SZATT – Dawno wyszedłem z moją muzyką z sypialni

22.07.2020 
SZATT – Dawno wyszedłem z moją muzyką z sypialni fot. Ola Bodnaruś

SZATT to producent, którego ruchy śledzimy od jego pierwszych wydawnictw dlatego też z dużym entuzjazmem zareagowaliśmy na informacje o premierze jego nowej solowej płyty pt. Gonna Be Fine. Materiał absolutnie nie zawiódł naszych oczekiwań, więc postanowiliśmy zapytać o proces w którym powstawał u źródła.

Tytuł twojej nowej płyty Gonna Be Fine wydaje się optymistyczny, ale identyfikacja graficzna, nazwy poszczególnych numerów, oraz sam klimat całości już niekoniecznie.

SZATT: To prawda. Sam tytuł też jest dość dwuznaczny, bo przecież słowo „fine” w języku angielskim jest takim naszym „spoko”, czyli generalnie dobrze, ale z drugiej strony może niekoniecznie. Jak zdążyłeś zauważyć tę dwuznaczność obrazuje również okładka na której widzimy człowieka z doklejonym uśmiechem, oraz sama zawartość krążka, która nie jest raczej zbiorem pogodnych utworów tanecznych. Sporo osób zakłada, że nazwa płyty nawiązuje do aktualnej sytuacji pandemicznej i choć jest to dość naturalne skojarzenie to jednak było zupełnie inaczej. Przez ostatni czas często widywaliśmy się z Kubą Goleniewskim (współzałożyciel wytwórni Dig a Pony Records) i nasze spotkania zawsze kończyły się właśnie zwrotem „będzie dobrze”. Pewnego dnia padło hasło, że to dobry tytuł płyty i tak też się stało.

A jak spędziłeś czas w którym ten „lockdown” faktycznie miał miejsce?

Na dobrą sprawę to niewiele się u mnie zmieniło. Mam to szczęście, że na co dzień pracuje w domu, więc mój ówczesny tryb pracy niczym nie różnił się od tego jak wygląda to zazwyczaj. Mogłem poświęcić więcej czasu na własną twórczość niż na komercyjne zlecenia, z którymi faktycznie była chwila przestoju, ale absolutnie się nie nudziłem. Powiem przewrotnie – miałem ten przywilej, że nie musiałem wychodzić z domu. Skoncentrowałem się przede wszystkim na muzyce i od początku tego całego zamieszania powstała przynajmniej połowa kolejnej płyty.

Taki tryb pracy sprawia, że identyfikujesz się z określeniem „bedroom producer”?

Na pewno nie uważam, żeby miało to kogoś deprecjonować, chociaż moim zdaniem odrobinę straciło ze swojej pierwotnej wymowy. Bo przecież dzisiaj moglibyśmy w ten sposób opisać w zasadzie niemal każdego producenta, prawda? Więc ten termin w niczym mi nie przeszkadza, co nie zmienia faktu, że dawno wyszedłem z moją muzyką z sypialni.

Umiałbyś wskazać ten moment?

To był raczej proces. Tworząc mój studyjny setup sukcesywnie sprawdzałem nowe instrumenty, które sprawiły, że bardzo szybko przestałem traktować muzykę w kategorii pętli. Samo nagrywanie instrumentów zewnętrznych bez użycia ścieżki MIDI w pewnym sensie ogranicza, ale jednocześnie pozwala na nieco bardziej kreatywne podejście. Korzystając bezpośrednio z każdego oscylatora w syntezatorze można wydobyć z niego dużo więcej niż klikając myszką i zmieniając presety. Dla mnie osobiście sama świadomość, że mam pod palcami analogowy sprzęt jest pobudzająca do większej kreatywności i w ten sposób zwyczajnie pomaga tworzyć ciekawsze brzmienia.

