Więcej...

Chris Carson - Wulgarny pop

02.10.2018  | Piotr Lenartowicz
Chris Carson - Wulgarny pop

Chris Carson to ostatnio jeden z najbardziej "wziętych" producentów na rodzimym rynku hip hopowym. Jego produkcje pojawiały się na płytach takich tuzów jak m.in. Paluch, Quebonafide czy Borixon a od jakiegoś czasu równie prężnie działa w Belgii, w której mieszka. Razem z Kendo założyli duet producencki Young Veteran$ i niedawno podpisali umowę z firmą Universkalp a więc jednym z największych publisherów na francuskim rynku. Jakie perspektywy otwiera to przed naszym rozmówcą? Dlaczego tytułował swoje pierwsze produkcje jako "West Coast Beat" albo "Sad Piano Beat"? Jaki artysta jest obecnie najbardziej popularny we Francji? To tylko kilka z wielu innych pytań na które Chris Carson odpowiedział w naszej rozmowie.

Od dziecka mieszkasz w Belgii – to oznacza, że francuskojęzyczny rap miał na ciebie największy wpływ?

Chris Carson: Nie, zupełnie nie. To znaczy rzeczywiście mieszkam zagranicą od 10 roku życia, jednak przez bardzo długi okres w ogóle nie słuchałem francuskojęzycznego rapu. Najpierw wynikało to z mojej nieznajomości języka a później nie umiałem się po prostu przekonać do artystów z Francji czy Belgii. Słuchałem więc rapu z USA oraz oczywiście z Polski. Pierwszą kasetą, która wpadła w moje ręce był album „The Eminem Show” i myślę, że to właśnie wtedy zaczęła się moja przygoda z tą muzyką. Mniej więcej w tym samym czasie dorwałem też „Na Legalu” Slums Attack, czyli bez wątpienia przełomowy materiał dla polskiej sceny. Dopiero w 2012 roku trafiłem na projekt Youssoupha „Noir Désir”, francuskiego rapera, który jest bardzo mocny lirycznie i pod jego wpływem postanowiłem sprawdzić kolejne projekty znad Sekwany. „Odrobiłem” zaległości z francuskich klasyków i od tamtego momentu sprawdzam wszystko na bieżąco.

 

 

Scena francuska zawsze była ważnym odniesieniem dla naszych rodzimy raperów.

Zdaję sobie z tego sprawę a nawet znam to niejako z autopsji, bo Paluch z którym współpracuje już od kilku lat jest wychowankiem takich klasyków jak choćby Lunatic. Nie można też zapominać o fajnych kooperacjach pomiędzy polskimi a francuskimi artystami – WWO i Soundkail to takie najbardziej głośne przykłady. Zwłaszcza na tych starszych płytach słychać, że produkcyjnie były one silnie inspirowane Francją ale nawet dzisiaj można wyłapać elementy zapożyczone właśnie stamtąd. Jest tego na pewno mniej niż kiedyś, choć niektórzy raperzy wyraźnie odnoszą się do tamtejszych nagrań np. pod względem flow.

A kiedy zacząłeś myśleć o tym aby samemu tworzyć muzykę?

Słuchałem płyty Tedego „Esende Mylffon” i w pewnym momencie moją uwagę zwróciły „shout-outy”, czyli podbitki w stylu: „Matheo dawaj bit!” – wtedy jakoś do mnie dotarło, że przecież ktoś odpowiada za te podkłady. W mojej głowie pojawiło się pytanie o to czy ja też mógłbym tego spróbować. Pamiętam, że program Ejay Dance kupiłem w Empiku podczas wakacji spędzanych w Polsce. Układałem więc klocki składające się z gotowych loopów i to była moja pierwsza styczność z produkcją muzyczną, choć dzisiaj nie nazwałbym tego nawet w ten sposób. Jakiś czas później dowiedziałem się od znajomego o istnieniu FL Studio. W tamtym czasie nie miałem dostępu do internetu, więc zdobyłem ten program na płycie a żeby móc korzystać z jego wszystkich możliwości musiałem cofać datę w komputerze żeby w ten sposób „przedłużać” jego darmowy okres. Przez jakiś rok robiłem bity nie wiedząc, że jest coś takiego jak wtyczki VST – działałem wyłącznie na stockowych dźwiękach. Od początku interesowałem się postacią Matheo i pamiętam jak duże wrażenie zrobił na mnie jego występ na iStandard.

 

Moje bity opisane jako "West Coast Beat" albo "Sad Piano Beat" generowały setki tysięcy wyświetleń. Żałuję, że wtedy nie nie rozwinąłem platformy z leasingami.

