Więcej...
26.07.2018 
Poly Chain fot. Sasza Hałuszczak

Poly Chain to pochodząca z Kijowa artystka, która po przyjeździe na studia do Łodzi swoją karierę muzyczną rozwija w naszym kraju. Już jakiś czas temu ukazał się jej debiutancki album "Music for Candy Shops", który swoim tytułem nawiązuje do płyty "Music for Museums" formacji AIR. W naszej rozmowie Sasha Zakrevska wraca pamięcią do swoich pierwszych muzycznych inspiracji, zespołu, w którym grała shoegaze ale też opowiada o tym jak została zmuszona do zagrania live act'u na instrumencie, który niedługo wcześniej miała pierwszy raz w rękach.

Jakie jest twoje pierwsze „muzyczne” wspomnienie?

Poly Chain: Z opowieści mojej mamy wynika, że pewnego dnia 1997 lub 98 roku poszłyśmy razem do opery w moim rodzinnym Kijowie. Główną atrakcją dla zgromadzonej widowni były tancerki w sztywnych paczkach i tancerze w błyszczących rajtuzach. Gdy wróciłyśmy z mamą do domu, to babcia zapytała mnie, co najbardziej mi się podobało. Sądziła, że powiem właśnie o tych tancerzach lub scenografii, a ja opowiadałam o orkiestrze. Fascynował mnie ten dziwny pan z patykiem, na którego wszyscy patrzą, a do tego tyle instrumentów – skrzypce, trąbki, dzwoneczki i wiele innych. Wtedy pierwszy raz poczułam, że chciałabym dołączyć do tej „zabawy”. Co prawda, musiałam jeszcze trochę poczekać, ale kiedy rodzice skończyli remont, wstawili do mieszkania pianino, o które wierciłam im dziurę w brzuchu już od dłuższego czasu.

Długo uczyłaś się gry na pianinie?

Skończyłam pierwszy stopień szkoły muzycznej, ale tak naprawdę spędziłam w szkole rok dłużej, bo rodzice wysłali mnie tam wcześniej. Równolegle do nauki gry na instrumencie miałam szereg innych dodatkowych zajęć, jak balet czy warsztaty plastyczne, ale ostatecznie postawiłam na muzykę.

 

 

Jaka muzyka wywarła wtedy na ciebie największy wpływ?

Ciocia i wujek zgromadzili niewielką kolekcję płyt winylowych i dzięki nim poznałam takie zespoły jak Pink Floyd, King Crimson i Led Zeppelin. Ze wschodnich formacji w tamtym czasie słuchałam zespołu Kino i Maszyna Wriemienii. Wokalista tego ostatniego, Andriej Makarewicz miał, podobnie jak ja, kręcone włosy i od razu ogromnie mi się spodobał. Dodatkowo prowadził bardzo fajny kulinarny program Smak. Pochodzę z dużej rodziny i jeżeli kuzyn czy kuzynka słuchali czegoś ciekawego, to później dzielili się tym ze mną. Takimi naprawdę przełomowymi dla mnie artystami byli DJ Krush i Flying Lotus. Lubiłam też Slowdive, Boards of Canada czy Emerson Lake and Palmer. Dzięki tym ostatnim zaczęłam bardziej interesować się tematem syntezatorów.

A co z muzyką klasyczną?

Miała na mnie duży wpływ w sensie ilustracyjnym. Nauczyłam się wyobrażać sobie barwy czy nastroje i zapisywać je w partyturach. Zalążki pierwszych utworów tworzyłam w wieku 10 lat, kiedy program szkoły podstawowej zaczął mnie nudzić. Niestety, nie było wtedy w moim otoczeniu właściwego człowieka, który w jakiś sposób by mnie poprowadził i zachęcił do dalszego komponowania własnych utworów.

Przestałaś grać?

