Więcej...

MIN t - Mroczny neo-soul i klubowe "odchylenia"

30.11.2018 
MIN t - Mroczny neo-soul i klubowe "odchylenia" fot. Joanna Babiel

Porywająca gra na żywo to wyjątkowa umiejętność. Martyna Kubicz, szerzej znana jako MIN t niedawno ukończyła prestiżową niemiecką uczelnię Bimm Berlin Institute, na której obroniła pracę dyplomową właśnie o live act’ach. O tym, że pochodząca z Wrocławia artystka potrafi świetnie łączyć teorie z praktyką możecie przekonać się np. oglądając występ MIN t przed naszą kamerą. Jeżeli zaś chodzi o sam wywiad to Martyna opowiedziała nam m.in. o swoich trudnych początkach w szkole muzycznej, decyzji dot. wyjazdu do Berlina oraz ewoluującym setupie studyjnym na którym pracuje nad nowym wydawnictwem.

Przeszłaś cały cykl edukacji muzycznej, prawda?

MIN t: Do szkoły muzycznej trafiłam w wieku 7 lat i w zasadzie dopiero teraz skończyłam moją edukację muzyczną, bo właśnie obroniłam dyplom na studiach. Od początku uczyłam się grać na fortepianie klasycznym. Zawsze bardzo to lubiłam, choć ten wczesny etap nauki wspominam jako szalenie stresujący. Ogromnie denerwowałam się przed egzaminami i – szczerze mówiąc – było to dużo większe napięcie niż to, które odczuwam dzisiaj przed koncertami. Uważam, że narażanie dziecka już od najmłodszych lat na tak duży stres jest niepotrzebne i głupie. Później, kiedy trafiłam na fajną nauczycielkę, odzyskałam radość z gry na instrumencie. Nie musiałam już grać bezbłędnie najtrudniejszych etiud, a koncentrowałyśmy się na tym, żeby grać po prostu muzykę.

Dużo było takich momentów, w których chciałaś to rzucić?

Pewnie, zwłaszcza w gimnazjum, kiedy buzowały hormony i byłam głupia, jak chyba każdy nastolatek. Nie ma co ukrywać – nie miałam całkiem normalnego dzieciństwa, więc pojawiały się momenty, w których chciałam to rzucić i pójść do normalnego liceum. Dzisiaj jednak jestem bardzo zadowolona i dumna, że skończyłam Ogólnokształcącą Szkołę Muzyczną im. Karola Szymanowskiego I i II stopnia we Wrocławiu. Nie każdy ma nerwy, żeby to przetrwać, bo przecież kiedy wraca się ze szkoły do domu, to trzeba jeszcze usiąść do instrumentu przynajmniej na kilka godzin. Bez wątpienia była to dla mnie szkoła życia.

Po maturze poszłaś na studia muzyczne...

Po drodze była mała przerwa, bo skończyłam jeszcze wokal we Wrocławskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej i dopiero później trafiłam na studia do Bimm Berlin Institute. Zawsze bardzo lubiłam klasykę, ale również chciałam zacząć działać bardziej kreatywnie i rozrywkowo. Studia dały mi taką możliwość, nauczyłam się tam bardzo dużo, również w kwestii tego, jak działa muzyczny biznes. W Polsce można grać albo jazz, albo klasykę, co jest absurdem, a w Niemczech skończyłam kierunek Songwriting. Poznałam wielu profesjonalnych muzyków oraz ciekawe osobistości. Bardzo dobrze wspominam tzw. „master class”, czyli spotkania chociażby z basistką Beyonce czy basistą z kapeli Snarky Puppy. Było to naprawdę inspirujące i dało mi wiele do myślenia. Uświadomiłam sobie, że nie muszę działać jedynie na własnym podwórku, a mogę iść ze swoją muzyką dalej.

Uczyłam się zasad syntezy, miksu, masteringu, technik nagrywania i wielu innych rzeczy. Nigdy nie byłam technicznym freakiem, ale czuję, że ta wiedza i umiejętności pomagają mi w mojej autorskiej twórczości.

Czy to oznacza, że zostajesz w Berlinie?

Tak, chciałabym spróbować szczęścia tutaj. Nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego, bo raczej każdy ma świadomość, że jest to „mekka” muzyki elektronicznej. Bywa to zabawne, kiedy spotykasz obcych ludzi i okazuje się, że każdy z nich jest didżejem albo producentem. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim dane jest osiągnąć sukces – spotkałam tutaj bardzo wiele zagubionych artystycznych dusz, które cały czas tworzą, jednak zupełnie nic z tego nie wynika. Chcę jednak spróbować, bo w zasadzie czemu nie? W Polsce mam nadal pootwieranych sporo furtek, więc w każdej chwili mogę wrócić. Poza tym miejsce zamieszkania nie ma już dzisiaj aż tak dużego znaczenia jak kiedyś.