 

Co to było za wydarzenie?

Polegało to na tym, że producenci na scenie prezentowali swoją twórczość a wśród publiczności byli menadżerowie oraz osoby reprezentujące amerykańskie wytwórnie. Co prawda, Matheo nie podpisał wtedy umowy publishingowej ale jego pobyt w USA zaowocował współpracą z takimi raperami jak m.in. YaBoy czy Sky Balla. W numerze z tym drugim pt. „California Soul” pojawił się nawet The Game, który przeżywał wtedy swój złoty okres, więc było to sporym szokiem dla wszystkich tutaj. To wszystko bardzo „otworzyło” mi głowę – uświadomiłem sobie, że można działać na dużo większą skalę i od tamtego momentu zacząłem intensywnie poszerzać moją wiedzę na temat produkcji muzycznej.

W jaki sposób to robiłeś?

Nigdy nie byłem zwolennikiem tutoriali, więc przede wszystkim działałem metodą „prób i błędów”. Przede wszystkim jednak tworzyłem własne wersje bitów innych artystów, żeby zrozumieć patenty, które wówczas obowiązywały. Oczywiście, mając już możliwość korzystania z internetu pobierałem różnego rodzaju wtyczki aby rozwijać swoje brzmienie. Wychodziłem z założenia, że dopóki nie osiągną zadowalającego poziomu nie będę wrzucał swoich bitów do sieci. Dopiero między rokiem 2009 a 2010 zacząłem publikować pierwsze podkłady na YouTube, gdzie nie było takiego przesytu instrumentali jak aktualnie. Dzięki temu niektóre moje produkcje osiągały kilkaset tysięcy wyświetleń ale nie bez znaczenia był też sposób w jaki je tytułowałem – bity opisane jako „West Coast Beat” albo „Sad Piano Beat” były zdecydowanie najbardziej popularne. Z perspektywy czasu żałuję, że w tamtym okresie nie rozwinąłem platformy na której mógłbym sprzedawać leasingi. Zrobiłem to trochę później ale wtedy już wielu innych producentów miało rozwinięte promocje w taki sposób aby zawsze pozycjonować się na pierwszych miejscach w internetowych wyszukiwarkach i nie udało mi się pchnąć tej machiny dalej. Z drugiej strony to właśnie dzięki leasingom udało mi się nawiązać współpracę z Jurasem z formacji Pokój Z Widokiem Na Wojnę – wyprodukowałem kilka utworów na płytę „Droga Wojownika”, choćby chyba największy przebój z tego krążka, czyli „Moja pierwsza dziewczyna”.

 

 

Opisywanie produkcji jako „West Coast Beat” czy „Sad Piano Beat” bardzo przypomina zjawisko aktualnie szalenie popularne, czyli „type beats”. Producenci wpisują do tytułu numerów ksywki znanych raperów aby ich produkcje były bardziej popularne.

Dokładnie, działało to na bardzo podobnej zasadzie. Wiadomo, że w dużej mierze to „clickbait”, bo przecież nierzadko w tych produkcjach nie da się usłyszeć inspiracji artystą wymienionym w tytule. To nie jest żadna tajemnica, że jeśli Drake wyda dzisiaj nowy album to automatycznie YouTube zaleje fala „Drake Type Beat”, ponieważ w ten sposób ich autorzy uzyskają więcej wejść. Zresztą niektórzy nazywają swoje produkcje np. „Travis Scott Asap Rocky Kanye West Type Beat” co już w ogóle pokazuje, że jedyną intencją takiego producenta jest lepsze pozycjonowanie kawałka. Trudno wyobrazić sobie podkład, który byłby jednocześnie w stylu tych wszystkich raperów.

Istnieje jednak silna opozycja wobec producentów, którzy robią „type beats”. Niektórzy uznani artyści, jak chociażby 9th Wonder wypowiadali się bardzo jednoznacznie na temat tego zjawiska – jego zdaniem „type beats” to kopiowanie czyjegoś stylu.

