Ment XXL - Z nikim się już nie ścigam

11.05.2020  | Piotr Lenartowicz
Ment XXL - Z nikim się już nie ścigam fot. Ania Bystrowska

Ment XXL, producent znany z formacji Rasmentalism spotkał się z nami na chwilę przed planowaną premierą ich nowego krążka pt. Geniusz. Z pewnością album ten jest jednym z najlepszych w dorobku grupy, ale wszyscy przekonają się o tym dopiero za jakiś czas, ponieważ z wiadomych przyczyn jego premiera została przesunięta. W oczekiwaniu, aż Geniusz trafi na półki w sklepach z płytami zapraszamy do lektury wywiadu z "Mentosem", który opowiedział nam co nieco o swojej pracy w studiu.

Takiemu weteranowi ciągle towarzyszy ekscytacja związana z wydaniem nowej płyty?

Ment XXL: Ekscytacja jest zawsze, w końcu to długie miesiące naszej pracy, ale pojawiają się też bardzo różne emocje – „napinka” i luz jednocześnie. Ostatecznie to wszystko zostaje wystawione na widok oraz słuch publiczny. W tym napięciu i oczekiwaniu nie ma raczej złych emocji – jestem zadowolony ze swoich produkcji jak i całego przebiegu powstania najnowszego albumu, ale już sam koniec pracy twórczej jest zarazem początkiem czegoś niefajnego. Dla mnie to zawsze najtrudniejszy okres, a tym razem trwa on wyjątkowo długo, bo jakieś dwa miesiące. To wpłynęło na moje poprawki w miksie, ponieważ Geniusz to materiał bardzo organiczny i w pewnym sensie „miękki”, a Michał Zych (Enzu), który go miksował zazwyczaj robi rzeczy w trochę innym kierunku. Musiałem go nieco pacyfikować, żeby uwypuklić to, na czym mi zależało.

To może wygodniej byłoby samemu zająć się miksem?

Szczerze mówiąc na Geniuszu sporo moich miksów było zbliżonych do tego jak wyglądały one finalnie, ale problem jest taki, że po wielu godzinach spędzonych nad numerami trudno jest znaleźć brzmieniowy obiektywizm. Czuję się pewniej, kiedy komuś to oddaję i później porównuję do moich wersji. Przy okazji pracy nad Geniuszem pierwszy raz tak mocno zwróciłem uwagę na najbardziej banalną i podstawową sprawę, czyli proporcje głośności między głównymi ścieżkami. Kiedyś miałem tendencje do „przeprodukowania” – dawałem pięć różnych werbli, a w refrenie musiały wejść cztery nowe syntezatory. Wciąż moje numery mają dużo ścieżek, ale aktualnie większość z nich to jednak wokale.

Ile tych ścieżek potrafi być?

Różnie, między 15 a 50, ale tym razem dużo czasu poświęciliśmy na pracę z wokalami. Bawiliśmy się głosem Arka (Rasa) jak instrumentem. Wokal Rasa też ewoluuje, dziś jest bardziej świadomy, chociażby pod względem dykcji. Opanował i zna zasady działania aparatu mowy i przez to większość zwrotek nawija za jednym podejściem. Przy wokalach sporo eksperymentowaliśmy z efektami, stereo, pogłosem i przestrzenią. Może dorabiam do tego ideologię, ale dziś muzyka znaczy dla mnie więcej niż kiedyś – obserwuję to co robi ona ze mną i jak mogę przez nią wpływać na innych. Zacząłem intensywniej się temu przyglądać i świadomie to wykorzystywać. I nie robi się tego liczbą ścieżek, ale autentycznym pomysłem.

Przy okazji pracy nad Geniuszem pierwszy raz tak mocno zwróciłem uwagę na najbardziej banalną i podstawową sprawę, czyli proporcje głośności między głównymi ścieżkami.

