Więcej...

Vito - Lepiej robić co się mówi zamiast mówić co się zrobi

06.05.2018  | Piotr Lenartowicz
Vito - Lepiej robić co się mówi zamiast mówić co się zrobi

Z Mateuszem Dopieralskim, znanym szerzej pod pseudonimem Vito lub też Drumlinaz spotkaliśmy się na chwilę przed końcem trasy koncertowej zespołu Bitamina. Porozmawialiśmy trochę o tym jak została przyjęta ich ostatnia płyta "Kawalerka" i jaki wpływ na to miał bardzo popularny utwór "Dom". Nasz gość zdradził również garść szczegółów dotyczących nowego wydawnictwa zespołu nad którym aktualnie pracują. Ponadto wracamy do jego producenckich początków, pytamy o album "HAOS" oraz zastanawiamy się dlaczego lepiej robić co się mówi a nie mówić co się zrobi.

Dużo się teraz wokół was dzieje.

Vito: To prawda i szczerze mówiąc cały czas jest to dla nas dużym zaskoczeniem. Nie przypuszczaliśmy, że odbiór naszego materiału będzie tak dobry - niedawno przecież skończyliśmy trasę na której większość koncertów była wyprzedana do ostatniego miejsca. Kiedy widzę jak ludzie śpiewają razem ze mną kawałki z tego albumu, a są to przecież mocno osobiste rzeczy to za każdym razem jest to naprawdę bardzo wzruszające. Z drugiej strony widzimy też jak singiel typu "Dom" potrafi rozszerzyć grono słuchaczy w sposób nie do końca przez nas pożądany. Myślę, że jakieś 20% publiczności przychodzi na nasz występ tylko po to aby usłyszeć ten jeden kawałek i czeka przez cały koncert aż w końcu go zagramy. Nie chcę mówić, że ten numer stracił dla mnie najbardziej na wartości ale przez to, że nawet tak wąska grupa odbiorców redukuje nas do tego kawałka mam z nim związane coraz bardziej mieszane uczucia. Podczas kolejnej trasy na pewno będziemy grali go w zupełnie innym aranżu tak żeby nam nie zbrzydł do reszty.

Może to też działać w drugą stronę, czyli powodować, że nowe osoby sprawdzą też wasze starsze rzeczy.

Część osób robi to na pewno, bo nam o tym mówią i rzeczywiście jest to dla nas najfajniejsza sytuacja. Z każdym kolejnym występem osób śpiewających razem ze mną numery z "Placu Zabaw" jest coraz więcej. To nas bardzo cieszy, bo przecież po przesłuchaniu tej płyty "Kawalerka" wybrzmiewa zupełnie inaczej i dopiero wtedy można wyłapać wszystkie follow up'y. Chcieliśmy po prostu zagrać coś takiego jak "Dom" a znając cały album widać, że nie jesteśmy typowym bandem grającym takie piosenki. Jest on specjalnie przerysowany zarówno tekstowo jak i muzycznie. Kiedy ktoś tego nie wie i przychodzi na nasz koncert oczekując popowego repertuaru może się nieźle zdziwić. Na nowej płycie również planujemy coś podobnego – tym razem polecimy w jednym miejscu grubo w lata 80-te ale najpierw musimy się do tego dobrze przygotować. Słuchamy teraz takich rzeczy żeby to jakoś "przetrawić" i zrobić coś po swojemu.

 

 

To na jakim etapie są prace nad nową płytą?

Powiedziałbym, że są zaawansowane. Płytę nazwiemy "Mama Europa" i będzie wyprodukowana w połowie przeze mnie a w połowie przez Amara. Ponadto Piotrek wraca na mikrofon i tutaj również te proporcje pomiędzy nami będą 50/50. Wszyscy ci, którzy dotąd nie przesłuchali "Listów Janusza", w końcu będą mieli okazję go poznać. Chociaż powtarzamy wszędzie gdzie się da, że cały nasz dotychczasowy muzyczny dorobek jest dostępny za darmo na Bandcampie. Można korzystać.