Być może na samym początku faktycznie bity nazywane w ten sposób nawiązywały do twórczości innych producentów. Wydaje mi się jednak, że chęć upodobnienia się do swoich ulubionych artystów jest naturalna i stanowi niezbędny element poszukiwania swojej własnej muzycznej tożsamości. Jeżeli jednak mówimy o tym zjawisku dzisiaj to w głównej mierze chodzi w nim o generowanie jak największej liczby wyświetleń danego utworu. Wydaje mi się też, że ten opór wobec nowych zjawisk ale też niekiedy zwykłe „czepialstwo” jest szczególnie widoczne w Polsce. Nawet dzisiaj dostałem wiadomość na Facebooku w której ktoś zarzucał mi, że mój bit do numeru WSRH pt. „Kostka” to ksero kawałka, który Ice Cube nagrał w lata 90-tych. Tylko, że w tym przypadku był to zamierzony follow-up. Zdaje sobie sprawę, że środowisko hejterskie w Polsce jest niezwykle mocne ale tak naprawdę wynika to przede wszystkim z braku wiedzy. Jednak efekt tego jest taki, że wielu raperów oraz producentów boi się eksperymentować, bo paraliżuje ich perspektywa zderzenia się z falą hejtu. Moim zdaniem, jeżeli ktoś kieruje się wyłącznie zdaniem innych to nagrywanie oraz wydawanie muzyki nie ma sensu.

 

Środowisko hejterskie w Polsce jest niezwykle mocne ale tak naprawdę wynika to przede wszystkim z braku wiedzy. Wielu raperów oraz producentów boi się eksperymentować, bo paraliżuje ich perspektywa zderzenia się z falą hejtu.

 

Ty często wchodzisz w polemiki na swoich kanałach w social media.

Tak, ponieważ staram się zrozumieć inne punkty widzenia. Walczę też z czymś co nazywam „kompleksem polskości”, kiedy słuchacz zawsze twierdzi, że polski raper niejako z urzędu jest gorszy od artystów zagranicznych. Okazuje się jednak, że pod względem sprzedaży płyt naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Paluch ze swoim „Ostatnim Krzykiem Osiedla” we Francji zdobyłby platynową płytę. Wszyscy mówią jak szybko polskie krążki uzyskują status złotych płyt a mało kto wie, że we Francji przelicznik streamingów jest jeszcze bardziej korzystny dla artystów. W Polsce 2500 odsłon w serwisach streamingowych liczy się jako jeden sprzedany album a we Francji wystarczy takich odtworzeń 1500. Polscy raperzy w większości wydają swoją twórczość niezależnie i jest to naprawdę mocny ruch. Generalnie hip hop już jakiś czas temu stał się „wulgarnym popem”, który bardzo silnie wpływa na wszystkie gatunki jakie możemy usłyszeć w radio.

Co dokładnie rozumiesz pod pojęciem „wulgarnego popu”?

Chodzi mi o to, że dzisiejsze utwory klasyfikowane jako hip hopowe mają niekiedy nawet popowe brzmienie ale pod względem lirycznym zachowują swoją oryginalną tożsamość. Dlatego też nikogo nie dziwi współpraca Katy Perry z Migos i to bardzo fajnie, że te wszystkie muzyczne światy poniekąd dzięki rapowi łączą się ze sobą.

 

 

Wspominałeś o kilku polskich raperach z którymi współpracowałeś ale w pewnym momencie zacząłeś również prężnie działać na rynku belgijskim.

To prawda. Jeszcze kiedy pracowaliśmy razem z Paluchem nad „Made In Heaven” skontaktowałem się z pewnym francuskim publisherem zajmującym się stricte pośrednictwem między producentami a raperami. Wysłałem mu próbki kilku bitów a on odpowiedział, że jest zainteresowany współpracą. Okazało się, że jest on również realizatorem oraz producentem wykonawczym projektu rapera Alonzo. Dzięki temu pojawiłem się na jego solowej płycie i to przy okazji numeru z jednym z najważniejszych raperów z Francji, tj. Booba. To było wejście na francuski rynek od samej góry – nie musiałem mozolnie budować swojej pozycji a zwyczajnie nieco mi się poszczęściło. Później otrzymałem propozycje umowy we francuskim Def Jam ale tam jest taka sytuacja, że wielu „mniejszych” producentów pracuje na nazwisko jednego, który podpisuje się pod wszystkimi produkcjami. Zupełnie mnie to nie interesowało dlatego zrezygnowałem ze współpracy z wydawnictwem i dotychczasowym publisherem.

W Polsce nie ma takiej „instytucji” jak publisher.

Są ale ich działalność nie jest popularna w hip hopie, bo polscy raperzy wydają się niezależnie. Raczej nie zdarza się żeby jedna osoba była realizatorem płyty a inna dyrektorem artystycznym projektu – we Francji jest to standard. Do publishera wysyła się bity i ma on za zadanie sprawić aby twoje produkcje znalazły się na legalnie wydawanych albumach.

