Cool P (Ćpaj Stajl) - Rap i elektronika to naturalne połączenie

15.07.2020  | Piotr Lenartowicz
Cool P (Ćpaj Stajl) - Rap i elektronika to naturalne połączenie fot. Maciej Stępień

W ramach cyklu "Nowe Bity" staramy się bacznie przyglądać obrzeżom naszego hip-hopu, ponieważ mają one na tyle rewolucyjny charakter, że być może skierują bieg głównego nurtu na nieco bardziej odkrywcze tory. Cool P, stojący za projektem Ćpaj Stajl na pewno ma do tego predyspozycje o czym mogliśmy przekonać się najpierw w 2019 roku, kiedy wypuścił głośny materiał Lato w Ghettcie, oraz kilka miesięcy później, gdy dołożył do tego EP-kę Melodramat. Z pochodzącym z Krakowa raperem i producentem spotkaliśmy się, aby prześledzić jego dotychczasowy muzyczny szlak, oraz popytać o kierunki, które dopiero się przed nim otwierają.

Jak w ogóle zainteresowałeś się tworzeniem muzyki?

Cool P: Tak naprawdę to chyba inaczej być nie mogło, bo wychowałem się w muzycznej rodzinie – moi rodzice przez lata grali w różnych zespołach. Mało z tego pamiętam, ale wiem, że jako dzieciak jeździłem z nimi na pojedyncze koncerty. W dzieciństwie miałem kilka „podejść” do gitary, ale ostatecznie zawsze odpuszczałem. Dopiero kilka lat temu wziąłem się za to trochę poważniej i dziś nawet przemycam gitarę w niektórych numerach. Wtedy jednak zainteresowałem się rapem, bo też wpadłem w takie środowisko.

Rap był dla ciebie formą buntu wobec muzyki granej przez rodziców?

Nie, zawsze bardzo lubiłem muzykę, którą grali i do dzisiaj tamte numery mi się podobają. Mój ojciec ma niesforną naturę przez co współpraca z nim jest niezwykle trudna i pewnie dlatego nigdy nie osiągnął sukcesu na miarę swojego talentu. Rap pojawił się jakoś niezauważenie – przeskok od Smerfnych Hitów do Nagłego Ataku Spawacza był zupełnie naturalny i nawet nie pamiętam czego słuchałem pomiędzy. Razem z kuzynem wyjechałem na kolonie i tam kupiliśmy kasetę Nagłego Ataku Spawacza. On już coś tam kumał, bo był ode mnie parę lat starszy. Wieczorem chowaliśmy się pod kołdrami i po ciemku słuchaliśmy tej taśmy. Z jednej strony bałem się tego dziwnego gadania z mnóstwem przekleństw, ale z drugiej szalenie mnie to pociągało. Obaj byliśmy pod silnym wpływem tych kawałków i jak wróciliśmy do domu to zaczęliśmy nagrywać różne głupoty na starym kaseciaku. To były alternatywne wersje Doliny Muminków, gdzie wszystko miało podtekst seksualny i było pełne wulgaryzmów. Taka szczeniacka zabawa, ale już nastawiona na nagrywanie i przetwarzanie własnego głosu.

Kuzyn miał na ciebie duży wpływ.

Tak, to on wprowadził mnie w świat technologii i hip-hopu, czyli mówiąc wprost: „sprowadził na złą drogę”. Dziś jest już porządnym człowiekiem po Akademii Sztuk Pięknych, a ja zostałem z tym wszystkim sam (śmiech). Na któreś święta albo urodziny dostał program Hip-Hop Music Maker i później bez przerwy „trzaskaliśmy” u niego bity. Ja miałem jeszcze wtedy starą Amigę i byłem przed mutacją, więc mogła być to czwarta lub piąta klasa podstawówki.

A jak na to wszystko reagowali twoi rodzice?

Szczerze mówiąc nie pamiętam, bo to było bardzo dawno, ale wtedy raczej nie liczyłem się z ich zdaniem – robiłem rap i tyle. W okolicach 2008 lub 2009 roku, w zasadzie z dnia na dzień, zakochałem się w mocniejszej elektronice. Poszedłem na imprezę, gdzie przez całą noc serwowano taką „sieczkę” i od razu stwierdziłem, że już w tym zostaje. Gdy później puszczałem te rzeczy w domu, moja mama obawiała się, że zacząłem brać narkotyki...

