Więcej...

Baby Meelo - Długo siedzę nad każdą pętlą

12.09.2019 
Baby Meelo - Długo siedzę nad każdą pętlą fot. Jakub Majk

Baby Meelo właśnie pracuje nad swoim czwartym albumem i to chyba dobry moment żeby porozmawiać o jego dotychczasowych dokonaniach. Pytamy zatem o jego związki z footworkiem, sposoby pracy nad kolejnymi utworami oraz działalność dziennikarską, która cały czas każe mu trzymać rękę na pulsie tego co w muzyce ciekawe i świeże. Sprawdźcie co do powiedzenia ma reprezentant Regime Brigade oraz Polish Juke.

W dzisiejszych czasach nieposiadanie profilu w mediach społecznościowych to już pewna ekstrawagancja, ale paradoksalnie może się okazać, że takie niestandardowe zachowania przynoszą artystom więcej rozgłosu...

Baby Meelo: Chciałbym tak o tym myśleć, ale jesteś chyba pierwszą osobą, od której to słyszę.

To dlaczego Cię nie ma na największych internetowych platformach?

Być może to naiwne, lecz zawsze zależało mi na tym, aby moja muzyka broniła się sama. Poza tym nierzadko odczuwam lęk przed tym, jak będzie wyglądała nasza przyszłość w internecie, a my, jako pierwsze pokolenie, które weszło w epokę mediów społecznościowych nie byliśmy na to gotowi, ponieważ nikt nas na to nie przygotował. Nieustanne przebywanie online ma raczej więcej wad niż zalet i z doświadczenia wiem, że nie jestem odosobniony w tej opinii. Owszem – przez brak profilu na Facebooku może mnie omijać sporo ofert grania, ale z drugiej strony, jeśli ktoś chce do mnie dotrzeć, to jest to możliwe za pośrednictwem profili Regime czy Polish Juke. Tam są informacje o moich działaniach.

Twoje krążki pojawiały się w obu tych oficynach i zawsze przemycałeś tam brzmienia w charakterystycznym dla footworku tempie 160 BPM.

Moim pierwszym zetknięciem z footworkiem prawdopodobnie była premiera albumu Double Cup DJ Rashada. Zanim sobie to dookreśliłem, gdzieś podświadomie urzekło mnie to, że ta estetyka jest świetną platformą do łączenia wszystkiego co kocham – hip-hop, jazz, r&b, soul czy funk połączone z breakami, muzyką jungle, grimem czy d’n’b. Był to totalnie świeży worek inspiracji.

Footwork w jakimś sensie jest naturalnym rozwinięciem nurtu drum and bass.

Myślę, że naturalnie jest on bardziej rozwinięciem ghetto house’u aniżeli czegokolwiek innego. W 2014 roku podczas festiwalu Audioriver rozmawiałem z (wówczas) trio Ivy Lab o tym pomoście między Wielką Brytanią a Chicago, bo nie miałem wątpliwości, że obie sceny na siebie wpływały. Stray, czyli dziś połowa, wtedy jeszcze jedna trzecia formacji Ivy Lab, użył fajnego sformułowania: „feedback loop”. Kiedy artyści z Chicago przyjeżdżali do UK grać swoje sety, w organiczny sposób pochłaniali to, co dzieje się w tamtejszych klubach i dochodziło do obustronnej wymiany. Ważną postacią dla spajania obu scen był też Addison Groove, który – mniej więcej równolegle z działalnością wytwórni Planet Mu – przemycał te brzmienia do Europy. To wszystko działo się na chwilę przed „wybuchem” mediów społecznościowych, kiedy dużo większą siłę miały ekipy promotorskie i labele, a wymiana inspiracji czy pomysłów odbywała się na poziomie osób kształtujących poszczególne nurty, po obu stronach konsolety. Dziś każdy ma dostęp do wszystkiego za pośrednictwem swojego smartfonu.

To źle?

To bardzo dobrze! Łatwiejszy dostęp do wiedzy i technologii oznacza, że więcej artystów i artystek może tworzyć, co w konsekwencji przekłada się na ciągle wzrastającą liczbę jakościowych produktów. Wiadomo, że jest też drugi koniec kija, bo kopii i „algorytmicznych” produkcji publikuje się niemało. Ale ostatecznie, co mnie bezgranicznie cieszy, nigdy dotąd nie wychodziło tak dużo świetnej muzyki, ze wszystkich zakamarków geograficznych i estetycznych.

Osoby związane z footworkiem, jak Jakub Lemiszewski, Mateo PJ czy COMOC, mówiły mi, że dla wielu artystów jest to najbardziej progresywna stylistyka, ale tego przekonania nie podziela zbyt wielu odbiorców.