Wspomniałeś, że na "Kawalerce" teksty są bardzo osobiste a tytuł kolejnego wydawnictwa sugeruje, że zabierzecie głos w sprawach nieco bardziej uniwersalnych ale też kontrowersyjnych.

Ja nie jestem za wszystkim co mówi Bruksela i widzę, że wiele spraw jest bardzo trudnych ale sam pomysł Europy uważam za wspaniały. Od 28 lat mieszkam w Niemczech, gdzie zawsze podkreślam moje polskie pochodzenie a będąc tutaj często łapie się na tym, że podkreślam jak bardzo lubię tam mieszkać. Moja żona jest pół Sycylijką, pół Niemką, więc w moim przypadku cała idea Europy bardzo organicznie działa. Cieszę się, że nie ma granic i mogę się swobodnie poruszać. Ale uprzedzam, że na płycie nie będziemy starali się dawać recept na problemy tego świata. To będą raczej luźne przemyślenia i takie myślenie "na głos".

To i tak ciekawe, bo dzisiaj mało który raper czy w ogóle artysta zabiera głos w ważnych sprawach. Prawdopodobnie przede wszystkim z obawy o utratę fanów.

Nasz przekaz na pewno nie będzie miał charakteru kazania z podniesionym palcem, bo my tylko mówimy co u nas słychać. Ale zgodzę się, że przekazywane treści są coraz bardziej powierzchowne a przecież kiedyś w Polsce powstawały bardzo oryginalne rzeczy, zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej. Projekty takie jak Pezet/Noon czy Łona/Webber charakteryzowała jakość, której nigdzie indziej nie było. Bardzo ubolewam nad tym, że w Polsce przejęto trap ze Stanów w zasadzie 1:1. Myślę, że wielu z tych młodych raperów, będących teraz w wieku w którym ja nawijałem jako Denver za 10 lat będzie żałowała, że nikt im nie powiedział żeby się ogarnęli. Ja długo uprawiałem tzw. "rap o rapie" gdzie nawijałem jaki to jestem dobry aż w końcu zrozumiałem, że nie jestem. Kendrick jest. I o tym też mówię na albumach Bitaminy. Chodzi mi o pewną wrażliwość, którą w sobie odkryłem i która paradoksalnie poszerzyła nam grono fanów. Przychodząc na koncert od razu wiem, że nie muszę niczego ukrywać, bo wcześniej wszystko powiedziałem na płytach.

A w tym twoim narzekaniu na trap nie ma takiego zrzędzenia 30-latka?

Pewnie jest i staram się z tym walczyć ale tutaj naprawdę mało co mi się podoba. Ok, doceniam Pro8lem, bo w tej mieszance Oskara na majku i Steez'a na bitach wytwarza się jakaś nowa jakość. To jak Oskar przeciąga samogłoski słyszałem już w Stanach ale on to robi po swojemu. Zawsze cenię, kiedy ktoś coś wnosi do gry a nie jedynie bazuje na tym co już zostało wymyślone. W Stanach mówi się o tym ładnie "what do you bring to the table", no i Oskar niewątpliwie coś przyniósł. Starałem się zrozumieć trap ale kiedy w klubie przez dwie godziny wszyscy chodzą w miejscu i miotają łokciami w górę i w dół to pomyślałem, że to nawet wygląda mało muzycznie. A na koncertach tych efektów na wokalach brakuje i oprócz głównego MC skacze po scenie pięciu typa z majkami. Brawo, jeżeli publiczność skacze z nimi. Szanuję, choć nie rozumiem.

Nie chciałbyś się sprawdzić na takim "nowo-szkolnym" bicie?

Oczywiście dobry syntetyczny bit ma swoje zalety – jak słucham starszych rzeczy od The Neptunes czy Timbalanda to działają one na mnie hipnotyzująco. Pewnie gdybym posiedział nad tym dłużej to coś by „zażarło”. Wywodzę się jednak z soulowych i jazzowych sampli. Oczywiście ja też układałem linie melodyczne na MIDI i to wszystko działało ale teraz mamy ten komfort, że współpracujemy ze świetnymi muzykami. Zatem nie musimy już korzystać z wtyczek, bliżej jest mi do żywych instrumentów, nawet jeżeli są one później samplowane.