Zrobiłam sobie rok przerwy. A później grałam w różnych kapelach i w jednej z nich zostałam na dłużej. Chłopaki z zespołu byli ode mnie starsi przynajmniej o 5, a czasem i 10 lat, więc mieli na mnie spory wpływ, jeżeli chodzi o muzykę. Podobnie jak sama stylistyka, tak i nazwa naszej kapeli była trochę dziwna – Summer God Teachings. Graliśmy mieszankę shoegaze’u i progresywnego rocka.

Od początku zakładałaś, że wyjedziesz na studia do naszego kraju?

Uczyłam się w niemieckiej szkole i tak naprawdę to przez całe życie chciałam wyjechać właśnie do Niemiec. Byłam nawet parę razy na wymianie w Hamburgu, kilku wycieczkach w Berlinie czy nad Bałtykiem i zawsze bardzo mi się tam podobało. Koniec końców, kiedy przyszedł już ten moment, żeby decydować się na studia, moi rodzice wzięli rozwód i nie było pieniędzy na wyjazd do Niemiec. Jednak starczyło na Polskę. Zanim wyjechałam, zdążyłam zaliczyć dwa lata historii sztuki w kijowskiej Akademii Sztuk Pięknych, a dużo wcześniej zaczęłam bawić się programami graficznymi. Poszłam zatem na grafikę do Łódzkiej Wyższej Szkoły Informatyki na kierunek grafiki projektowej.

Jak dzisiaj wspominasz tamten okres?

Nieźle mówiłam po polsku i nie bałam kontaktować się z ludźmi, więc nie miałam raczej problemów z nawiązywaniem relacji. Niestety, nie przełożyło się to na żadne „muzyczne” znajomości, choć miałam nadzieję, że znowu uda mi się grać w jakiejś kapeli. Zatem wspominam tamten czas jako odrobinę samotny, choć z drugiej strony miałam możliwość skoncentrowania się nad własnymi projektami i uczyłam się Abletona. Wtedy też zaczęłam eksperymentować z edytorami wideo, np. poznałam zestaw wtyczek After Effects, Red Giant Trapcode Sound Keys, za pomocą których można łączyć efekty wizualne z częstotliwościami dźwiękowymi.

Ostatecznie jednak „zakotwiczyłaś” w Warszawie.

Jeszcze studiując w Łodzi, często przyjeżdżałam tutaj na imprezy. Za którymś razem trafiłam do Eufemii, gdzie poznałam m.in. Darka Pietraszewskiego, Radka Sirko i Emila Macherzyńskiego. Sporo gadaliśmy o muzyce, sprzęcie i złapaliśmy wspólny klimat. Jesienią 2015 roku jeden z moich kawałków pojawił się na składance Kalejdofon, którą wydał Emil. Pod koniec ostatniego semestru postanowiłam przenieść się do Warszawy na stałe. W podjęciu tej decyzji pomogło mi też to, że tutaj udało mi się znaleźć pracę.

 

„Przy okazji występów zapisuję partyturę każdego utworu – numer pętli z numerem presetu, skale i ewentualnie jakieś efekty oraz kroki sekwencji”



Poza muzyką zajmujesz się też grafiką. Bass Jan Other opowiadał o tym, że znajduje pomiędzy tymi dziedzinami wiele cech wspólnych. Która z nich jest u ciebie dominująca?

Problem jest taki, że jako emigrantka spoza Unii Europejskiej muszę posiadać dokumenty potwierdzające, że jestem zatrudniona. Jeżeli stracę pracę, to na znalezienie nowej mam 30 dni, inaczej musiałabym stąd wyjechać. A więc praca na stanowisku grafika dawała mi pod tym względem komfort. Niedawno podjęłam pewne ryzyko: rzuciłam robotę, a żyłam z indywidualnych zleceń i grania imprez. Muszę powiedzieć, że finansowo dawałam radę, ale kiedy nie ma zleceń, muszę pamiętać o tych 30 dniach. Dlatego znowu zatrudniłam się w agencji jako grafik. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Natomiast nie umiem odpowiedzieć na pytanie, którą z tych rzeczy chciałabym robić bardziej. Rysując, odpoczywam od muzyki, a grając na instrumentach, odpoczywam od komputera. Pewnie również stąd wynika moja słabość do hardware’u.

