Więcej...

Dubsknit - Dla większości grime jest zbyt twardy

21.10.2018 
Dubsknit - Dla większości grime jest zbyt twardy fot. Artur Kmita

Dubsknit to drugi po Mikołaju Rajpoldzie z Mordor Muzik producent, który reprezentuje w naszym cyklu nurt pochodzący prosto z Wysp Brytyjskich a więc grime. Jak sam mówi dla większości odbiorców jest to stylistyka mało przystępna, jednak nie ma to dla niego znaczenia i jego nowe produkcje będziemy mogli sprawdzić m.in. na nadchodzącym albumie Wuzeta. Producent opowiada też o swoim przyzwyczajeniu do pracy przy użyciu myszki, mówi dlaczego NI Massive to jego ulubiony plugin oraz zdradza, który element producenckiego rzemiosła to jego "pięta Achillesowa".

Kiedy zacząłeś robić bity?

Dubsknit: Myślę, że akurat w moim przypadku powinniśmy oddzielić robienie bitów od zajmowania się muzyką w szerszym sensie. Do tego drugiego „popchnął” mnie starszy kolega, który wiedział o muzyce odrobinę więcej ode mnie. Kiedy skończyłem 13 lat, dostałem od niego program eJay Dance. Ja w tamtym czasie słuchałem Backstreet Boys, Linkin Park czy innych podobnych rzeczy, a on pokazał mi house, progressive i drum and bass. Nigdy wcześniej nie słyszałem takich brzmień. W tym eJay'u można było w bardzo podstawowy sposób składać loopy, natomiast pewnym przełomem było dla mnie pojawienie się Fruity Loopsa. Od razu spodobało mi się samodzielne kreowanie rzeczy w całkowitym oderwaniu od tego, co „wkładano” nam do głów w szkole – granie na flecie jednej piosenki przez cały rok można rozpatrywać wyłącznie w kategoriach porażki naszego systemu edukacji. Moje pierwsze nagrania wypalałem na kilku płytach CD, do których przygotowywałem okładki w programie Paint. Nagabywałem mamę, żeby kupiła mi papier nalepkowy, na którym drukowałem prowizoryczne grafiki i naklejałem je na płyty.

Do kiedy towarzyszył ci Fruity Loops?

FL Studio towarzyszy mi do dzisiaj! Opanowałem go do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie pracy z innym narzędziem. Oczywiście próbowałem zarówno Abletona, jak i Logica, zgadzam się co do tego, że to bardzo dobre programy, ale każdego z nich używałbym jedynie do niewielkiego wycinka mojej roboty. Fruity Loops w sposób najprostszy łączy w sobie wszystkie niezbędne dla mnie muzyczne elementy.

Przyznasz jednak, że w dużej mierze jest to kwestia przyzwyczajenia?

Jasne. Jak mówię, próbowałem też innych programów, ale Fruity oferuje mi zdecydowanie najszybsze, a przy tym najbardziej efektywne przełożenie pomysłu, jaki mam w głowie, na stworzoną muzykę. W Abletonie musiałem się srogo namęczyć, żeby osiągnąć dany efekt, a w FL Studio wystarczy mi dosłownie 10 minut, żeby mieć już jakiś wstępny zarys całego numeru. Siedzę już w tym programie kilkanaście lat, w zasadzie nigdy nie oglądałem tutoriali, więc bywa, że nawet dzisiaj dowiaduję się o różnych rzeczach, które ułatwiają mi pracę, a o których wcześniej nie miałem pojęcia. Ciągle jest takich sytuacji sporo, co w jakiś sposób jest ciekawe i pobudza mnie do dalszych poszukiwań w obrębie tego narzędzia.

Pracujesz wyłącznie w cyfrowym środowisku?

Korzystam z 25-klawiszowego M-Audio Axiom, Korga Volca Sample, małego, ale funkcjonalnego Monotrona Delay oraz Rolanda JU-06. Od kiedy usłyszałem oryginalny Juno-106, wiedziałem, że jest to idealnie narzędzie do robienia padów w stylu, który uwielbiam – harmoniczne brzmienie z dużą ilością wibrato etc. Zawsze chciałem mieć ten syntezator, więc kiedy Roland wypuścił swoją serię butikową stwierdziłem, że mogę sobie na coś takiego pozwolić. Bardzo lubię jego mięsiste pady oraz „plumkające”, typowe dla muzyki house basy. Do tego mi się to przydaje i na razie nie potrzebuję nic więcej, bo resztę uzupełnia mi NI Massive, w którym doskonale wiem, jak uzyskać zamierzony efekt.

Na ile wiernie umiesz odtworzyć pomysł, który akurat pojawi się w twojej głowie?