Przede wszystkim jest to kwestia edukacji na poziomie promotorskim czy dziennikarskim, bo jeżeli w naszym kraju to marketingowo „nie siada”, to niekoniecznie oznacza, że ludziom się nie podoba. Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie z jazzem i to nie było tak, że od razu wszystko zrozumiałem, a płyty, które dziś kocham zostały tak odebrane przeze mnie od początku. Postanowiłem dalej w to brnąć, bo czułem do tego pociąg, najprawdopodobniej zbudowany na hip-hopowym fundamencie. Obecnie obok hip-hopu właśnie, i szeroko rozumianej elektroniki, jest to gatunek, po który sięgam najchętniej.

Ale zgodzisz się, że footwork to aktualnie najbardziej „świeża” formuła?

Ciężko wyłonić jedną i użyć przysłówka „najbardziej”. Myślę, że najwięcej dzieje się w Afryce i tam doszukiwałbym się tych najbardziej postępowych projektów czy nisz. Będąc trzonem samym w sobie generują nową jakość, stając się jednocześnie elementami innych, często pozornie odległych gatunków czy rozwiązań. Rzecz jasna footwork ma podobny potencjał, a zważywszy na to, jak bardzo hybrydowy potrafi być, nie da się zaprzeczyć, że w tej kwestii jest jeszcze wiele do powiedzenia.

Ty jednak na swojej najnowszej płycie Monday Shrink Schedule odszedłeś nieco od tego footworku.

Ten album to najbardziej eksperymentalna rzecz jaką dotychczas popełniłem. Z reguły trudno jest mi tak nieskromnie mówić, ale odczuwam niemałą dumę z tego jak to finalnie brzmi. Mastering wykonał Michał Kupicz, a ja odpowiadam za wszystkie kompozycje i miks całości. W zasadzie poza pierwszym albumem (Milky Wayz EP), gdzie za miks i master odpowiadał Mateusz Majewski, czy przy serii wydawnictw z remiksami pod aliasem DJ Crackpipe (kiedy to zajmował się tym Suwal), zawsze sam ogarniam ten etap. Pozwala mi to maksymalnie kontrolować brzmienie, ale też wymagać więcej od samego siebie. Jest to dla mnie bardzo satysfakcjonująca formuła.

A to odejście od footworku wydarzyło się samoistnie?

Stało się to raczej organicznie, w momencie, gdy zdecydowałem się na takie brzmienie albumu. W sumie to już Kush, Hoops, Rhymes & Pizza Places EP dla Polish Juke było dla mnie bardziej hip-hopowym materiałem, choć footwork obok hip-hopu i muzyki lat 70. i 80. był dla mnie wówczas dominującą zajawką. Moje spojrzenie na footwork zawsze w jakiś sposób odbiegało od kanonu z Chicago, zapewne przez ten hybrydowy filtr dotychczasowych doświadczeń i inspiracji.

„Maschine Mikro MKII mam w zasadzie od zawsze. Do tego dochodzi klawiatura Behringer UMX250, interfejs Focusrite i monitory nEar 08” (fot. Jakub Majk)

Jeżeli mielibyśmy wskazać narzędzie do produkcji muzycznej, które najlepiej sprawdza się przy tworzeniu footworku to pewnie bylibyśmy zgodni, że to Akai MPC.

Nie miałem zbyt wielu okazji obcować z MPC, więc mogę jedynie głosić peany na cześć spuścizny tych kultowych maszyn. Chciałbym kiedyś choć jedną posiadać i myślę o wielu innych sprzętowych. Niestety, zmagam się z nałogiem kupowania płyt, więc póki co nie planuję drastycznie rozbudowywać mojego setupu. Nie jestem też „gear headem” z zamiłowania, choć teoretycznie wiem, co najlepiej by mi pasowało. Od dawna odgrażam się, że kupię sobie Arturię MicroBrute, która przekonuje mnie swoją kompaktowością i brzmieniem. Aktualnie na stanie jest Maschine Mikro MKII, które mam w zasadzie od zawsze. Do tego dochodzi klawiatura Behringer UMX250, interfejs Focusrite, monitory nEar 08 by ESI, gitara basowa Ibanez oraz mikrofon. Ableton w wersji 9.2, którą chętnie zamieniłbym na 10, ale mój wiekowy laptop Lenovo mógłby tego nie udźwignąć. W takiej konfiguracji nagrałem trzy albumy, aktualnie pracuję nad czwartym.

Skoro nagrałeś na tym swoje dotychczasowe wydawnictwa to rozumiem, że dość szybko skompletowałeś cały system.