Zobacz także test wideo:
Soma Laboratory Pulsar-23 (maszyna perkusyjna/syntezator modularny)
Soma Laboratory Pulsar-23 (maszyna perkusyjna/syntezator modularny)
Zdaniem autora testu, Marcina Staniszewskiego, Soma Laboratory Pulsar-23 zachwyca brzmieniem, wyglądem i funkcjonalnością, co sprawia, że za kilka lat będzie to klasyk pokroju EMS Synthi AKS.

"Jeżeli chodzi o instrumenty zewnętrzne to aktualnie mam na pokładzie Korg Minilogue, Korg MS-2000, Elektron Analog Keys, oraz Organelle Critter & Guitari." (fot. Błażej Żurawski)

Gonna Be Fine powstawało głownie na instrumentach zewnętrznych?

Zdecydowanie tak, ale nie wynikało to z jakiegoś konkretnego założenia tylko z faktu, że w ten sposób najlepiej mi się pracuje. Aktualnie mam na pokładzie Korg Minilogue, Korg MS-2000, Elektron Analog Keys, oraz Organelle Critter & Guitari. Ten ostatni sprzęt może być automatem perkusyjnym, klasycznym samplerem, procesorem efektowym, albo… czymkolwiek innym. Jego język programowania pozwala na samodzielne pisanie pluginów, więc to trochę taka studnia bez dna, a producenci chętnie dzielą się swoimi rozwiązaniami. Każdy może wykorzystać go w dowolny sposób. Przy Gonna Be Fine zdarzyło mi się nawet zgrać jakieś skrawki z winyli, przepuszczając je przez Granulator z Organelle. Nie mogę też pominąć rejestratora Zoom H4n, który jest dla mnie równie ważny, co każdy z wymienionych wcześniej instrumentów. Nagrania takich codziennych, towarzyszących mi dźwięków dodają ten organiczny pierwiastek do tworzonej przeze mnie muzyki. Wraz z końcem ubiegłego roku nabyłem wcześniej wspomniany Analog Keys i to właśnie ten synth był dla albumu przysłowiową „wisienką na torcie”. Rozbudowany, absolutnie kosmiczny sekwencer krokowy, do tego świetne brzmienia (dość charakterystyczne dla firmy Elektron) – myślę, że to wszystko bardzo ożywiło cały materiał. Wizytówką dla tego syntezatora mógłby zostać Self Struggle. Z pomocą Elektrona programowałem też bębny, właśnie od nich zacząłem np. numer Sorrow. Nie mam jednak określonego schematu pracy nad numerem. Często na samym wstępie poszukuję brzmień, które mnie zainspirują i poniosą dalej. Te same akordy mogą stać się dla mnie tymi właściwymi, gdy tylko znajdę taki sound, który mnie po prostu urzeknie. Staram się też od początku całego procesu kreować brzmienie numeru, więc nie odkładam miksu na sam koniec. Staram się to robić właściwie w trakcie produkowania.

Co daje ci pewność, że dany numer jest skończony?

Często muszę odłożyć kompozycje na bok i wrócić do niej za jakiś czas. Dopiero wtedy mogę stwierdzić, czy faktycznie wszystko gra jak należy, czy może dobre wrażenie robił na mnie jedynie o świcie, kiedy kończyłem nad nim pracować. W tym temacie istotny jest również odpoczynek, aby nie zafiksować się przez kilkanaście godzin na jednej rzeczy. Dlatego staram się robić sobie przerwy, żeby móc popatrzeć na wszystko z pewnego dystansu. Wtedy  jestem w stanie ocenić czy numer jest już skończony.

W jak dużym stopniu korzystasz z wtyczek VST i innych narzędzi z cyfrowego środowiska produkcji?