Na studiach miałaś dużo przedmiotów stricte technicznych?

Tak, uczyłam się zasad syntezy, miksu, masteringu, technik nagrywania i wielu innych rzeczy. Nigdy nie byłam technicznym freakiem, ale czuję, że ta wiedza i umiejętności pomagają mi w mojej autorskiej twórczości. Lubię wchodzić głębiej w produkcję, ponieważ można cały czas „kopać” i stale dowiadywać się nowych rzeczy.

Jak wyglądało samo zaliczenie?

Musiałam napisać pracę dyplomową o moich live act’ach. Porównywałam dwa modele występów na żywo – jeden z udziałem perkusisty i drugi, kiedy gram zupełnie solo. Trzeba było uwzględnić nie tylko techniki, jakimi posługuję się na scenie, ale również znaczenie przestrzeni, w której odbywa się występ, czy też w jaki sposób oddziałuje na ludzi. Było to bardzo ciekawe.

Z pewnością takie gruntowne przemyślenie zagadnienia grania na żywo ma swoje odbicie podczas twoich występów.

To wymusza jeszcze większą świadomość tego, co się robi. Samo to, że musiałam napisać o tym pracę, wziąć każdy szczegół na warsztat, uświadomiło mi, ile jeszcze mam do zrobienia w kontekście miksu i masteru seta. Także to, że powinnam mieć więcej możliwości żonglowania swoim repertuarem poprzez jego zmianę czy otwartą formę, a także ułatwiać sobie pracę. Przecież ludzie nie liczą, ile się robi loopów na minutę – tu chodzi o całokształt i jak najlepsze widowisko.

Zaprezentowałaś jeden ze swoich utworów w specjalnej sesji na żywo dla naszego magazynu.

Na nagraniu wykonuję utwór "Gates" z mojej płyty "Assemblage" w rozbudowanym koncertowym aranżu. "Gates" jest utworem inspirowanym Death Grips, więc jest to eksperymentalny rap, w którym pod koniec pojawiają się słodkie wokale r&b. Koncertowa wersja opiera się właśnie na tych wokalach, które prowadzą do house’owo-breakowego bitowego klimatu, a z kolei ten klimat buduje transowo-garażową stylistykę. Jest to mój "popisowy" koncertowy numer, gdzie robię niemalże wszystko na żywo i wymaga to ode mnie ogromnego skupienia.

Jak dużo wiedziałaś o produkcji, zanim trafiłaś na studia do Berlina?

Obsługę Abletona miałam opanowaną, bo jeszcze przed wyjazdem do Niemiec materiał na moją pierwszą EP-kę był gotowy. Zdaję sobie jednak sprawę, że produkcja to nie tylko obsługa Abletona, ale też cała masa wiedzy na temat aranżu, sprzętu, syntezy i wielu innych zagadnień. W liceum zaczęłam słuchać więcej elektroniki, wcześniej był Jamiroquai, ale też sporo funku i jazzu. Później odkryłam Björk, Boards of Canada i sety grane przez najlepszych didżejów na Boiler Room. Wtedy zaczęłam to wszystko eksplorować i tak mocno się wkręciłam, że cały czas z tego czerpię i nie mogę się tym wszystkim nacieszyć. Natomiast do moich pierwszych numerów przysiadłam zaraz po maturze, kiedy zrobiłam sobie rok przerwy w nauce – miałam więcej czasu i wtedy zaczęłam prężniej działać. Kolega pokazał mi Logica, a później kupiłam Rolanda AX-Synth, którego cały czas używam jako sterownika MIDI. Od zawsze lubiłam Roberta Glaspera, a w jego zespole grał saksofonista Casey Benjamin, który też korzysta z tego Rolanda, używając go jako klawiatury sterującej do wokodera. Od tego wszystko się zaczęło. Ja też bardzo lubię eksperymentować z wokalami i ostatnio dowiedziałam się, że jest możliwość grania chórków przez MIDI. Sampluję mój głos, a następnie tworzę nim harmonie – brzmi to robotycznie i dziwacznie.

„Pracuję nad kolejnym materiałem i myślowo jestem przy nowych rzeczach. Zwłaszcza, że płycie Assemblage poświęciłam przeszło dwa lata”

Po latach nauki gry na instrumencie nie miałaś oporów przed pracą przy komputerze?