W Dzisiaj nie zasnę gościnnie pojawia się Białas, a w raz z nim efekt auto-tune. Z kolei w kilku innych miejscach zmodyfikowany wokal Rasa przywołuje na myśl Quasimoto. Za pomocą jakich zabiegów staraliście się tworzyć historie z tych zwrotek?

Nigdy nie byłem przeciwnikiem auto-tune’a i nie uważałem, że ten efekt zabija muzykę. Co innego goście, którzy nie umieją go używać... W erze „trashowego” rapu, robionego teoretycznie od niechcenia leżąc na łóżku, nie ma czegoś takiego jak dekalog tego co można, a czego nie wypada robić. Jestem za otwartą formą i sięganiem po wszystkie możliwe narzędzia, bo przecież po to one są. Przy okazji pracy nad Geniuszem testowałem różne zabiegi, ale najczęściej było to warpowanie z Abletona oraz wtyczki takie jak Echoboy i Decapitator od SoundToys, delay FabFilter Timeless i pogłos Pro-R, a także D16 Syntorus Chorus.

Zobacz także test wideo:
Soma Laboratory Pulsar-23 (maszyna perkusyjna/syntezator modularny)
Soma Laboratory Pulsar-23 (maszyna perkusyjna/syntezator modularny)
Zdaniem autora testu, Marcina Staniszewskiego, Soma Laboratory Pulsar-23 zachwyca brzmieniem, wyglądem i funkcjonalnością, co sprawia, że za kilka lat będzie to klasyk pokroju EMS Synthi AKS.

W którym momencie wiesz, że dany numer jest skończony?

Jednym z decydującym czynników jest chwila, kiedy nie masz już siły i nie chcesz jej sztucznie generować. Jeśli podczas takiego neutralnego przesłuchania kawałka uznasz, że nic więcej nie potrzeba to dla mnie wystarczy. Przykładowo w kawałku Numer, gdzie pojawia się Dawid Podsiadło i Mateusz Dopieralski (Vito Bambino) dogrywaliśmy backwokale Mateusza pod zwrotkę Dawida, ale na dzień przed oddaniem kawałka do dystrybucji cyfrowej wycofaliśmy się z tego. Przez lata uczysz się, że czasami warto odpuścić. Często jest żal tego momentu, kiedy było już „ok”, ale chciało się jeszcze więcej i finalnie kończyło się na niczym. Wydaje mi się, że w stanie pełnego zaangażowania w pracę nad utworem nie sposób uzyskać coś więcej niż „ok”. Wszystkie fajniejsze emocje pojawiają się do tego momentu, a potem tylko się z nich wypruwasz, bo jest kalendarz i deadline.

Mówiłeś, że Ras jest raperem świetnie znającym swój „instrument”. Ty też dążysz do jak najgłębszego poznania narzędzi z których korzystasz?

Tak, jestem jeszcze z ery przed-internetowej, kiedy wszystkie tajniki produkcji trzeba było odkrywać samemu. Kiedy kupiłem swoje pierwsze Akai MPC 2000 XL to siedziałem nad nim jak nad słownikiem hebrajskiego. Nie było nikogo kto mógłby mi cokolwiek podpowiedzieć. Nawet jak już pojawił się YouTube to musiało minąć jeszcze sporo czasu zanim nastała „era tutoriali”. Nie było łatwo, ale z drugiej strony pozwoliło mi to wypracować cierpliwość oraz pewną dyscyplinę pracy – metoda prób i błędów to najlepszy nauczyciel. Co prawda pojawiały się błędy systemowe w mojej głowie i wydawało mi się, że coś jest prawdą, choć nie było, ale koniec końców okazuje się, że to wszystko nie ma znaczenia. Liczy się przede wszystkim kreatywność. To ona decyduje, jak działasz, a nie program, którego używasz. Myślę, że improwizacja to 70% sukcesu, natomiast pozostałe 30% to przygotowanie i wypracowany wcześniej workflow.

Niektórzy producenci mówią, że udało im się odnaleźć własny sposób na dany sprzęt.

