Więcej...

Piotr Połoz - W tym wszystkim najważniejszy jest groove

24.06.2019 
Piotr Połoz - W tym wszystkim najważniejszy jest groove fot. Marcin Polak

Z Piotrem Połozem spotkaliśmy się niedługo po ukazaniu się jego kolejnego solowego materiału pt. Hardy. W naszej rozmowie nie ograniczamy się jednak jedynie do tego wydawnictwa, ponieważ poza solową działalnością ten łódzki twórca jest wziętym basistą i członkiem takich formacji jak Psychocukier oraz TRYP. Artysta opowiedział nam m.in. o swoich muzycznych początkach, zaskakująco szybkiej nauce obsługi Octatracka oraz o tym dlaczego groove jest dla niego najważniejszy.

Z tym, że zająłeś się muzyką wiąże się jakaś szczególna historia?

Piotr Połoz: Raczej nie. Można wręcz powiedzieć, że moje początki były bardzo standardowe, gdyż samemu uczyłem się grać na gitarze klasycznej w domu. Wraz z wiekiem coraz częściej starałem się tworzyć na niej własne kompozycje oraz pisałem piosenki. Fascynowałem się punk rockiem i marzyłem o tym, aby kiedyś mieć swój zespół. Z drugiej strony w domu rodzinnym bardzo szybko pojawił się komputer Atari 800XL, na którym mój starszy brat zainstalował jakiś prymitywny program z automatem perkusyjnym. Bardzo lubiłem się na nim bawić. Później pojawił się popularny „pecet” a na nim pierwsze Fast Trackery. Jak tylko zwalniało się miejsce, siadałem za klawiaturą i tworzyłem jakieś śmieszne bity. To było niesamowite uczucie a tamten pierwotny entuzjazm związany z generowaniem dźwięków odczuwam do dzisiaj, choć miałem wtedy nie więcej niż 12 lat.

Wielu producentów zaczynało od Fast Trackerów.

To prawda. Zresztą ja naprawdę bardzo długo pracowałem na tych programach – moje pierwsze dwie płyty w całości zrobiłem właśnie na nich. Oczywiście korzystałem też z innych narzędzi, jak np. programu SoundForge, którego używałem do obróbki sampli, ale całość ciągle składałem w Fast Trackerze. Dopiero jakieś 10 lat temu przesiadłem się na Abletona. Długo nie mogłem się jednak przestawić, bo można powiedzieć, że w Fast Trackerze pracuje się w pionie – widać całą siatkę, więc kiedy wpisuję daną nutę widzę, że jest to A, G czy C. W Abletonie natomiast musiałem przestawić się na „klocki” oraz pracę w poziomie – od lewej do prawej. Początkowo stanowiło to pewną trudność, ale dzisiaj już niemal o tym zapomniałem.

Fascynacja punk rockiem, o której wspomniałeś, ustąpiła miejsca elektronice?

Nie, obie ścieżki biegły równolegle, chociaż faktycznie, patrząc tylko na wydawnictwa, jakie się wówczas pojawiały można odnieść takie wrażenie. Mój debiutancki album Not In The Kitchen ukazał się nakładem Mik Musik w 2001 roku, a pierwsza płyta grupy Psychocukier to dopiero rok 2007. Co prawda, zarówno w podstawówce jak i później w liceum czy na studiach grałem w różnych kapelach, jednak żadne nagrania z tamtego okresu nie ujrzały światła dziennego. Wspomniany Psychocukier okazał się takim najpoważniejszym projektem, z tych w których brałem udział.

Od debiutu, na początku ubiegłej dekady aż po dziś dzień współpracujesz z Wojtkiem Kucharczykiem, który systematycznie wydaje Twoje kolejne albumy.

Tak, cały czas razem działamy, a co ciekawe poznaliśmy się przez internet. Dawno temu istniało forum związane ze stroną Terra Incognita, która obecnie przekształciła się w sklep internetowy Serpent. Kiedyś jednak było to prężne forum dyskusyjne i właśnie tam wszedłem kiedyś w dość mocną polemikę z Wojtkiem. Później zreflektowałem się, że nieco przeholowałem, przeprosiłem i zacząłem wysyłać mu moją muzykę. W efekcie zaproponował, że mógłby to wydać. W tamtym czasie Wojtek podsyłał mi też bardzo dużo różnych nagrań, abym – jak mówił – „nie wyważał już otwartych drzwi”.

Nagraliście nawet wspólny materiał.

„Kasetę kasztanową” jako HWDJazz – był z nami jeszcze Bartek Kujawski. Dzisiaj wspominam to trochę jako żart, chociaż nie wiem czy chłopaki by się ze mną zgodzili. Osobiście uważam, że prawdziwa improwizacja jest możliwa tylko wtedy, kiedy nie umie się grać na instrumencie. Wykształcony gitarzysta nigdy nie będzie w pełni improwizował, bo ma mnóstwo nawyków i wyuczonych schematów, którymi się posługuje. My właśnie wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić taką „wielką improwizację” i pośmiać się trochę z jazzu jako takiego. Nie wynikało to z braku szacunku do innych wykonawców, po prostu stwierdziliśmy, że będzie to dobra zabawa. Zagraliśmy nawet trasę, w ramach której zagraliśmy bodaj 11 koncertów – pamiętam, że każdy za 666 złotych.