Jest to pewnie równie istotny element, co samo generowanie brzmień „na zewnątrz”. Nie ograniczam się, jeżeli chodzi o cyfrowe modyfikacje brzmienia, jednak najbardziej cieszy, kiedy uda się je dokręcić w domenie analogowej. Przebrnąłem przez ogrom wtyczek VST, jednak moi ulubieńcy to propozycje od SoundToys i Valhalla. Granularny delay Crystallizer od Soundtoys, czy Valhalla Shimmer to efekty, które potrafią totalnie zmienić brzmienie „surowej” ścieżki. Polecam też FreeAmp od Klevgrand – to darmowy odpowiednik ReAmp. Ma zaledwie 3 pokrętła (Input, Output i Drive), ale dzięki dobremu algorytmowi pozwala w łatwy sposób nasycić bębny i fajnie wyciąga harmoniczne częstotliwości. Ostatnia pozycja dla miłośników brudu, szumu i rozstrojeń – Psychic Modulation EchoMelt. Ja do dziś korzystam z wersji demo!

Twoje numery mają dużo ścieżek?

Tak i nie, ale często w ostatecznym rozrachunku, kiedy chcę już finalizować numer okazuje się, że połowa z nich jest do wyrzucenia. Nie bez powodu mówią, że mniej znaczy więcej. W pewnym momencie sam zacząłem zauważać, że to po prostu lepiej działa i staram się upraszczać moje projekty. Choć sam nie wiem, czy to słychać na tej płycie... (śmiech).

Szczerze mówiąc… nie. Wydawało mi się właśnie, że na Gonna Be Fine dominują raczej bogate aranże. Od kiedy starasz się „upraszczać” swoje projekty w ten sposób?

Trudno wskazać konkretny moment, bo był to raczej długi proces. Po kilku latach pracy z muzyką siłą rzeczy nabierasz doświadczenia, wiedzy i większej świadomości. Poza tym, kiedy uda mi się wykręcić fajne brzmienie, na którymś z synthów to okazuje się, że nie potrzebuję innych partii, bo ta jedna po prostu „działa”. Dużo sprawniej udaje mi się osiągnąć coś, co wcześniej założyłem. Dziś znajduję wiele prostszych rozwiązań, np. technicznych i mniej błądzę w projekcie. Jednak w przeciągu tych lat do wielu rzeczy doszedłem dzięki pewnej nieświadomości. Zawsze robiłem tak, jak coś czułem, a nie jak gdzieś przeczytałem. Sądzę, że nawet dzięki metodzie prób i błędów kształtujemy nasz własny styl. To istotne, by po prostu poszukiwać. Prędzej czy później wszystko zaczyna nabierać właściwych kształtów. Wykształcenie muzyczne to też dwuznaczna kwestia. Ogromna wiedza przewrotnie może nas ograniczać, bo przecież wiele rzeczy w teorii może być niedopuszczalnych. Z drugiej strony mi osobiście brakuje też swobody w trakcie pracy z zawodowymi muzykami. Posługujemy się nieco innym językiem i mamy nierzadko inne wyobrażenie o muzyce, choćby w kwestii budowy utworu. To jest jednak moja droga i nie narzekam, że rodzice nie posłali mnie do szkoły muzycznej.

Korzystając bezpośrednio z każdego oscylatora w syntezatorze można wydobyć z niego dużo więcej niż klikając myszką i zmieniając presety. Dla mnie osobiście sama świadomość, że mam pod palcami analogowy sprzęt jest pobudzająca do większej kreatywności i w ten sposób zwyczajnie pomaga tworzyć ciekawsze brzmienia.

Zatem twoje początki to komputer?

W zasadzie tak, choć takie pierwsze muzyczne kroki stawiałem na keyboardzie Thompsonic TS-06, który kupiłem za pieniądze od dziadka. Ten instrument miał nawet wbudowany bardzo prosty automat perkusyjny, więc wtedy po raz pierwszy poczułem, że mogę stworzyć coś zupełnie samemu. Zresztą, mam go do dzisiaj i nawet udało mi się zrobić na nim kilka numerów. W takich momentach pomagają mi wszystkie cyfrowe efekty, dzięki którym można z takiej „zabawki” wykręcić potężny sound. Wtedy była to jednak przede wszystkim zabawa, która zresztą dość szybko mi się znudziła. Zainteresowanie tworzeniem muzyki wróciło dopiero po kilku latach wraz z programem Fruity Loops. Wtedy słuchałem sporo francuskiego rapu, choć nie miałem pojęcia o czym rapują to już przekazywane tam emocje były dla mnie bardzo czytelne. Dodatkowo, francuscy producenci często sięgali do sampli z muzyki klasycznej, więc ja też zacząłem to robić.