Albo im się wydaje, że tak jest. To jest podobnie jak z jeżdżeniem na „odkrywcze” wycieczki, kiedy wydaje ci się, że widziałeś coś jako pierwszy, a później okazuje się, że na Google jest 1.200 recenzji tego wodospadu i kolejne kilka tysięcy jego zdjęć. Dlatego chyba nawet lepiej tego nie wiedzieć i uważać, że coś się samemu odkryło. Ja tak mam. Bezpieczniej jest pozostać w swojej bańce, a nie szukać bez przerwy bardziej zielonej trawy. Wracając do brzegu, jeżeli chodzi o sprzęt to jestem minimalistą i staram się bardziej wykorzystywać swoją wyobraźnię niż hardware. Dlatego też płyta Geniusz jest dla mnie tak bardzo ważna, ponieważ zrobiłem na niej wszystko co chciałem, jeżeli chodzi o pomysły, „zajawki” i wizję tego jak powinien wyglądać ten album. Stworzyliśmy pewien koncept brzmieniowo-stylowy, na którym bardzo mi zależało.

„Bezpieczniej jest pozostać w swojej bańce, a nie szukać bez przerwy bardziej zielonej trawy” (fot. Ania Bystrowska)

Właśnie chciałem powiedzieć, że Geniusz to bardzo osobista płyta Rasa, ale już podczas pierwszego odsłuchu zwracają uwagę produkcje, w których nie czuć potrzeby popisania się swoimi umiejętnościami, a raczej wszystko ma swoje uzasadnienie. To co mówisz teraz potwierdza, że to bardzo ważna płyta również dla ciebie.

Mam swoją bajkę, gdzie jest mi dobrze. Tak naprawdę to nie chcę już za wiele zmieniać w moim stylu, zupełnie nie mam potrzeby rywalizacji z innymi producentami. Zawsze mówiłem, że najlepszą oceną własnej płyty jest odpowiedź na pytanie czy chciałbyś jej słuchać, gdyby zrobił ją ktoś inny. W tym przypadku zdecydowanie tak jest – chciałbym, żeby wychodziły takie płyty. To jest rzecz, którą mogę puścić każdemu i nie mam z tą płytą żadnego bólu. Do tego kawałki są w pełni autorskie, gdyż sampli używałem jedynie sporadycznie.

Wszystko wyczyszczone?

W Polsce to raczej trudny temat i stąpanie po cienkim lodzie. Kiedyś próbowaliśmy wyczyścić sampel w numerze Zima, który otwierał krążek 1985, ale mieliśmy bardzo niefajny „clash” ze znaną wokalistką i nic z tego nie wyszło. Musieliśmy działać trochę naokoło, ale więcej grzechów nie pamiętam.

Kiedy u ciebie miał miejsce ten „przeskok” od używania sampli do w pełni autorskich zabiegów?

Myślę, że przy pracy nad albumem Za młodzi na Heroda. To wtedy pojawił się Marek (Tort) i ten środek ciężkości zaczął się przesuwać, bo Marek wie o co mi chodzi. Kiedy pojawiał się jakiś problem z progresją albo harmoniami, Marek włącza Rhodesa i jest po sprawie. Mamy podobne poczucie estetyki w muzyce. Sample w pewnym momencie zaczęły być dla mnie ograniczeniem, więc stopniowo od tego odchodziliśmy i ostatecznie na naszym poprzednim albumie Tango całkowicie przeszliśmy na granie i autorskie produkcje. To jest ogromna frajda, kiedy wkładasz do muzyki 100% swojego potencjału albo współpracujesz z kimś kto potrafi dobarwić twoje produkcje. Na Geniuszu jest sporo takich osób: wspomniany Marek Tort, Piotrek Pacak, Łukasz Belcyr, Kuba Badach, Weronika i Sara czy Kuba Goleniewski. Piotrek dograł bas w ostatnim numerze na płycie, Łukasz ma mega głowę do melodii gitarowych, a Kuba wymyślił wspólnie z Markiem motyw w Możesz zniknąć i go świetnie zaśpiewał. Weronika i Sara wniosły lekkość i dużo słońca jako chórek! A Kuba aka Jaq Merner to nasz ziomek, którego nie mogło zabraknąć, więc też ma swoją wokalną część. Mam to szczęście, że mogę pracować z ludźmi, o których kiedyś tylko marzyłem. To ogromna frajda i satysfakcja. Przykładowo wspominany już wcześniej Numer jest remiksem mojego samplowanego bitu, który Marek „pokolorował” akordami z Rhodesa i brzmieniami różnych wtyczek (m.in. emulacją Motifa) i wylądowaliśmy gdzieś koło tego co kojarzy mi się ze wczesnymi produkcjami Pharella. Pamiętam jego słowa w wywiadzie u Ricka Rubina, że najciekawsze momenty w studiu to te, kiedy wszytko średnio idzie, ale nagle po 10 minutach jesteś w innym świecie i nie wiesz co się po drodze zdarzyło. Kilka razy mieliśmy podobne doświadczenie przy pracy nad Geniuszem. To najlepsze uczucie jakie możesz osiągnąć zajmując się muzyką. Przynajmniej ja nie znam lepszego.