 

W Polsce często jest tak, że producent dogaduje się bezpośrednio z raperem, który nie zawsze ma wiedzę o tym jak wszystko powinno być rozliczane. Otrzymuje wynagrodzenie za bit a później zrzeka się różnych praw do niego, co tak naprawdę jest nielegalne.

 

Twoim zdaniem to dobry układ?

Uważam, że najlepiej jeśli wszystko jest załatwiane drogą oficjalną. W Polsce często jest tak, że producent dogaduje się bezpośrednio z raperem, który nie zawsze ma wiedzę o tym jak wszystko powinno być rozliczane. Otrzymuje wynagrodzenie za bit a później zrzeka się różnych praw do niego, co tak naprawdę jest nielegalne. Publisher „ogarnia” te wszystkie tematy dzięki czemu producent ma zapewnione wszystkie tantiemy, prawa mechaniczne i wpływy z koncertów. Sądzę, że w ten sposób jest sprawiedliwiej.

Niedawno jako duet producencki Young Veteran$ podpisaliście kontrakt z jednym z największych publisherów na francuskim rynku.

Tak, udało nam się dotrzeć z naszymi produkcjami do przedstawicieli marki Universkalp. Wystarczyło 5 różnych bitów aby przekonali się do nas i wyszli z propozycją długotrwałej współpracy. Jesteśmy z tego bardzo zadowoleni tym bardziej, że są to ludzie, którzy aktywnie zabiegali o to żebyśmy mogli pracować w odpowiednich warunkach – udostępnili nam spore fundusze na zakup nowego sprzętu do studio. Dzięki temu zainwestowaliśmy w głośniki Adam SV2, dwie konsole iCon Qcon Pro X, interfejsy audio oraz dużą ilość przeróżnych paneli akustycznych. Ponadto, są z nami w stałym kontakcie i regularnie informują o tym na jakim etapie są poszczególne realizacje. Rzeczywiście jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji, bo Universkalp trzymają rękę na całym francuskim rynku a karnet ich kontaktów to nie tylko scena hip hopowa.

 

 

Chciałbyś spróbować się w innej stylistyce niż rap?

Myślę, że byłoby to bardzo wzbogacającym doświadczeniem i prawdopodobnie już niebawem będę mógł się o tym przekonać. Skalp a więc założyciel marki Universkalp to prywatnie mąż wokalistki Indila, która sprzedała 140 tys. płyt w Polsce. Już teraz sporo współpracujemy z belgijskimi wykonawcami takimi jak Isha, Scylla czy Caballero & Jean Jass, którzy mają solidną pozycje na francuskim rynku. Aktualnie we Francji jest ogromny popyt na rap belgijski – Damso, raper z Brukseli sprzedał przeszło 500 tys. egzemplarzy swojej płyty. Nie dokonał tego wcześniej żaden belgijski nawijacz.

Zawiązanie współpracy z Universkalp nie umknęło uwadze największych polskich mediów – Onet przedstawił zestawienie artystów, którzy podbijają zagraniczne rynki i znalazłeś się tam w bardzo zacnym gronie, bo obok Joanny Kulig czy Rafała Zawieruchy.

To bardzo duże wyróżnienie. Jest to też dla mnie dodatkowa motywacja aby stawiać kolejne kroki, które potwierdzą, że słusznie tam o mnie wspomniano. W takim państwie jak Polska, gdzie najlepiej sprzedającym się gatunkiem muzycznym jest rap to normalne, że w końcu główne media podejmują takie tematy. Można powiedzieć, że „zaletą” mojej dziedziny a więc produkcji muzycznej jest fakt, że polega ona na tworzeniu w uniwersalnym języku i przez to łatwiej jest działać na rynkach w różnych krajach. Myślę jednak, że w przeciągu kilku lat polscy raperzy również będą masowo słuchani zagranicą.

Zauważasz jeszcze jakieś różnice pomiędzy funkcjonowaniem na polskim rynku a tym co dzieje się w Belgii czy Francji?

We Francji prawdopodobieństwo, że Twój bit trafi na album będzie zdecydowanie większe kiedy stworzysz tzw. „top line”, czyli zasugerujesz melodię do refrenu a nawet caly tekst do niego. Są osoby, które zajmują się pisaniem refrenów i nagrywaniem ich poglądowych wersji, które później przedstawia się danemu artyście. W Polsce byłoby to raczej niemożliwe a tutaj wiele rzeczy działa na podobnych schematach jak w USA. Sądzę, że trzeba po prostu zaakceptować fakt, żę każdy wykonawca z mainstreamu w pewnym momencie staje się jedynie produktem. Dla wielu słuchaczy, którzy dowiadują się w jaki sposób funkcjonuja cała ta machina „czar pryska” ale z drugiej strony jej nadrzędnym celem jest dostarczenie słuchaczom dobrej muzyki.