 

 

Nie lubisz wracać do tych kawałków podpisanych jako Denver?

Raczej tego nie robię, bo to moja "ciemna historia". W tamtych tekstach jest sporo anglicyzmów, bo chciałem być wtedy jak moi ulubieni raperzy z Brooklynu. Poza tym w Niemczech takie wtrącenia z języka angielskiego są raczej na porządku dziennym. W Polsce jest inaczej i w ogóle nie rozumiem dlaczego często są one spolszczane albo tłumaczone – głupi przykład nazwiska Shakespeare, które często pisze się jako Szekspir a to przecież nazwisko i nie powinno się tego zmieniać.

A ta scena niemiecka miała na ciebie duży wpływ?

Z pewnością jakiś na pewno ale raczej nie duży. Zawsze słuchałem sporo rapu z Polski i oczywiście ze Stanów. Niemiecki rap tylko w małych porcjach i bardzo selektywnie. Myślę, że teraz słucham więcej niemieckiego rapu niż kiedyś. Oczywiście były takie grupy jak Freundeskreis, będąca bliska jazzu i melodii, która zawsze była dla mnie ważna. Teraz jest sporo propozycji hardkorowych, gdzie słychać wpływy sceny francuskiej czy kultury arabskiej, która przebija się coraz bardziej – chłopaki mieszają bity trapowe z arabskimi wokalami. Wychodzi to bardzo ciekawie. Propozycje z  Frankfurtu lub Offenbach polecam mocno. A resztę po troszku w tej kolejności: Hamburg, Zagłębie Rury i Berlin.
 
Od początku zajmowałeś się zarówno rapowaniem jak i produkcją, prawda?

Tak, z tego co pamiętam to tak około 2001 roku zacząłem prężnie działać na E-Jay'u a potem pojawił się Fruity Loops 5, który dał mi ogromne możliwości. Któregoś dnia napisał do mnie Piotr Tetiuk, Polak mieszkający w Wuppertal, który znalazł moje utwory na HipHop.pl i zaprosił do swojego studio (Tobellus) aby  rejestrować zwrotki. Więc nie śpiewałem już do pończochy. Tak po latach powstał pierwszy album nagrany jako Denver, na moich bitach podpisanych jako Drumlinaz. Z Fruity Loops'a korzystałem bardzo długo, bo jeszcze "klepiąc" bity na wspólny album O.S.T.R-ego i Hadesa "HAOS" go używałem. Kiedy kupiłem iMaca byłem przerażony, że ten program tam nie działa. Chciałem nawet ładować specjalnie oprogramowanie, które umożliwia odtwarzanie programów dedykowanych na Windowsa ale Amar przekonał mnie żebym po prostu nauczył się Abletona. Przyznaje, że łatwo nie było ale teraz jestem ogromnym fanem tego DAW-a. To niesamowicie intuicyjne narzędzie, zawsze kiedy wpada mi do głowy jakieś rozwiązanie okazuje się, że twórcy Abletona byli pierwsi i program już je oferuje.

Twoje pierwsze produkcje powstawały w oparciu o sample?

Dokładnie. Na początku starałem się samplować z winyli ale nie miałem gramofonu, więc musiałem jeździć do kolegi żeby zgrywał mi te próbki. Było to uciążliwe, więc w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że przede wszystkim liczy się workflow i nie trzeba tak ortodoksyjnie do tego podchodzić. Zwłaszcza, że nie miałem jak skontrolować tego brzmienia, bo miałem też słabe słuchawki, także niby dbałem o jakość ale tak naprawdę to jej nie doświadczałem. Postawiłem na vibe. Okazało się, że to właściwa droga, choć to chyba O.S.T.R. powiedział kiedyś, że nie można samplować z plików mp3... Myślę sobie jednak, że jeżeli nagrasz telefonem skrzypiące krzesło i będzie to ciekawie brzmiało to czemu nie.

fot. Zbigniew Nowak


Nie ciągnęło cię nigdy do hardware'u i takich "maszynek" jak chociażby MPC?