Osobiście uważam, że prawdziwa improwizacja jest możliwa tylko wtedy, kiedy nie umie się grać na instrumencie. Wykształcony gitarzysta nigdy nie będzie w pełni improwizował, bo ma mnóstwo nawyków i wyuczonych schematów, którymi się posługuje.

W Twojej działalności nazwijmy „komputerowej” dużo jest improwizacji?

Staram się jak najwięcej grać „z ręki”. Oczywiście później wszystko porządkuję, tak żeby „siedziało” w kompozycji. Bo tak naprawdę to nie przepadam za kompozycjami, które są improwizowane w 100%. W pewnym momencie stają się one dla mnie zwyczajnie nudne. Improwizacja zazwyczaj jest sinusoidą, jeśli chodzi o dynamikę oraz kompozycję – raz idzie do góry, potem w dół i tak w kółko. Dla mnie kompozycja musi zawierać jakiś punkt zwrotny, apogeum oraz wyraźnie zaznaczone momenty, w których jest spokój, cisza i pauza. Dlatego improwizację traktuję jako narzędzie, które pozwala odkryć ciekawe brzmienie albo coś nieoczywistego kompozycyjnie.

A w jaki sposób uczyłeś się obsługi Abletona?

Na samym początku oglądałem masę tutoriali ale przyznaję, że do tej pory mi się to zdarza. Jeśli mam jakiś problem i jestem w stanie nazwać to, co chciałbym osiągnąć, to w internecie można znaleźć odpowiedzi na większość wątpliwości tego typu. Niekiedy szkoda mi czasu na stosowanie metody prób i błędów, choć zgadzam się, że dzięki niej można osiągnąć efekty inne od zamierzonych i bywa, że są one wręcz wstrząsająco świetne.

Rozumiem, że przynajmniej na początku Twój setup sprzętowy ograniczał się do komputera oraz gitary.

Dokładnie. Komponowałem na gitarze – grałem melodie i dopiero później przekładałem je na komputer. Nawet nie samplowałem tej gitary, tylko starałem się odtworzyć wcześniej zagrane przebiegi za pomocą sampli. Cały czas pracuję w ten sposób, tyle że dzisiaj na gitarze basowej. W zeszłym roku kupiłem instrument Elektron Octatrack i od tamtej pory wchodzi on w skład mojego zestawu sprzętowego.

„W tej chwili podstawa to Elektron Octatrack, MacBook Air oraz Launchpad, a także kostki gitarowe Mooer, TC Eletctronic, E-H i Koda”

To dosyć trudne w obsłudze narzędzie.

Zanim go kupiłem, na próbę wypożyczyłem na testy. Szczerze mówiąc pierwsze doświadczenia były odrobinę dołujące. Później wypożyczyłem też Elektron Digitakt, który jest o wiele bardziej intuicyjny, ale ostatecznie wróciłem do Octatracka. Pracowałem na nim codziennie, więc nie musiałem za każdym razem przypominać sobie wszystkiego od nowa, bo moja nauka była płynna. Dzisiaj mogę już powiedzieć, że bardzo cenię sobie ten instrument. Sampluję bezpośrednio do niego, bo komponowanie z tego patternu jest niezwykle inspirujące i bardzo przyjemne. W inny sposób edytuje i zapętla się próbki – w jakiś sposób to od razu „gra”. Teraz podczas pracy na komputerze duży ekran mi przeszkadza, bo za dużo się widzi. Pracując na Octatracku mam słuchawki i jeśli coś dobrze brzmi to już nie interesuje mnie w jaki sposób zostało przycięte.

Twoja nowa płyta Hardy powstała właśnie na Octatracku?

Hardy był gotowy już 2 lata temu, ale w FASRAT było spore opóźnienie, jeśli chodzi o kalendarz wydawnictw. Więc w momencie, w którym okazało się, że będzie mógł się w końcu ukazać, musiałem się zastanowić co teraz. Pracowałem już z Octatrackiem i chciałem jak najmniej używać komputera. Ale pierwotnie duża część materiału powstała w Abletonie. Ostatecznie jest pół na pół – w połowie był to Octatrack, a w połowie Ableton. Z tym, że teraz z tego DAW-a korzystam jako miksera, do którego zgrywam ścieżki z Elektrona. Tam je miksuję, bo w Octatracku łatwo się zgubić. Ciągle potrzebuję narzędzia, w którym można wszystko poukładać i zrobić master.

A z czego korzystasz podczas grania na żywo?