Nie, szybko mi się spodobało, że mogę zrobić wszystko sama i nie potrzebuję w zasadzie nikogo do pomocy. Miałam okazję grać w różnych zespołach, ale w pewnym momencie zawsze pojawiał się problem, że ktoś nie miał czasu albo nie chciał czegoś robić. Bardzo mnie to denerwowało. Chciałam stać się zupełnie samodzielna, dlatego zainteresowałam się Abletonem. Wykupiłam kurs i spędziłam z nim całe wakacje. Nabrałam jednak dystansu do komputera, kiedy zawiódł mnie kilkukrotnie podczas grania na żywo. Niestety, mimo wszystko to komputer zajmuje nadal kluczowe miejsce w moim setupie, bo „dźwiga” całą sesję.

Co składa się na twój studyjny zestaw?

Korzystam z Nord Stage EX 2, Roland-AX Synth, Novation Bass Station, Maschine Mikro, TC Helicon Live Touch 2 oraz z fortepianu. Nie potrzebuję zbyt dużej ilości sprzętu, bo uważam, że łatwo się wtedy w nim pogubić. Wiem, gdzie szukać tego, co chcę uzyskać, mam swoje ulubione paczki brzmień, choć ostatnio coraz częściej staram się „kręcić” własne. Korzystam przy tym z Operatora albo Granular Sampler z Max for Live. Jeżeli potrzebuję nieco bardziej „acidowego” brzmienia, używam również wtyczki Arturia Lab, więc nazbiera się tego niemało. Niedawno zrobiłam pierwszą piosenkę, w której każdy dźwięk jest „wykręcony” przeze mnie i wyszło coś naprawdę świeżego. To dobry kierunek i zamierzam go kontynuować.

Być może to taki stereotyp myślowy, ale wydawało mi się, że skoro przez lata grałaś na fortepianie, to jednak będziesz preferować „ciepłe”, analogowe brzmienie.

Nie jestem orędowniczką niczego. Dopóki piosenka czy utwór zawiera emocje, to nie zwracam uwagi, czy coś zrobiono na analogu czy w cyfrze. Jeżeli chodzi o fortepian, to zawsze będę słyszeć różnicę między fizycznym instrumentem a jego cyfrową emulacją. Co prawda, nie wiem, czy wygrałabym „ślepy test”, ale samo brzmienie pianina znam praktycznie przez całe moje życie.

Nie jestem orędowniczką niczego - dopóki piosenka czy utwór zawiera emocje, to nie zwracam uwagi, czy coś zrobiono na analogu czy w cyfrze.

Twój debiutancki album "Assemblage" ukazał się już jakiś czas temu. Pracujesz nad nowym wydawnictwem?

Tak, będzie to zapewne EP-ka i chciałabym, aby wyszła na jesieni. Zamierzam na niej mocniej wrócić do elektroniki, bo słucham teraz właśnie takich rzeczy. Nadal mam słabość do żywych bębnów i na pewno zostaną one ze mną na scenie podczas grania na żywo. Właśnie miksuję mój pierwszy singiel i mogę powiedzieć, że będzie to takie eksperymentalne r&b, choć całość może pójść jeszcze w bardzo wielu różnych kierunkach. Generalnie jednak będzie to raczej klimat mrocznego neo-soulu z lekkim, klubowym „odchyleniem”.

A często wracasz myślami do swojego debiutanckiego krążka?

Zupełnie nie. Pracuję nad kolejnym materiałem i myślowo jestem przy nowych rzeczach. Zwłaszcza, że "Assemblage" poświęciłam przeszło dwa lata i w pewnym momencie byłam już tym bardzo zmęczona. Inspirowałam się wtedy Hiatus Kayiote, starałam się, aby aranż oraz instrumentarium nie były oczywiste. Dla wielu osób ta płyta była pozytywnym zaskoczeniem. Chciałam spełnić każdą moją muzyczną zachciankę i się nie ograniczałam.

Album wyszedł nakładem Regime Brigade.

Tak, to wrocławski kolektyw, z którego członkami znamy się od lat. Bardzo prężnie promują nowoczesną muzykę i ta kategoria „świeżości” jest dla nich bardzo istotna. W Berlinie pełno jest takich kolektywów, które zajmują się wydawaniem muzy, organizowaniem imprez i szeroko rozumianą promocją nowej muzyki. Teraz we Wrocławiu w zasadzie wszędzie słychać techno, a Regime proponuje trochę bardziej połamane bity i inne świeże gatunki. Organizują imprezy i koncerty w klubie Uczulenie. Ostatnio ściągnęli tam producentkę o pseudonimie Lyzza. Przyszło 50 osób, a ona później grała na Primaverze, gdzie została okrzyknięta największym odkryciem festiwalu. W Berlinie takie inicjatywy powodują, że jest to właśnie kultowe miejsce dla muzyków i producentów. Być może w polskich miastach też tak niebawem będzie.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
październik 2018
Kup teraz