Wielokrotnie się nad tym zastanawiałem, poza tym zawsze miałem też sterownik MIDI, więc jeśli miałem ochotę coś sobie wystukać to mogłem... Chodzi mi jednak o ten workflow – jak patrze na MPC to pomimo, że bardzo lubię to brzmienie to kiedy pomyślę o tym ile muszę czekać na to żeby się ta próbka załadowała albo ile trwa obrobienie sampla. Robię to dużo szybciej operując myszką, dzięki czemu sprawniej przechodzę do kolejnych etapów produkcji. Tutaj mam wrażenie, że ta obsługa jednak kradnie trochę czasu. Z drugiej strony DJ Premier kiedyś ładnie o tym mówił, że przez to ograniczenie czasowe jakie było w MPC musiał podchodzić bardzo selektywnie do sampli. Więc to są różne szkoły ale to co wychodzi na końcu jest w tym wszystkim najważniejsze.

A w jakiś sposób działałeś jeszcze na te próbki? Bo jak wiadomo przez długi czas we Fruity Loopsie nie było VST.

Szczerze mówiąc do dzisiaj staram się omijać te efekty. Dzisiaj korzystając z próbek nagranych przez naszych kolegów na basie czy innych instrumentach i tak wrzucam je w slicer, gdzie sobie nimi gram i układam na nowo w harmonii. Zawsze wolałem skorzystać z sampla w którym jest analogowy synth i często go pitchowałem w dół, gdyż bardzo lubię ten zabieg. Jeżeli chodzi o bębny to już od bardzo długiego czasu nie korzystam z tych tworzonych kitów, tylko np. używam trzech lub czterech werbli, które tak poprzesuwam, że brzmią jakby był to jeden. Z tym, że zawsze jest on "mój". Przyprawy składałem ja i są one ogólnie znane ale akurat w tej konfiguracji są w jakimś sensie moje. Zawsze bardzo o to dbam. Dlatego też korzystanie z MPC byłoby dla mnie trudne a tutaj pracuje na oko i na słuch. Mógłbym zrobić bit tylko patrząc w monitor a play wcisnąć dopiero na końcu, kiedy ułożę już całą sekcje rytmiczną – wiem już jak to będzie brzmiało. Beatkamerzy tak mają. A potem z kolei staram się od tego odchodzić i zaczynać od sampla który ma w sobie jakieś nierówności i arytmie. Na tym buduje groove żeby nie był on taki sztampowy, skoro już widzę jak wygląda ten bit to fajnie też samego siebie zaskakiwać i to się w ten sposób udaje.

Jako Drumlinaz wyprodukowałeś kilka bitów na "HAOS". To był dla ciebie ważny moment?

Na pewno i to z kilku powodów. To był ten moment przejścia na Abletona, czyli z czterech moich bitów, które weszły na album dwa zrobiłem jeszcze na Fruity Loopsie a pozostałe już na Abletonie, choć ciągle w taki „fruity loops'owy” sposób (slicer, Piano Roll i jazda). Dopiero później odkrywałem możliwości tego programu. Ogromnie ważna było dla mnie to, że mogłem sobie w czasie rzeczywistym coś dośpiewać do bitu – tego we Fruity Loopsie 5 nie było. Poza tym był to dla mnie pierwszy kontakt z dużą wytwórnią i miałem okazje zobaczyć jak naprawdę wygląda taka współpraca. Geneza tej płyty od naszej strony była nieco inna niż przedstawiano to w komunikatach prasowych, bo tak naprawdę zadzwoniliśmy do O.S.T.R.-ego z prośbą o kontakt do Hadesa z którym chcieliśmy coś zrobić. Wtedy on powiedział żebyśmy przesłali te bity jemu i jakoś dalej potoczyło się to tak, że powstał ich wspólny album. Z czego się bardzo cieszymy i generalnie całość dobrze wspominamy. Dużo wyniosłem z tego muzycznie, bo kiedy usłyszałem jak moje bity brzmiały po obróbce ich przez chłopaków z Killing Skills to otworzyło mi głowę na to, że miks i mastering to kolejna działka w której można zrobić niesamowicie dużo.