Nie licząc epizodów z Fruity Loopsem i jakimiś cyfrowymi digi-multitrackami, kiedy to z ziomalami nagrywaliśmy rapowe kawałki pod „kradzione” bity, taki setup był ze mną od początku podróży z produkowaniem muzyki. Wiem, że nowe narzędzia napędzają rozwój każdego twórcy, ale z drugiej strony tak długi okres pracy w określonym środowisku pozwala mi lepiej je rozumieć. Przede mną sporo jeszcze do odkrycia, ale na pewno mój system pracy staje się teraz coraz bardziej płynny. Dzięki temu mogę poświęcić więcej czasu na zgłębianie wiedzy teoretycznej, bo nie mam wykształcenia muzycznego i jest co nadrabiać. Ale czuję też, że kiedy osiągam w utworze wcześniej założony cel, to jako samoukowi sprawia mi to ogromną frajdę.

Samodzielnie uczyłeś się też Abletona?

Najpierw kilka osób opowiedziało mi o tym w jaki sposób ten DAW funkcjonuje, a później uczyłem się go metodą prób i błędów. Czy dzięki temu doszedłem do rozwiązań, które są moimi autorskimi? Nie wydaje mi się, żeby korzystanie w taki czy inny sposób z danego efektu było tożsame z osiąganiem nowatorskich rezultatów pracy z oprogramowaniem. W pewnym sensie jest to więc ograniczona opcja. Nie oznacza to jednak, że nie można działać w oryginalny, wyjątkowy sposób. Nigdy nie zapisuję presetów filtrów czy korekcji, bo staram się osiągać założony cel na „pustej” wtyczce, a nie na zasadzie odtwarzania tego co już kiedyś zrobiłem.

Długo pracujesz nad brzmieniem?

Sporo dłubię. Lubię spędzać bardzo dużo czasu nad jedną pętlą. Chociaż stworzyłem już niemało kompozycji, to ciągle bywa to dość żmudny i długotrwały proces. Ciężko mi wskazać jakąkolwiek stałą fazę realizacji utworu. Na pewno najczęściej zaczynam skrupulatnie miksować całość dopiero po ułożeniu całej kompozycji, ale to chyba dość standardowa procedura. Masę uwagi poświęcam sekcji rytmicznej i jej brzmieniu, więc często jest ona jakimś tam filarem finalnego efektu, nawet jeżeli ostatecznie jest to utwór w nią uboższy. Poza sięganiem po w miarę stałe dla mnie rozwiązania w kwestii panoramowania, efektów delay czy filtrów dolnoprzepustowych nie mam żadnej uregulowanej formuły pracy.

Od czego rozpoczynasz pracę nad utworem?

Ważnym elementem mojej twórczości jest sampling, co czasem generuje pierwsze kroki. Jako Baby Meelo staram się działać konceptualnie, więc rzadziej siadam z tym „mindsetem” do sprzętu tylko po to, żeby sobie potrenować, choć tak się zdarza. Staram się w każdym wydawnictwie przemycać jakiś koncept, co determinuje sposób, w jaki podchodzę do komponowania.

Na ile muzyka instrumentalna może nieść konkretne treści?

Kiedyś trafiłem w YouTube na kanał edukacyjny zajmujący się m.in. literaturą amerykańską. W odcinku wprowadzającym do całej serii padło stwierdzenie, że nawet jeżeli autor bądź autorka nie mieli czegoś na myśli, a odbiorca i tak zlokalizował dane znaczenie w oparciu o swoje doświadczenie i wiedzę, to nie jest w błędzie. Nie lubię prowadzenia za rękę i transparentnego sugerowania interpretacji, ale jako producent próbuję pewne kwestie przekazać. Jednak przez to, że każdy ma inny kontekst możemy się rozumieć tylko do pewnego stopnia, bądź też wcale. Co nie musi oznaczać fiaska na poziomie tworzenia treści i jej odbioru. Fajnie jest, kiedy pojawia się wspólny mianownik i czuję u innych realne odzwierciedlenie tego, co chciałem powiedzieć, ale im szersze spektrum zrozumienia moich treści, tym lepiej dla mnie jako autora.

Takie patrzenie na muzykę wynika z tego, czego sam słuchałeś?

Szanuję instytucję albumu. Praktycznie nie słucham utworów na wyrywki, nawet jeśli są to nastawione na parkiety single czy EP-ki z muzyką klubową. Enter the Wu-Tang (36 Chambers) było pierwszą pozycją, która pochłonęła mnie bez pamięci jako pełne doświadczenie płyty długogrającej. Samo szczeniackie zainteresowanie muzyką przyszło wraz z pojawieniem kablówki, kanałów MTV, Viva i kupowaniem pierwszych kaset oraz płyt CD. Kiedy pojawił się internet siedziałem na różnych forach, pochłaniałem wiedzę na temat wszystkiego co mnie w tym kręciło i szukając nowej muzyki.