„Cały czas się uczę i choć jestem dość oporny w zdobywaniu wiedzy to coraz więcej słyszę i rozumiem” (fot. Marcin Stępień)

Raperzy w Krakowie zawsze sięgali po „elektroniczne” bity dużo chętniej niż czynili to ich koledzy po fachu z innych stron Polski.

To prawda, nawet chłopaki z hardcorowej Firmy nawijali do dancehallowych riddimów. Poza tym Mercedresu zawsze mocno zahaczał o Jamajkę i Wielką Brytanię, a oprócz tego Wysoki Lot z PZG w pewnym momencie wjechali z charakterystycznymi „wiertarkami”. U mnie zaczęło się to jakoś mimowolnie, bo zawsze chętnie słuchałem innej muzyki niż rap i tak naprawdę to od kilku lat chciałbym już od tego rapu uciec, ale ciągle jakoś nie potrafię. Za małolata nasłuchałem się dużo zespołów takich jak Massive Attack, Portishead, Chemical Brothers, Gorillaz czy Moloko, więc trudno się dziwić, że później wsiąknąłem w mocniejsze elektroniczne brzmienia. Fakt łączenia rapu i elektroniki zawsze wydawał mi się czymś naturalnym.

Gdy zaczęliście tworzyć bity z kuzynem to od razu ciągnęło cię do rapowania?

Zdecydowanie. Nie pamiętam jakie były moje ówczesne motywacje, żeby się tym zajmować, ale zwyczajnie uwielbiałem to robić. W pewnym momencie dostałem nowy komputer i mogłem już zainstalować Hip Hop Music Maker u siebie. W tym programie wszystkie loopy do siebie pasowały, więc nie było to szczególnie odkrywcze, ale sądzę, że to dobre narzędzie na początek. Razem z kuzynem mieliśmy skład KPW (Krakowski Punkt Widzenia), ale odrobinę rozmijaliśmy się w postrzeganiu rzeczywistości, bo ja wciąż byłem przed mutacją a on palił już trawkę, pił alkohol, był łysy i często wracał do domu z podbitym okiem. Mimo to nagraliśmy razem trochę kawałków. Bity powstawały w Hip Hop Music Maker, wokale rejestrowaliśmy w SoundForge mikrofonem wymontowanym ze słuchawek do Skype’a, a całość była miksowana w Acid Pro. Nie był to najbardziej intuicyjny system, ale ktoś nas przekonał, że tak powinno się robić.

W którym momencie zacząłeś poważniej myśleć o muzyce?

To stało się wraz z zainstalowaniem Fruity Loopsa. Wieczorami kleiłem bity, zamiast grać w gry komputerowe, jak reszta moich kolegów. W ten sposób w zasadzie codziennie powstawał nowy numer. Wydaje mi się, że to była wersja demo Fruity Loops 9, więc mogłem zapisać i wyrenderować projekt, ale nie było możliwości jego ponownej edycji. W tym programie były też przykładowe sesje, charakterystyczne dla poszczególnych gatunków muzycznych i lubiłem je przeglądać. Często kasowałem cały aranż, a zostawiałem jedynie brzmienia i na tych wcześniej ustawionych presetach tworzyłem jakieś swoje dziwactwa. Do dzisiaj mam całe archiwum od momentu, w którym dostałem komputer i w pewnym momencie widać tam naprawdę szybki progres. Nagle wszystko zaczęło mi się udawać – robiłem niekończące się aranże, przechodzące z klimatu w klimat i każda rzecz, jaka powstała wydawała mi się super. Wtedy ktoś mi powiedział, że Fruity Loops to nie jest prawdziwy program do robienia muzyki i jeśli chcę iść do przodu to muszę przesiąść się na bardziej profesjonalne narzędzie. Teraz wiem, że takie gadanie to bzdura, ale wtedy tego nie wiedziałem i zamieniłem FL Studio na Reasona.

To dość trudny program, który dopiero niedawno otworzył się na zewnętrzne wtyczki...