W studiu cenisz minimalizm, z czego w takim razie korzystasz?

Używam przede wszystkim klawiatury Komplete Kontrol. Kiedyś korzystałem z bazy brzmień Native Instruments, ale przy tej płycie rzadko do nich sięgałem. Raczej były to produkty Arturii, jak chociażby Stage-73, Solina, Mellotron, ale też tych bardziej syntetycznych jak DX7, CS-80 czy Prophet. Jest Spectrasonics Omnisphere, a podstawa to niezastąpiony Trilian, często podbijany próbkami różnych 808, które sobie gdzieś tam zbierałem i odkładałem. Podobnie mam z bębnami i wszystkimi innymi perkusyjnymi brzmieniami. Nie używam do nich żadnych wtyczek, korzystam ze swoich próbek, które mam podzielone na oddzielne drum racki.

Od czego z reguły zaczynasz pracę nad kawałkiem?

Początek produkcji jest bardzo impulsywny i dobrze jak nie ma w tym za dużo analizy. Włączam kompa i albo się topię, albo unoszę na wodzie. Chociaż jak są dobre „lolki” to zawsze się dobrze płynie – mamy nawet taki numer Jakoś dziwnie bez palenia. W muzyce bardzo to pomaga i znam naprawdę niewiele osób z branży, które działają bez tego. Nawet nie chodzi o włączenie kreatywności, bo ona zawsze gdzieś tam jest, tylko o wyłączenie tego typa w środku, który ciągle powtarza, że „nie”, przez co odbiera całą frajdę z robienia muzyki. Bo ten cały proces to przede wszystkim ma być frajda, zabawa, przyjemność i jakiś rodzaj zapomnienia. Dla mnie produkcja muzyki jest rodzajem medytacji, kiedy nie myślę o niczym innym tylko wchodzę w tunel i mam czasową kwarantannę od życia. Różne substancje pozwalają wejść tam od razu, a bez nich znalezienie wejścia zajmuje sporo czasu.

Mam swoją bajkę, gdzie jest mi dobrze. Tak naprawdę to nie chcę już za wiele zmieniać w moim stylu, zupełnie nie mam potrzeby rywalizacji z innymi producentami.

Jest pewnie szereg innych sposobów na to, żeby tam się znaleźć – żałujesz, że nie byłeś w szkole muzycznej?