 

Universkalp udostępnił nam spore fundusze na zakup nowego sprzętu do studio. Dzięki temu zainwestowaliśmy w głośniki Adam SV2, dwie konsole iCon Qcon Pro X, interfejsy audio oraz dużą ilość przeróżnych paneli akustycznych. (fot. archiwum artysty)

 

A dlaczego zdecydowałeś się żeby zawiązać kolektyw producencki razem z Kendo?

Mój znajomy B-Lel, raper z Brukseli stwierdził, że musi nas poznać, bo z pewnością będziemy chcieli coś razem zrobić. Szczerze mówiąc początkowo byłem nastawiony sceptycznie, gdyż akurat skończyłem pracę nad „Made In Heaven” i chciałem skoncentrować się na budowaniu mojej własnej marki. Spotkaliśmy się jednak z Kendo i bardzo spodobały nam się nawzajem nasze rzeczy. Kontakt na płaszczyźnie między ludzkiej również przebiegał wzorowo, więc zdecydowaliśmy się działać wspólnie. Zbudowaliśmy studio i założyliśmy firmę żeby działać całkowicie legalnie. Współpraca zawiązała się naturalnie i nie był to żaden zabieg strategiczny. Zresztą w tamtym czasie belgijski rap nie był szczególnie popularny a sam Kendo od 15 lat działał w podziemiu, bez sprecyzowanych planów aby podbijać mainstream.

Spędzacie wspólnie w studiu sporo czasu?

Teraz rzeczywiście umawiamy się na wspólne sesje, choć wcześniej przez długi okres robiliśmy bity oddzielnie. Długo problemem był fakt, że pracujemy na różnych programach – ja w Albetonie a Kendo używa Cubase’a. Teraz już przekazujemy sobie ścieżki bardzo sprawnie (zarówno jeżeli chodzi o melodie jak i patterny perkusyjne). Kiedy ja „przesiadałem” się na Albetona też nie było łatwo. Dzisiaj doceniam system patternów dzięki któremu nie trzeba klikać aby dany pattern był unikatowy – producenci używający FL Studio będą wiedzieć o co chodzi. Teraz sprawdzam Abletona 10 i nie ukrywam, że z niektórymi rzeczami muszę się jeszcze oswoić.

 

Raczej nie będę robił boom bapowych podkładów - mam dużą frajdę robiąc bity, które poniekąd wpisują się w dzisiejsze trendy. Sądzę, że wszystko co pojawia się na rynku muzycznym jest potrzebne.

 

Nie korciły cię nigdy aby spróbować robić bity na klasycznych maszynach, takich jak MPC czy SP1200?

Nie, jestem zdecydowanym zwolennikiem cyfrowego środowiska produkcji muzyki. Przez pewien czas dla zajawki robiłem klasyczne boom bapowe bity w Abletonie, gdzie można skonfigurować drum rack w taki sposób żeby funkcjonował dokładnie jak MPC. Wtedy miałem też Korg padKONTROL, więc w całości dawało to bardzo zbliżone uczucie jak przy obsłudze sprzętu od AKAI. Fajne było to, że dźwięki od razu trafiały do programu. Mogłem wszystko edytować bezpośrednio z projektu a z MPC, tych klasycznych rzecz jasna, zawsze trzeba jeszcze eksportować dźwięk do programu. Uważam ten etap za zbędny.  

Jesteś raczej z pokolenia „nowoszkolnych” producentów, więc ten boom bap trochę cię ominął. Co w ogóle sądzisz o tym konflikcie pomiędzy „starą” a nową „szkołą”?

Rzeczywiście raczej nie będę codziennie robił boom bapowych podkładów. Mam dużą frajdę robiąc bity, które poniekąd wpisują się w dzisiejsze trendy. Sądzę, że wszystko co pojawia się na rynku muzycznym jest potrzebne. Zdaję sobie jednak sprawę z pewnej jednolitości sceny i jak wszyscy odczuwam ulgę, kiedy pojawiają się postacie takie jak Denzel Curry czy 6lack. Mam jednak wrażenie, że artyści tego pokroju są nadal doceniani niewystarczająco. Ja sam, choć aktualnie żyję z muzyki cenię sobie mój pazur oryginalności i chociażby dlatego nie zgadzam się wszystkie proponowane mi kooperacje.