Pracujesz głównie w środowisku analogowym?

W Abletonie jedynie nagrywam ścieżki i robię postprodukcję. Zwyczajnie nie mam cierpliwości do wtyczek VST, chociaż czasami korzystam z tego, co oferują. Przez moje ręce przeszło sporo ciekawego sprzętu. Pierwsze były jakieś Casio i Yamaha z serii PSR, z której dało się wykręcić interesujące barwy i drony. Potem basista mojego zespołu kupił MoogerFoogery, Little Phatty i Taurusa, do których miałam nieograniczony dostęp. Jednym z syntezatorów, które zostały ze mną na dłużej, był Nord Lead 2X – wyposażony w dwa oscylatory oraz cięższe klawisze, co dla mnie okazało się bardzo istotne. Miałam też jakiś czas pożyczone DSI Mopho i Tetra. Zwłaszcza to drugie narzędzie kryje w sobie wiele ukrytych możliwości i aby je z niego wydobyć, trzeba poświęcić sporo czasu. Z kolei Mopho mogę polecić tym, którzy zamierzają dopiero rozpocząć swoją przygodę z syntezatorami. Ja korzystałam z niego głównie jako z sekwencera 16x4, takiego samego jak w DSI Prophet 08.

Do czego doprowadziły cię te poszukiwania?

W końcu zdecydowałam się na Propheta 08, którego pokochałam bezgranicznie. Szukałam polifonicznego analoga. Bardzo mi się podoba zabawa z sekwencerem, a biorąc pod uwagę to, że na każdym presecie możesz dać dwie warstwy i po dwa oscylatory, pojawiają się naprawdę duże możliwości. Ostatnio do mojego zestawu doszedł Korg Minilogue, a podczas występów na żywo korzystam też z gitarowych looperów Boss RC-1 i RC-3.

Jak wygląda twoja konfiguracja podczas grania na żywo?

Prophet 08 wchodzi do RC-1, w którym robię pętle w czasie rzeczywistym. Z RC-3 puszczam nagrane wcześniej i obrobione elementy rytmiczne i dogrywam drony oraz arpeggio z Minilogue. Przy okazji występów zapisuję partyturę każdego utworu – numer pętli z numerem presetu, skale i ewentualnie jakieś efekty oraz kroki sekwencji. Półtora roku temu zaczęłam grać sety didżejskie. Kilka razy grałam z komputera, a teraz korzystam z CD.

Wspomniałaś, że przy okazji pracy z syntezatorem Tetra sporo czasu spędziłaś na odkrywaniu jego funkcji. Korzystasz z instrukcji obsługi danego sprzętu?

Zaglądam do niej w zasadzie tylko wtedy, kiedy dochodzę do momentu, że nie wiem, jak osiągnąć dany efekt. Najpierw sprawdzam na jakimś standardowym presecie wszystkie filtry i jeśli uda mi się wykręcić jakiś fajny dronowy podkład, to od razu to zapętlam. Jeśli mi się nie bardzo podoba, to wtedy idę do arpeggio i badam jego funkcje. W starym OS Propheta 08 nie było czegoś takiego, jak Random Arp na jedną, dwie lub nawet trzy oktawy, a moim zdaniem jest to najfajniejsze i bardzo pomaga osobom, które same grać nie potrafią.

Ukraińska scena muzyki elektronicznej nie jest w Polsce zbyt popularna.

