze więcej, bardziej. Poza tym zrozumiałem, jak ważne jest przygotowanie sesji do miksu – dziś nie łączę już przygotowania z samym miksem. Ten pierwszy etap zajmuje bardzo dużo czasu i wymaga ogromnej uwagi oraz skupienia. Aktualnie przygotowuję sesje osobno lub wysyłam je realizatorowi, z którym współpracuję. Dopiero na przygotowanej sesji siadam do miksu. Już nie mam tego problemu, z którym musiałem sobie radzić, kiedy jako dużo młodszy i mniej doświadczony realizator pracowałem w warszawskim studiu Sound and More. Niejednokrotnie byłem w sytuacji, kiedy siadałem do miksu z artystą przy sesji ProTools, do której dopiero co wgrałem ścieżki. Zanim zdążyłem je ułożyć, zrobić komutację na konsoletę oraz strukturę poziomów, mijały dwie albo trzy godziny, po których głowa była już zmęczona, a miks nawet nie zaczęty. Kiedyś tak pracowałem, bo nie było innego wyjścia – nie miałem asystenta czy drugiego realizatora. U Chrisa zobaczyłem jak ogromną robi to różnicę. Pozornie mała rzecz, że ktoś inny przygotował sesję, a zmienia cały system pracy. Drugą rzeczą, której się od niego nauczyłem było rozpoznanie momentu, w którym mówimy: „OK, miks jest skończony”.

Kiedy zbliża się deadline...

Tak, w wielu przypadkach tak niestety jest, ale teraz chodzi mi o coś innego. Kiedy wydawało mi się, że utwór, nad którym wspólnie pracowaliśmy jest już skończony, Chris wykonywał jeszcze szereg dodatkowych ruchów, żeby efekt finalny był jeszcze lepszy. To również zmieniło moje myślenie. Zacząłem się wtedy tego uczyć i stopniowo wprowadzać do moich miksów, bo to jest pewien „mind set”, na który potrzeba czasu oraz pracy, żeby się przestawić. Jeśli teraz wydaje mi się, że w miksie jest wszystko zrobione, to daję sobie jeszcze przestrzeń na złapanie dystansu i rozpoznanie, gdzie można jeszcze pójść – znaleźć instrument, którym można jeszcze bardziej podprowadzić energię przed wejściem na refren, wzmocnić bridge, albo zbudować nieco inną strukturę miksu w powtarzającym się refrenie, tak żeby było uczucie wzrostu aranżu. Czasem wystarczy pięć, osiem czy piętnaście dodatkowych ruchów i wówczas mam pewność, że zrobiłem rzeczywiście wszystko, aby efekt finalny był jak najlepszy.

„Miksy płyt realizuję w wynajętym długoterminowo studiu, których w Los Angeles jest mnóstwo” (fot. Filip Blank)

Przypuszczam, że setup w studiu Chrisa Lord-Alge robi wrażenie.

Rzeczywiście, ma imponujący zestaw, ze świetnie utrzymaną konsoletą SSL 4000 jako sercem studia. Do tego dochodzi cała masa zewnętrznego sprzętu w wysokich rakach za plecami, gdzie znajdują się zainsertowane na stałe do SSL legendarne kompresory 1176, de-essery dbx, kompresory Inward Connections, korektory Neve, API, Pultec itd. Przez lata wypracował sobie system pracy, w którym zainsertowane w kanały urządzenia nie są wypinane z krosownicy. Poszczególne instrumenty – stopa, werbel, gitary – trafiają zawsze na te same kanały w konsolecie. Insert jest włączany na nich z poziomu kanału lub nie, w zależności od tego czy pomaga, czy przeszkadza.

A gdzie Ty pracujesz na co dzień?

Jeśli miksuję film score, to pracuję w wynajętym przez produkcję studiu 5.1, w którym odbywa się też część postprodukcji dźwięku do filmu, nad którym pracujemy. Miksy płyt realizuję natomiast w wynajętym długoterminowo studiu, których w Los Angeles jest mnóstwo. Każdy może wynająć sobie taką zaadaptowaną akustycznie przestrzeń i zainstalować tam swój sprzęt lub też korzystać z wyposażenia, które jest na miejscu. Właśnie skończyłem miksy nowej płyty Darii Zawiałow i Sorry Boys, a w międzyczasie oddałem materiał na solowy krążek Wojtka Sokoła. Mój obecny setup to najnowszy Mac Mini, Universal Audio Apollo, UAD Octo, monitory Focal Twin Be, Adam A7, a w zaprzyjaźnionym studiu obok mam dostęp do SSL AWS 900, trochę sprzętu masteringowego i moje ulubione ATC SCM45.

Można zatem powiedzieć, że wszystko u Ciebie idzie w dobrym kierunku?

Tak, po pierwszym 1,5 roku w LA to ogromny sukces mieć uporządkowane sprawy życiowe i jednocześnie tak ciekawe doświadczenia zawodowe. Teraz jest czas na to, aby rozwijać nawiązane kontakty i pozyskiwać nowe. Trzeba być konsekwentnym, ale również cierpliwym, bo pośpiech tutaj nic nie da. Żeby zdobyć zaufanie innych profesjonalistów, po prostu potrzeba czasu. Proces przyswajania zwyczajów kulturowych oraz biznesowych również wymaga czasu i żadna kariera nie dzieje się tu z dnia na dzień. To zupełnie inny świat. Wszystko jest dużo bardziej oficjalne – każdą biznesową, nawet luźną rozmowę powinno się podeprzeć tzw. „follow-upem” w postaci maila podsumowującego spotkanie. Zdaję sobie sprawę, że w Polsce podobnie wygląda to w korporacjach i międzynarodowych firmach, ale w muzyce rozrywkowej rzadko. U nas raczej wszystko jest na „cześć” i trochę po koleżeńsku. W Stanach natomiast muzyka to ogromny biznes, duża odpowiedzialność, a co za tym idzie – inne obyczaje i etykieta komunikacji.

Dopuszczasz w ogóle myśl o tym, żeby na stałe zapuścić korzenie w Los Angeles?

To trudne pytanie, być może jeszcze jest za wcześnie, żeby na nie szczerze odpowiedzieć. Zawsze staram się patrzeć na moje życie jako połączenie pracy zawodowej i życia osobistego. Los Angeles to świetne miejsce do realizowania się na polu zawodowym. Kalifornia jest super i wiem, że wiele osób marzy o tym, aby tutaj mieszkać – ja również uwielbiam ocean, świetną pogodę i uśmiechniętych ludzi, ale z każdym, nawet najpiękniejszym miejscem na świecie jest tak, że z czasem powszednieje. No i nie mam tu przy sobie wszystkich moich ulubionych ludzi z Polski. Z kolei po przeprowadzce do LA świat w mojej świadomości skurczył się do tego stopnia, że żadna następna przeprowadzka nie wydaje się niczym wyjątkowym. W grudniu spędziłem kilka dni z przyjaciółmi w Berlinie, który bardzo mnie zauroczył swoim klimatem. I nawet naszła mnie taka luźna myśl: a może kiedyś Berlin? Czuję, że po wykonaniu kilku odważnych kroków w życiu nabieram pewności, że nie ma rzeczy niemożliwych. Naprawdę wszystko jest do zrobienia.

Artykuł pochodzi z
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada
i Studio
maj 2019
Kup teraz