Wszystko prawda, ale i tak radziłem sobie nie najgorzej. Uczyłem się tego programu metodą prób i błędów – nigdy nie przeczytałem żadnego poradnika. Wszystko nabierało coraz poważniejszych kształtów, więc dążyłem do tego, aby poznać kogoś kto zajmuje się tym profesjonalnie. Na jednej z imprez w Krzysztoforach, czyli kultowym miejscu dla Krakowa, poznałem DJ Irona, który bardzo mocno siedział w stylistyce drum’n’bass. To były szalone czasy – zdałem maturę i w zasadzie bez snu spędziłem w tamtej mordowni całe wakacje. Później Iron pokazał mi parę najważniejszych patentów, jak chociażby efekt Haasa czy kompresję równoległą. Kiedy zacząłem uczyć się od kogoś kto „kręci” tymi wszystkimi pokrętłami bardzo świadomie, to okazało się, że tak naprawdę to nic nie wiem. Wszystko robiłem na ucho i naokoło.

„Jeśli chodzi o wokale, to zawsze rejestruję dużo ścieżek – są to różne podbicia i inne zabawy z głosem” (fot. Marcin Stępień)

Na jakimś etapie pojawił się sprzęt?

Miałem przez chwilę Akai MPC 1000 i inne rzeczy, jak np. microKorg, ale ich używanie było niewygodne i demotywujące. Opanowałem MPC do takiego stopnia, że potrafiłem zgrać loop z winyla, a następnie zrobić do niego perkusję i bas, ale nie chciało mi się później zgrywać wszystkiego na kartę pamięci. W komputerze cała ta operacja zajmuje mi parę sekund, a tam ładowało się to strasznie długo. To raczej sprzęt dla cierpliwych i poukładanych osób, które z pietyzmem rozkładają go sobie na biurku, przecierają kurze, parzą zieloną herbatkę i dopiero biorą się do roboty. Oczywiście wiem, że gdy złapie się odpowiedni workflow to praca na każdym sprzęcie może stać się szybka i płynna, ale na tym etapie to nie zabawa dla mnie. Działam zupełnie inaczej – do pracy zawsze popychają mnie bardzo silne impulsy. Z autopsji wiem, że to nie jest najlepsza formuła, bo kiedy przychodzę do studia bez żadnego pomysłu, to nie wiem od czego zacząć. Lepiej byłoby mieć wszystkie sample poukładane w odpowiednich katalogach tak jak Bartosz Kruczyński, który niedawno opowiadał o tym w wywiadzie dla waszego magazynu. Mam co prawda ogromną bibliotekę sampli od Irona, ale czasami trudno się w tym ogromie próbek połapać.

Jak wygląda twój aktualny system studyjny?

Dziś głównie korzystam z Abletona Live 10 na MacBooku z 2012 roku, który zupełnie mi wystarcza, co w sumie nie przestaje mnie zaskakiwać. Mam interfejs Apogee Element 46 i jestem z tego sprzętu bardzo zadowolony. Jeżeli chodzi o odsłuchy to używam monitorów ADAM A77X, choć wiem, że są trochę za duże do mojego pomieszczenia. Cały czas się uczę i choć jestem dość oporny w zdobywaniu wiedzy to coraz więcej słyszę i rozumiem. Nie korzystam z Pusha, ale mam pady Akai MPD32, klawiaturę sterującą Novation Launchkey Mini i cyfrowe piano Yamaha P-155 z ważonymi klawiszami, którego używam głównie jako kontrolera MIDI. Jakiś rok temu kupiłem Behringera Model D i choć na razie głównie się kurzy, to planuję pokręcić na nim basy na nową płytę. Ostatecznie myszką pracuje mi się najwygodniej, ale miałem też moment, w którym postanowiłem, że wszystkie zarobione pieniądze zainwestuje w sprzęt muzyczny. Naczytałem się w internecie, że trzeba mieć przede wszystkim syntezatory, bo wtyczki VST do niczego się nie nadają i faktycznie bardzo się w to wkręciłem. Chciałem już nawet brać różne drogie sprzęty na raty, ale na szczęście mi nie dali...