Pewnie nie wszyscy pamiętają o tym, że kilka dobrych lat temu położyłeś parę „cegiełek” pod budowę kolosa jakim dziś jest polski hip-hop.

Absolutnie się tego nie wypieram i pomimo, że od dawna nie jestem już na bieżąco z tym co dzieje się teraz, to z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że hip-hop mnie wychował. Pierwszym oficjalnym wydawnictwem z moim udziałem była płyta rapera Cira, pt. Plastikowy Kosmos, która ukazała się nakładem Step Records. Potem razem z Kubą Witkiem, jako duet Zaburzenia wydawaliśmy muzykę własnym sumptem. Gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że to wszystko rozwinie się do takich rozmiarów to nigdy bym nie uwierzył, bo to co dzieje się z hip-hopem dzisiaj jest po prostu niesamowite. Czasami na to zerkam i przecieram oczy ze zdumienia, jakiego rozmachu to wszystko nabrało. Świetnie, że z podwórkowej pasji da się stworzyć dobrze płatny zawód.

Długo pracowałeś we Fruity Loopsie?

Wydaje mi się, że na Abletona przesiadłem się jakoś w 2016 roku. Na pewno album Bloom w całości powstał jeszcze na FL Studio. O zmianie DAW-a zacząłem myśleć w momencie w którym udało mi się zebrać trochę więcej hardware’owych gratów, ponieważ forma zgrywania muzyki z zewnętrznych instrumentów w FL Studiu była szalenie mozolna. Natomiast w Abletonie jest to dużo prostsze, więc długo nie zwlekałem ze zmianą programu. Ableton jest też dużo bardziej wygodny, jeśli chodzi o granie na żywo. Pamiętam, że raz w życiu grałem live’a z FL Studio, ale dziś nie umiałbym już powiedzieć jak mi się to udało. Pod tym względem Ableton jest absolutnie bezkonkurencyjny i od czasu jak w nim działam zdecydowanie zwiększył się mój komfort pracy.

Zakładam, że granie na żywo to dla ciebie ważna sprawa, bo przecież kiedyś byłeś nawet Mistrzem Polski w Live Act’ach.

To dosyć zabawna sprawa, ale faktycznie w 2013 roku wygrałem Beat Battle Poznań, które nazywano Mistrzostwami Polski Beatmaker’ów. To właśnie była moja pierwsza przygoda z Abletonem. Wyrenderowałem wszystkie stemy z FL Studio i odegrałem je na Abletonie w formie loopów, dogrywając na żywo kilka partii z użyciem kontrolerów MIDI. W regulaminie konkursu było napisane, że występ powinien trwać nie dłużej niż 5 minut, ale ja nie byłem w stanie stworzyć tak krótkiej formy. Złamałem regulamin dość ordynarnie, bo mój występ trwał grubo ponad 10 minut, ale mimo to udało się wygrać. NOON, który zasiadał w jury m.in. obok Maceo Wyro i innych, powiedział wtedy, że mój live act był swego rodzaju opowieścią. Pamiętam to jak dziś, bo była to dla mnie duża nobilitacja.

Wspomniałeś płytę Bloom, która wyszła już 5 lat temu, jednak od tamtej pory nie ukazało się zbyt wiele równie udanych albumów producenckich.

Bardzo żałuje, że takie albumy nie powstają, bo to bardzo fajna formuła współpracy. Robienie pojedynczych produkcji dla ludzi jest w porządku, ale zawsze będzie jedynie dodatkiem do czyjejś płyty. A tutaj role się odwracają, to ty zapraszasz gości do swojego świata i kreujesz ten projekt od początku do końca. Produkowanie nie musi ograniczać się do sprzedawania gotowych bitów.