Parę razy zdarzyło mi się, że numer, który sobie „wyobraziłem”, udało mi się zrobić w 100%. Raz nawet przyśnił mi się kawałek! Położyłem się na małą drzemkę i wtedy przyśniły mi się konkretne dźwięki. Kiedy wstałem, to od razu siadłem do kompa i zacząłem klikać. Udało mi się go wiernie odtworzyć. To było dość zabawne, ale taka sytuacja zdarzyła mi się tylko raz...

Z reguły długo pracujesz nad numerem?

To zależy od bardzo wielu czynników. Czasem robię coś jednego dnia przez godzinę, a potem po dwóch tygodniach siadam znowu na dwie godziny. Wydaje mi się, że w sumie nad jednym numerem spędzam około 8 godzin. Niekiedy korzystam z sampli – przeglądając je, mogę szukać naprawdę długo tego „jedynego” sampelka, werbla czy kicka. Staram się też nie spędzać aż tak dużo czasu nad dopieszczeniem kawałka, bo boję się, że wpadnę w labirynt bez wyjścia. Bywało, zwłaszcza jak byłem młodszy, że cały ten proces trwał stanowczo za długo.

Parę razy zdarzyło mi się, że numer, który sobie ‘wyobraziłem’, udało mi się zrobić w 100%. Raz nawet przyśnił mi się kawałek! (fot. Artur Kita)

Który element produkcyjnego rzemiosła jest twoim najsilniejszym punktem?

Wydaje mi się, że dobrze „bratam się” z NI Massive, dzięki czemu potrafię stworzyć bardzo przestrzenne leady. Podobnie wysoko oceniam swoją umiejętność tworzenia brzmień perkusyjnych. Z kolei, jeżeli miałbym wskazać moją „piętę Achillesową”, to byłoby to miksowanie numerów. Choć sam robię sobie miksy, wolałbym, żeby zajął się tym ktoś inny. Zawsze, kiedy odsłuchuję po raz pierwszy swój numer na imprezie, mam duży stres, jak to zabrzmi. W zasadzie nieważne, czy jest on obiektywnie dobry czy nie – za każdym razem słyszę jakieś niedociągnięcia.

Massive to wtyczka, z której korzystasz najczęściej?

Zdecydowanie. Pojawia się ona w każdym moim numerze. Do tego dochodzą takie wtyczki, jak seria Dub Delay, 3xosc z FL Studio oraz plugin do perkusji NI Drumlab, który świetnie pasuje do numerów w stylu drum and bass. Ale to Massive jest najważniejszy. Podejrzewam, że każdy producent ma swój plugin, którym operuje najlepiej. Kluczowe w tym jest zrozumienie interfejsu oraz kolejności kreowania brzmienia.

Powiedziałeś, że rozróżniasz robienie bitów od swoich pierwotnych muzycznych dokonań.

Tak, bity od zawsze kojarzyły mi się przede wszystkim z muzyką produkowaną dla raperów. Początkowo robiłem muzykę elektroniczną typu drum and bass czy progressive house i nie było w tym ani krzty rapu.

Ostatecznie jednak raperzy i to również ci z tzw. pierwszej ligi, pojawiali się na twoich bitach. Skąd ta zmiana?

Jak tylko dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak a capella do ściągnięcia w internecie, od razu chciałem to sprawdzić. Efekty były na tyle obiecujące, że wrzucałem numery na różne fora muzyczne. Później przeprowadziłem się do Krakowa, gdzie poznałem całą ekipę – m. in. CLN3000 oraz PZG, z którym dzisiaj działamy jako duet Plastry. Zawdzięczam mu dużą część mojej muzycznej edukacji: to właśnie on pokazał mi dubstep i grime. Niedługo później poznaliśmy Wuzeta, który wówczas nawijał do dubstepu i coraz bardziej wchodził w grime. Skumaliśmy się i zaczęliśmy razem działać – najpierw pojawił się numer "Ijo Ijo", a finalnie trafiłem na jego płytę. To dzięki niemu "wkręciłem" się w grime, bo wcześniej bardziej interesował mnie dubstep, który dzisiaj jest już w zasadzie wyeksploatowanym gatunkiem. Po tym projekcie zaczęły się w sposób naturalny pojawiać kolejne propozycje.

Opowiedz coś więcej o Plastrach.

Chcieliśmy połączyć element jungle, amen breaki i basy ze stylistyką zbliżoną do muzyki house. Jest nam o tyle łatwiej wspólnie pracować, że PZG również działa w FL Studio. Na tym jednak podobieństwa się kończą, ponieważ on robi wszystko na klipach audio, a ja nie. Poza tym, jak widzimy się razem w studiu, to muszę włączyć skróty klawiszowe, bo ja wszystko robię myszką. Mam takie chore przyzwyczajenie, że klikam, nawet kiedy mógłbym spokojnie posiłkować się Ctrl+C i Ctrl+V. PZG korzysta też z większej ilości maszyn zewnętrznych – Shermana Filterbank 2, Rolanda TB-03 czy efektu Boss DD-500. Sądzę, że dzięki tym różnicom nasze wspólne produkcje są interesujące.