Zobacz także test wideo:
Soma Laboratory Pulsar-23 (maszyna perkusyjna/syntezator modularny)
Soma Laboratory Pulsar-23 (maszyna perkusyjna/syntezator modularny)
Zdaniem autora testu, Marcina Staniszewskiego, Soma Laboratory Pulsar-23 zachwyca brzmieniem, wyglądem i funkcjonalnością, co sprawia, że za kilka lat będzie to klasyk pokroju EMS Synthi AKS.

AKAI MPC to raczej sprzęt dla cierpliwych i poukładanych osób, które z pietyzmem rozkładają go sobie na biurku, przecierają kurze, parzą zieloną herbatkę i dopiero biorą się do roboty. Na tym etapie to nie zabawa dla mnie.

Od czego z reguły zaczynasz pracę nad utworem?

Z tym bywa bardzo różnie. Na przykład pracę nad utworem Gangi zacząłem od sampla. Było to brzmienie pianinka, które znalazłem przypadkiem przeglądając tablicę na Facebooku. Później zacząłem kombinować z harmonią – dołożyłem pady z Arturii Matrix-12 V2, a w tzw. międzyczasie położyłem na szybko bębny, nad którymi z reguły pracuję na końcu. Bas zagrałem na wtyczce Arturia Mini V i od razu wiedziałem, że kawałek będzie nawiązywał klimatem do g-funku, którym jaram się okrutnie. Następnie zaprogramowałem sekwencer w tym samym VST i wyszło z tego syntetyczne arpeggio. Łukasz Rajski podbił je jeszcze na gitarze swoimi „patykami”, a później dograł jeszcze slidy słyszalne na początku numeru i w refrenie. Refren miałem w głowie od dłuższego czasu, bo jego druga połowa wzięta jest z kawałka W całej mojej okolicy, który nagrałem z Konym w 2013 roku. Dopisałem więc kawałek refrenu i całość zarejestrowałem w trzech oktawach – wyszło mocno gangstersko. Od razu wiedziałem, że do tego numeru muszę zaprosić Lastdensa i Sabota, z którymi koniecznie chciałem coś zrobić. Wszystko wyszło tak jak sobie założyłem. Zrobiłem aranż, dodałem dźwięk wystrzału z pistoletu po ostatnim refrenie i bang! Mamy hit, a west-coastowa piszczałka zagrana na Sonic Academy ANA to taka wisienka na torcie...

Ile ścieżek mają twoje kawałki?

Projekty często mają po 70 ścieżek. Bywa, że połowa z nich jest wyłączona, ale ja nie mogę przestać, więc niekiedy gubię się w tym gąszczu. To wynika z tego, że wrzucam dużo krótkich sampli FX, które później przepuszczam przez różne efekty. Miejscami pojawiają się nieregularne bębny, reverb i delay na pojedynczych dźwiękach perkusji, czy też automatyka panoramy. W swoich produkcjach najbardziej lubię swobodne przejścia, zmiany klimatu i granie na emocjach. Jeśli chodzi o wokale, to zawsze rejestruję dużo ścieżek – są to różne podbicia i inne zabawy z głosem. Na koniec wszystko sobie na spokojnie układam.

Podobnie jak większość sceny rapowej używasz auto-tune’a.

Tak, ale ostatnio totalnie zbrzydł mi ten efekt. Rzeczywiście długo miałem na niego „zajawkę”, jednak na nowej płycie raczej go nie będzie. Jestem zły, że zamiast ćwiczyć swój własny warsztat wokalny to ciągle wyłem przez auto-tune. Jeszcze zanim stał się popularny w rapie, pojawiał się w kawałkach dance-hallowych i już wtedy czułem, że będą z nim kłopoty. Ostatecznie sam go zainstalowałem i później nie mogłem się mu oprzeć, ale naprawdę wystarczy. Niedawno zainwestowałem w mikrofon Telefunken AK-47 MKII – kupiłem egzemplarz, na którym nagrano numer Ona tańczy dla mnie... Wydaje mi się, że mój tor wokalny jest porządny, bo mam jeszcze przedwzmacniacz Warm Audio WA12 MKII. Wszystko co można usłyszeć na płytach wyprodukowanych przeze mnie jest rejestrowane i miksowane w moim w studiu. Jeżeli chodzi o postprodukcję, to w tym aspekcie wspiera mnie DJ Iron, ponieważ zawsze pod koniec pracy nad albumem tracę dystans do całego materiału i potrzebuję kogoś, kto pomoże mi go zamknąć. To jest też dla mnie najtrudniejszy etap, bo nie umiem wtedy ocenić wartości tych numerów. Kiedy wypuszczaliśmy Lato w Ghettcie to miałem wrażenie, że cały ten materiał to jedna wielka lipa...