Jakiś czas temu Magiera powiedział mi, że takich projektów wychodzi mało, bo raperzy trzymają najlepsze zwrotki na swoje własne wydawnictwa.

To dosyć smutne. Myślę, że tak właśnie powinniśmy działać – oddawać to co najlepsze w danym momencie. Trzeba wyzbyć się takiej kalkulacji i traktować każdy kolejny projekt jako najważniejszy. Nie ma się co zatrzymywać.

"Termin bedroom producer w niczym mi nie przeszkadza, co nie zmienia faktu, że dawno wyszedłem z moją muzyką z sypialni."

Na Bloom spotkałeś się też z wspominanym na początku Kubą Goleniewskim i Pawłem Stachowiakiem z którymi założyliście później formacje Kroki.

Tak, po wydaniu tej płyty tworzyliśmy muzykę na takiej przyjacielskiej stopie i ostatecznie postanowiliśmy, że zrobimy razem coś więcej. Zanim wydaliśmy pierwszą płytę to zagraliśmy kilkadziesiąt koncertów, więc jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Kayaxem mogliśmy sprawdzić ten materiał na żywo. Dzięki temu dograliśmy w późniejszym etapie partie, które dobrze działały na koncercie (np. gitary, których nie było wcześniej w studyjnych wersjach). W Krokach jest zupełnie jak przy moim solowym projekcie. Sami rejestrujemy instrumenty i dbamy o ostatecznie brzmienie projektu, więc wytwórnia dostaje od nas gotowy materiał do wydania. W zeszłym roku wypuściliśmy nasz drugi wspólny album, ale niestety z różnych przyczyn nie dotarł on do wszystkich, którzy mogliby być nim zainteresowani. Cały czas jednak współpracujemy, a z racji tego, że znowu wylądowaliśmy w jednym mieście to zagęszczamy ruchy i pracujemy nad kolejną płytą. Można stwierdzić, że EP-ka Stairs powstała w Poznaniu, Controlled Chaos we Wrocławiu, a trzeci album zarejestrujemy w Warszawie. W międzyczasie Kuba razem z Filipem Czerwińskim założyli oficynę Dig A Pony Records, gdzie wydaliśmy Gonna Be Fine.

Wspominałeś, że ostatnio udało ci się zarejestrować sporo nowego materiału…

Jedyny mój plan to nie dopuścić drugi raz do tak długiej przerwy pomiędzy moimi solowymi wydawnictwami. Tym razem planuję wrócić do współpracy z wokalistami. Być może wcześniej uda mi się wypuścić materiał, który nagrałem, będąc jeszcze w Poznaniu. Z tyłu głowy mam też projekt oparty na modularach. Póki co stawiam dopiero pierwsze kroki w tym kierunku, ale nawet semimodular Make Noise 0-coast potrafił mnie pochłonąć na wiele tygodni. Mam nadzieję, że uda mi się w przyszłości stworzyć pierwszą skrzynię rack’ową.

Jakoś utarło się, że modularem zajmują się producenci techno, albo twórcy kojarzeni z taką bardzo eksperymentalną elektroniką. Wydaje mi się, że na tzw. „scenie bitowej” mało kto sięga po ten sprzęt.

Dobrze wiedzieć! Dla mnie to kolejna forma „otwarcia głowy” i jeszcze jedna furtka do kreatywnego tworzenia muzyki. Rozmawiałem z paroma osobami, które w tym siedzą i ostrzegali mnie, że to bardzo uzależnia, ale... spróbujemy. Ja w ogóle nigdy nie przypuszczałem, że moja przyszłość będzie związana z tworzeniem muzyki. Zawsze traktowałem to przede wszystkim jako ogromną przyjemność i dlatego ciągle mam problem ze stwierdzeniem, że zajmuje się muzyką profesjonalnie. To wszystko sprawia mi frajdę i myślę, że format Eurorack może jeszcze spotęgować to uczucie.