Wspomniałeś, że razem z kolegami nagrywaliście rap.

Tak, to był pierwszy kontakt z oprogramowaniem do rejestrowania dźwięku i z Fruity Loopsem. Był to też bodziec, który popchnął mnie do tego, żeby brnąć w to dalej. Bardzo szybko „zajarałem” się sceną hip-hopową z USA. Nie bez znaczenia był też pewnie fakt, że w miarę wcześnie zacząłem biegle mówić po angielsku. Kiedy na etapie gimnazjum miałem już w domu nielimitowany dostęp do internetu, zamawiałem swoje pierwsze płyty CD, rozpoczynając w ten sposób budowę kolekcji. Moją pierwszą muzyczną miłością zdecydowanie był rap ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i do dzisiaj to brzmienie jest najbliższe mojemu sercu. Gdzieś w okolicach drugiej klasy gimnazjum zaczęło się dryfowanie we wszystkie możliwe strony. Po raz pierwszy usłyszałem numer Technical Itch – Rukus (D.Kay VIP) i to był szok. W życiu nie słyszałem czegoś podobnego – zimne, agresywne, metaliczne, „buczące” brzmienia w całym swoim „nieludzkim”, analogowym chaosie miały w sobie coś oczyszczającego, piwnicznego, melancholijnego. Ten sound jest ze mną nieprzerwanie do dziś i myślę, że właśnie coś takiego chcę serwować ludziom.

„Nie lubię prowadzenia za rękę i transparentnego sugerowania interpretacji, ale jako producent próbuję pewne kwestie przekazać” (fot. Jakub Majk)

W którym momencie zaczęła Cię interesować produkcja muzyczna?

Pojawiło się to wraz ze zgłębianiem DJ-ingu, czyli zaraz po wyjeździe na studia, kiedy to pojawił się kontroler Behringer CMD Studio 4A. Swoje pierwsze kroki w roli selektora stawiałem w klubie Szuflada w moim rodzinnym Wodzisławiu Śląskim. Wpinałem się małym jackiem w komputer i korzystałem z Traktora. W ten sposób odrobinę na ślepo zaczynałem łapać jak to wszystko działa. W domu miałem wówczas swój pierwszy gramofon (Numark TTUSB), który kupiłem za fanty zebrane na osiemnastkę. Poznawałem wtedy dynamikę talerza, rolę pitcha etc. Sprzęt zresztą ciągle działa i aktualnie służy moim rodzicom.

Wyjechałeś na studia do Wrocławia?

Tak, choć przez pierwsze dwa lata co drugi weekend wracałem do Wodzisławia, żeby we wspomnianej Szufladzie grać imprezy. Jako młodsza osoba miałem też ambicje dziennikarskie – zaczynałem od prowadzenia bloga jako nastolatek, później pojawiło się radio, Regime i portal soulbowl. Przez pewien czas na antenie Akademickiego Radia Luz prowadziłem aż trzy audycje. Wówczas studiowałem, trochę się obijałem i obowiązków było nieco mniej. Dziś moja audycja (Future Beats, poniedziałek, 22:00) nie jest audycją krytyczną, a stricte selektorską. Nie czuję już dziennikarskiego powołania, skupiłem się bardziej na muzyce i Uczuleniu – przestrzeni kulturalno-rozrywkowej, będącej owocem współpracy Regime’u i miejscówki Czuła jest noc.

Sporo tego wszystkiego. Najbliższe plany?

Aktualnie jestem w zaawansowanym stadium pracy nad czwartym albumem, który ukaże się jeszcze w tym roku nakładem Polish Juke. Nadal będzie to format EP, przy czym ponownie staram się zmierzyć z innymi niż dotychczas dźwiękami oraz treścią. Jestem niesamowicie wdzięczny Mateo za zaufanie, którym mnie obdarzył. Pozwala mi to bezstresowo podnosić sobie poprzeczkę i swobodnie eksplorować miejsca, w które to brzmienie mnie porywa. Sytuacja wygląda tak samo w regime’owych szeregach – najdonioślejsze shoutouty dla całej brygady! Dodatkowo tworzę i występuję jako 61st Draft Pick, czy też pod wspomnianym wcześniej aliasem DJ Crackpipe. Uczulenie obecnie na wakacjach, ale jesienią ruszamy pełną parą z kolejnym sezonem. Gdzie widzę siebie za parę lat? Nie mam najmniejszego pojęcia. Najważniejsze, żeby była ze mną drużyna, proper sound i głośny loud.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
sierpień 2019
Kup teraz