 


Killing Skills odpowiadali też za postprodukcje "Placu Zabaw".

Tak, wiedziałem, że zrobią to świetnie. Fajnie się to zazębiło, chłopaki włożyli w to też dużo pracy, wysyłali sporo maili z pytaniami, więc czuliśmy się szanowani jako klienci.

Ten "przeskok" na Abletona był dla ciebie trudny?

Na początku na pewno, uczyłem się go też metodą prób i błędów, więc trochę to trwało. Teraz jestem dużym fanem tego DAW-a ale generalnie zawsze powtarzam, że sprzęt nie może blokować energii twórczej. Dlatego jeżeli ktoś chce kupić Abletona dlatego, bo ktoś inny z jego korzysta to  zawsze mu mówię żeby sprawdził czy jemu to będzie pasowało. Sama nazwa sprzętu to nie wszystko – na "Placu Zabaw" są dwa utwory nagrane na mikrofonie z laptopa, które zarejestrowałem będąc gdzieś w hotelu. Później chcieliśmy je podmienić na te ze studia ale nie wychodziło to już tak dobrze. Tamte wokale miały w sobie jakąś magię, której nie umiałem ponownie osiągnąć.

Uważasz, że są w ogóle takie rzeczy których nie powinno się robić jako producent?

Nie wydaje mi się. Jak np. nagrywam sesje i robię wokale, to wybieram najlepsze części i łączę je ze sobą, co de facto oznacza, że nie zaśpiewałem jednej ścieżki na setkę w ten sposób. Sądzę jednak, że w pracy studyjnej chodzi o to aby stworzyć jak najlepszy "vibe". Jeżeli wiąże się to z tym, że później mam z tym problem śpiewając na żywo no to sorry – albo to potrafisz albo nie. Mi raz wychodzi raz nie. Za czasów kiedy rapowałem miałem bardzo gęste zwrotki - za gęste na live bez hypeman’a. Potem zobaczyłem u starszych kolegów po fachu, że to standard. Wiadomo, że soczyściej zabrzmi końcówka wypowiedziana na pełnym oddechu niż kiedy za moment zabraknie tchu.

Wspominałeś, że z Amarem dzielicie się produkcją nowej płyty po połowie, zawsze tak było?
 
Na "Placu Zabaw" było prawie po równo a na "Kawalerce" ten stosunek jest nieco inny, bo sporo pracowałem nad tym u siebie w Niemczech, więc układa się to mniej więcej w ten sposób, że 65% bitów jest moja a Amara 35%. To ciekawe, bo tak jak Amar jest moim ulubionym producentem tak w pewnym momencie jego rzeczy przestały na mnie działać. Były czyste i dobrze brzmiały, ponieważ naczytał się Estrady i Studio ale brakowało im tego „czegoś”. Podsyłał mi kolejne podkłady a ja nie potrafiłem nic z nimi zrobić – po prostu "nie zmuszały" mnie do pisania. Teraz wróciła mu forma z efektem jojo i naprawdę czaruje brzmieniem.  Ja też cały czas coś sobie skrobie – staram się robić przynajmniej 2 bity dziennie. Myślę, że po jednym tygodniu znajdzie się jeden taki podkład w którym faktycznie coś ciekawego się zadziało. Reszta ląduje w szufladzie.

Taka rutyna nie jest uciążliwa?

Nie, nawet jeżeli coś nie pozwala mi tego robić przez kilka dni to później szybko nadrabiam, bo po prostu za tym tęsknię. Piotrek ostatnio nawinął na bicie od Moo Latte, że "lepiej robić co się mówi zamiast mówić co się zrobi" i to jest moim zdaniem esencja. Możemy o tym gadać ile chcemy ale na koniec ten kto jest wytrwały i cały czas działa a nie gada gra dalej.