Nie jest popularna, ponieważ Polacy chętniej pójdą na występ artysty z Berlina niż tego z Odessy czy Dniepropietrowska – chyba, że miałaby być to CXEMA. Mamy tak wielu różnych, ciekawych twórców, że można o tym napisać książkę lub przynajmniej osobny artykuł! Na mnie wielki wpływ miała swego czasu Ałła Zahajkiewicz. To pani profesor z Akademii Muzycznej grająca IDM. Bardzo polecam takie kijowskie festiwale jak Strichka, Nexsound czy Brave! Factory lub tarnopolski Hamselyt. Można tam znaleźć dużo ciekawych ukraińskich artystów. Kiedy sama grałam na Nexsound, poznałam w końcu osobiście Heinali, czyli Olega Szpudeiko, który gra piękne ambienty z modularów. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałam Noisynth aka Stacie Flur i uważam, że jest perfekcyjna brzmieniowo, kompozycyjnie, ale i w miksowaniu muzyki na żywo. Staram się prezentować tych wszystkich artystów w moich setach didżejskich. Ostatnio sporo grałam Gnatenko.

Jak na tym tle wypada polska scena?

Niełatwe pytanie. Z jednej strony powstaje dużo ciekawej muzyki, organizowane są interesujące imprezy i festiwale, ale nadal brakuje mi takiego klimatu, jaki panuje na Ukrainie. Wydaje mi się, że jest to też efekt tego, że Polacy nie potrafią tańczyć. Mam również taką teorię, że z powodu lepszej sytuacji gospodarczej i możliwości większego zarobku staracie się odkładać pieniądze (np. na własne mieszkanie), a nie wydawać je na imprezy. W Ukrainie to praktycznie nierealne, więc ludzie żyją dniem dzisiejszym i bawią się tak, jakby miał być to ich ostatni raz.

 

 

Minęło już sporo czasu od wydania "Music for Candy Shops"...

Mam sporo nagranego materiału, tylko nie mogę jakoś zebrać go w całe wydawnictwo. Niedawno razem z Bartkiem Kruczyńskim nagraliśmy ambientowy album, który ukaże się na początku września nakładem greckiej wytwórni Into The Light. Wyszło tak, że to ja przekonałam Bartka do syntezatorów, bo do tej pory korzystał głównie z VST, a teraz kupił sobie Minilogue i Sub 37. Szczerze mówiąc, do Minilogue’a na początku nie byłam przekonana, bo moim zdaniem ma dosyć „zabawkowe” brzmienie i efekty. Razem z Bartkiem jechaliśmy pociągiem na festiwal Tauron Nowa Muzyka w Katowicach i kiedy okazało się, że w wagonie mamy dostęp do prądu, podłączyliśmy go, żeby nie nudzić się w drodze. Zapisaliśmy parę brzmień oraz patternów, które później stały się podstawą do jednego z naszych wspólnych kawałków. W każdym razie następnego dnia pojechałam na próbę przed wydarzeniem organizowanym przez Biuro Dźwięku Katowice, które towarzyszyło festiwalowi Tauron. Wszystko świetnie grało, kiedy nagle okazało się, że z mojego Propheta wyleciały wszystkie presety! Razem z chłopakami z Biura Dźwięku główkowaliśmy nad tym ze trzy godziny, ale nadziei nie było. Zadzwoniłam więc do Bartka, żeby pożyczyć jego Minilogue’a. Zagrałam na nim live i pomimo całego stresu wyszło chyba całkiem ładnie. Od tamtego momentu zmieniłam zdanie na temat tego instrumentu i dwa miesiące później miałam już własny egzemplarz. A w Prophecie trzeba było po prostu wyjąć i przeczyścić styki karty pamięci. Zatem chrońmy nasze syntezatory przed zakurzeniem...

Poza projektem z Phantomem pracujesz jeszcze nad czymś?

Cały czas nagrywam dla teatru, do galerii i dla performerów, co zabiera mi sporo czasu i energii. Nieustannie jednak słucham i gram muzykę innych ludzi i w ten sposób powoli zmieniam swoje preferencje barwowo-kompozycyjne. Sama jestem ciekawa, dokąd to mnie doprowadzi.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
czerwiec 2018
Kup teraz