Brzmi to też jak połączenie, które sprawdziłoby się podczas grania na żywo.

Myślimy o tym już od bardzo dawna. Granie loopów i sampli z Abletona już mnie nie bawi. Planuję teraz kupić Rolanda TR-8S, gdyż wydaje mi się, że to jest maszynka, która zaspokoiłaby moje potrzeby. Można wgrywać do niej własne sample, a poza tym ma 8 wyjść. Chciałbym dokupić nam (jako projektowi) Microsampler Korga, by wygrywać staby rave’owe i puszczać sekwencje basu. Podczas takich występów ja zapewne siedziałbym nad perkusją i dorzucał rzeczy z samplera, a PZG pewnie by „trzaskał” 303 i bawił się przesterami. Granie Plastrów live byłoby na pewno dobrą zabawą.

Numery z Wuzetem to były twoje pierwsze produkcje, które trafiły do oficjalnego obiegu?

Wcześniej pojawiały się już różne rzeczy. Takim rzeczywiście pierwszym projektem był ten, w którym zajmowałem się drum and bassem. Później, na chwilę pojawił się breakcore, czyli muzyczny ekstremizm. Tamte rzeczy podpisywałem jako Richard Murder i można znaleźć je gdzieś w sieci. W tym samym czasie razem z Wałkiem, didżejem i producentem oraz Momo mieszkającym aktualnie w Norwegii – dołączyliśmy do składu DobreBity.pl. Na samym początku miał to być sklep internetowy, następnie wytwórnia, a później klub... Teraz jest to już, niestety, dogorywający temat.

Korzystam z M-Audio Axiom, Korga Volca Sample, małego, ale funkcjonalnego Monotrona Delay oraz Rolanda JU-06 (fot. Artur Kita)

Lubisz pracować z raperami?

Akurat z Wuzetem to o tyle dobra opcja, że on dokładnie wie, czego chce. Zawsze ma swój pomysł na to, jak powinien brzmieć bit. Po numerach dla niego pojawiło się sporo innych propozycji, jednak w pewnym momencie straciłem do tego serce. Nie pasowało mi robienie muzyki „pod kogoś” i zaczęło mnie denerwować, że ciągle jestem osobą z drugiego planu. Ograniczyłem więc tego typu współpracę, choć zapewne wspólne numery z raperami są zdecydowanie bardziej popularne niż moje solowe kawałki. To jest OK, kiedy robisz coś takiego od czasu do czasu, ale kiedy zaczynasz być z tego znany i jest ci przyklejona taka łatka, to staje się męczące. Potrzebuję odpoczynku od takiej aktywności i czasu dla siebie.

To była praca zdalna?

Zdecydowanie. Do tej pory miałem chyba tylko jedną taką sytuację, że udało mi się spotkać w studiu z raperami i pracować nad czymś razem. Było to przy okazji białostockiego festiwalu Up To Date, kiedy w studiu u Kwazara spotkaliśmy się z Tym Typem Mesem, Wuzetem i Sokołem, żeby nagrać kawałek promocyjny do kolejnej edycji festiwalu. Ten numer powstał, ale wynikły różne sytuacje niezależne ode mnie, które spowodowały, że nasz kawałek nie mógł nigdzie się pojawić. Szkoda, bo mógł porządnie zatrząść całą sceną.

Płytę Wuzeta spotkał los podobny do wielu niedocenionych albumów, czyli świetne opinie recenzentów, ale dość marne zainteresowanie odbiorców.

Rzeczywiście, nie miała pierwszych miejsc na listach OliS, ale mimo wszystko wydaje mi się, że wypadła całkiem nieźle. Wyświetlenia na YouTube też się zgadzają. Jeżeli jednak było tak, jak mówisz, że ludzie nie poznali się na Wuzecie, to mnie w zasadzie nie dziwi. Od początku uważałem, że pojawił się trochę za wcześnie. Odbiorcy nie czaili tego jeszcze zbyt dobrze. Mam nadzieję, że z następną płytą będzie jeszcze lepiej. Wyprodukowałem na ten album trzy kawałki, w tym jeden razem z PZG, jako Plastry. Pojawi się tam oczywiście sporo innych dobrych producentów, więc gorąco polecam, by śledzić Wuzeta.

A teraz jest lepiej? W ogóle grime ma szanse zaistnieć w Polsce?

Nie sądzę. Być może przyjmie się bardzo techniczny styl nawijania oparty na przechwałkach, ale muzyka nie bardzo. Wydaje mi się ona zbyt „twarda” dla większości i ludzie niespecjalnie za tym szaleją. To świetna muzyka imprezowa, ale na listy przebojów zwyczajnie za trudna. Tam trzeba być bardziej dosłownym i przystępnym. My tak nie potrafimy.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
wrzesień 2018
Kup teraz