O tej trudności mówi wielu producentów i to też w jakiś sposób łączy się z tematem zamykania numerów, czyli odpowiedzi na pytanie, kiedy już odpuścić?

Tak, to prawda. Ja też nie potrafię powstrzymać się przed niekończącym rozbudowywaniem projektów i rozpychaniem ich kolejnymi smaczkami. Mam kilka zaufanych osób, którym puszczam nowe rzeczy jeszcze przed publikacją, z prośbą o ich ocenę. To też pozwala mi zadecydować o tym czy jeszcze czegoś brakuje, czy już wystarczy. Średnia ich zdań daje mi obraz tego, czym w ogóle dany numer jest.

„Jakiś rok temu kupiłem Model D i choć na razie głównie się kurzy, to planuję pokręcić na nim basy na nową płytę” (fot. Marcin Stępień)

Wspomniałeś o nauce śpiewu, która ciągle dla wielu raperów stanowi temat tabu. A szkoda, bo przecież wokal trzeba trenować, podobnie jak grę na każdym innym instrumencie.

Jasne, wokal trzeba trenować i wszystkim to bardzo polecam. Za ostatni koncert mój brat dostał ode mnie bon na parę lekcji śpiewu zamiast pieniędzy i nie był szczególnie zadowolony, ale myślę, że kiedyś mi podziękuje. Ja też nigdy nie byłem pilnym uczniem, ale dziś przynajmniej mam świadomość swoich braków.

Dlaczego pierwsze wydawnictwo Ćpaj Stajlu Lato w Ghettcie wyszło dopiero w 2019 roku?

Nie potrafię powiedzieć czemu tak długo zwlekałem z publikacją swoich rzeczy, ale jak mówiłem wcześniej, muzyka towarzyszyła mi od dzieciaka, więc w końcu musiałem coś wypuścić. Niedawno na SoundCloud wrzuciłem kilkanaście luźnych numerów, jakie nagrałem razem z Konym jeszcze w 2013 roku. Wcześniej nie były nigdy publikowane i dzisiaj żałuję, bo ciągle są świeże, a na tamten czas były „kotami”. Takim pierwszym konkretnym materiałem, w którym się ujawniłem, było właśnie Lato w Ghettcie, który w całości wyprodukowałem i zaprosiłem na niego kolegów z Krakowa. Początkowy pomysł był taki, żeby nie było do końca wiadomo kto stoi za projektem Ćpaj Stajl, ale już mi to przeszło. Zamierzam teraz realizować kolejne plany, a ambicje mam duże.

Pracujesz nad nowym krążkiem?

Tak, jestem właśnie w trakcie produkcji. Całą płytę mam już wymyśloną muzycznie, aktualnie piszę teksty i zapraszam gości, więc zabawa trwa w najlepsze. Jest kilka pomysłów na wydanie tego materiału „na legalu”, ale ciągle trochę się waham. Pracuję na zasadzie przypływów oraz odpływów weny i właśnie jestem na etapie czekania na kolejny jej dopływ. Teraz dałem sobie trochę luzu, bo uznałem, że nic na siłę.

Na tym etapie możesz już powiedzieć coś więcej o tym krążku?

Będzie dużo gości, podobnie jak na Lato w Ghettcie. Muzycznie wróciłem do korzeni, bo wygląda na to, że płyta będzie bardzo rapowa. Miało być zupełnie inaczej, ale jak pracuje się nad czymś tak długo, to ten klimat potrafi się zmieniać nawet kilkukrotnie. Sporo czasu zajmuje mi produkcja poszczególnych numerów. Jeżeli w danym projekcie widzę potencjał, to potrafię do niego wrócić nawet po pół roku i nie odpuszczam, starając się wycisnąć z niego jak najwięcej. Zawsze kluczowy w tym wszystkim był dla mnie pomysł na cały kawałek, a nie jedynie podkład muzyczny.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
czerwiec 2020
Kup teraz