Tak, ale nie jest to rzecz, która nie daje mi spać. Mam 34 lata i staram się nie poddać myśleniu, że na wszystko jest już za późno, bo najlepsi zaczynali w podstawówce. Dlatego ostatnio wymyśliłem, że chcę mieć Telecastera i zacząć zabawę z gitarą. Dużo słucham psychodelicznego rocka, mam „zajawkę” i ciągnie mnie do tego. W muzyce nie ma zasad, których trzeba kurczowo się trzymać. To jest taka przestrzeń, w której zawsze jest miejsce na wszystko. Znam wiele osób po szkole muzycznej, które nie mają pomysłu na siebie i podchodzą do tego bardzo matematycznie, nie zostawiając furtki na pomyłki. Stańko kiedyś powiedział, że improwizacja to błąd w myśleniu. Jak najwięcej takich błędów! Z drugiej strony nagrałem kilka rapowych płyt, gdzie wszystkie numery robiliśmy w określonym gridzie i trzymaliśmy się jakiejś formy, żeby tych błędów nie popełnić. Staram się to przełamywać.

Gitara to wyraz jakiejś tęsknoty za sprzętem? W końcu przez lata używałeś MPC, jak na prawdziwego hip-hopowego producenta przystało.

Gitarę traktuje przede wszystkim jako coś, co będzie mi służyło do ogólnego rozwoju, a przy okazji może czegoś się nauczę. Z gitarą można się położyć, siedzieć, stać – to mobilny, fajny instrument. Jest w tym jakaś potrzeba namacalności muzyki, to na pewno. Ale raczej nie grozi mi totalny powrót do fizycznych urządzeń. Praca na MPC była mozolna, w pewnym momencie miałem dość całego tego procesu zgrywania i wgrywania oraz błędów, które niejednokrotnie zabijały projekt. Strasznie mnie to męczyło. Porzucenie tego samplera wiązało się z odejściem od sampli, bo wgrywanie próbek do MPC po to, aby uzyskać jakieś brzmienie, które dzisiaj można osiągnąć na 100 innych sposobów, jest dla mnie po prostu głupie. Lubię mieć możliwość ingerencji w każdą część aranżu, a to gwarantuje mi tylko cyfrowe środowisko produkcyjne. Ciężko jest o improwizacje na instrumencie, na którym nie jest się wirtuozem – nie ma tej przestrzeni, aby otworzyć formę i zrobić coś nowego. Na komputerze dużo łatwiej stworzyć nowe rytmy i podziały. Na Geniuszu kilka razy starałem się od tego uciec.

„Muzyka to jedyna forma sztuki, która mnie gdzieś zabiera. I jest tam lepiej”

Było to już słychać na składankach Flirtini. No właśnie, co dzieje się z tym projektem?

Na razie mamy przerwę, ale niebawem znowu ruszymy. Nazbieraliśmy dużą liczbę bitów na nową kompilację, jednak cały czas przesuwamy jej premierę, bo po prostu chcemy zrobić to dobrze. Nie mamy jeszcze określonej wytwórni, choć pojawiają różne ciekawe opcje.

Masz jeszcze jakieś nowe pomysły na to, aby dalej spełniać swoje ambicje?

Na pewno chciałbym zrobić autorską płytę. Jako Flirtini dość dobrze trzymamy się z artystami związanymi z ekipą Soulection i wieloma innymi DJ-ami, których zapraszamy na występy w Polsce. Wiem, że to wszystko jest bardzo trudne, ale chciałbym w jakiś sposób wykorzystać te znajomości i spróbować swoich sił poza Polską. Zrobić płytę otwartą gatunkowo, tożsamą z tym co mam w głowie, połączyć bossa novę lat 60., jazz, muzykę plemienną, gitarową, brazylijską, a przy tym sporo współczesnych wpływów klubowych, z którymi mam styczność w każdy weekend. Postaram się jakoś te kropki połączyć.

Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że muzyka jest dla Ciebie dzisiaj dużo bardziej istotna niż kiedyś.

To wynika z bardzo wielu rzeczy, lecz chyba najbardziej ze zwrócenia uwagi na to co muzyka robi ze mną. Wcześniej o tym nie myślałem w ten sposób. Za każdym razem pozwala mi się przenieść na inną planszę i dopiero niedawno zacząłem doceniać to na bardziej metafizycznym poziomie. Muzyka to jedyna forma sztuki, która mnie gdzieś zabiera. I jest tam lepiej.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
kwiecień 2020
Kup teraz