W tej chwili podstawa to Elektron Octatrack, MacBook Air oraz Launchpad, a także w różnych połączeniach kostki gitarowe Mooer Bass Fog, TC Eletctronic Hall Of Fame, Electro-Harmonix Bass Balls czy Koda Distortion Plus.

Zgodzisz się, że materiał wydany w Father And Son Records And Tapes to rozwinięcie tego co zaprezentowałeś na Shameful Hatred?

Szczerze mówiąc, nie mam jeszcze dystansu do tego materiału. Wiem, że nie wypuściłbym go raczej w Mik Musik, bo jest zbyt klubowy, a ten pierwiastek eksperymentu charakterystyczny dla rzeczy wydawanych przez Wojtka Kucharczyka w tym przypadku nie dominuje. No i to jest wspaniałe, że nie muszę się ograniczać – mogę robić taką muzykę, jaką w danym momencie czuję. Dla mnie osobiście najważniejszy w tym wszystkim jest groove. Wszystko ma się bujać, a tam gdzie mogę pozwolić sobie na trochę więcej hałasu i eksperymentu to po prostu to robię.

Poza działalnością solową, gdzie korzystasz głównie z urządzeń elektronicznych, grasz też jako gitarzysta w zespole Psychocukier. Jaka jest dla Ciebie główna zaleta grania samemu?

Główną wadą i zaletą jednocześnie jest fakt, że w zespole odpowiedzialność rozprasza się na większą liczbę osób. Grając w Psychocukrze czuję większą wolność, bo nie wszystko zależy ode mnie. Z drugiej strony to też wada, ponieważ nie mam kontroli nad całą kompozycją. Kiedy gram z perkusistą to kreowanie rytmu i szukanie miejsca, w którym mógłbym się zaczepić, żeby stworzyć groove, jest przyjemnością. Jestem basistą, ale niekiedy staram się na tym basie przemycić melodię, która będzie wpadała w ucho.

Lubisz takich technicznych wirtuozów jak Wojtek Pilichowski albo Marcus Miller?

Zawsze kręciło mnie bardziej to, w jaki sposób osiągnąć groove stosując proste metody. Chcę tworzyć linie basowe, które bardzo zaznaczą się w utworze, a czasem będą go wręcz budować. Wolę basistów budujących to co dzieje się w linii basowej bardzo prostymi środkami, czyli np. nie grają tam, gdzie nie ma potrzeby. Miałem okres, kiedy uwielbiałem grać jeden dźwięk przez cały numer. W Psychocukrze były takie kompozycje, gdzie przez 5 minut grałem tylko dźwięk C. Bywało, że po koncertach niektórzy zarzucali mi, że nie umiem grać. Do tej pory bardzo mnie to bawi.

Kiedy gram z perkusistą to kreowanie rytmu i szukanie miejsca, w którym mógłbym się zaczepić, żeby stworzyć groove, jest przyjemnością. Jestem basistą, ale niekiedy staram się na tym basie przemycić melodię, która będzie wpadała w ucho.

Antypody Umysłu to już piąta płyta w dyskografii Psychocukru. Domyślam się, że po tylu latach współpracy macie już dopracowaną technikę nagrywania materiału.

Do tej pory było tak, że dwa razy w tygodniu robiliśmy bardzo długie próby i podczas nich nagrywaliśmy ogromną liczbę szkiców, z których wybieraliśmy kilkanaście do dalszej pracy. Jeśli dojdzie do nagrywania szóstej płyty to zobaczymy czy dalej będziemy działać w ten sposób. Szczerze mówiąc, chciałbym pracować nieco inaczej – w większej mierze korzystać z narzędzi takich jak sampler czy komputer. Większość naszych kompozycji powstawała z improwizacji – robiliśmy próbę, przez godzinę improwizowaliśmy, przerwa na gadanie i potem znowu. Po dwóch albo trzech miesiącach zbieraliśmy zarejestrowany materiał i później nad nim pracowaliśmy.

Przy ostatnich dwóch albumach wsparł Was Mikołaj Bugajak.

Tak, przy poprzednim krążku Diamenty jego rola ograniczała się do zarejestrowania naszych kompozycji oraz miksu i masteringu całości. Natomiast teraz, przy Antypodach Umysłu przyjechał nas nagrać a potem miał całkowicie wolną rękę. Wprowadził tam sporo edycji na komputerze – ciął i kleił, zmieniał aranże po swojemu. Był takim producentem jak to bywało niegdyś, kiedy mieli oni ogromny wpływ na aranż. NOON robił to już zupełnie bez naszego udziału.

I jak to wyglądało w stosunku do Twoich oczekiwań?

Jego podejście do tworzenia muzyki jest inne od naszego, ale i też typowych producentów pracujących z zespołami. Przede wszystkim NOON nie komponuje piosenek i właśnie tego oczekiwaliśmy, że będzie to zrobione inaczej niż dotychczas.

„Podczas pracy na komputerze za dużo się widzi. Jeśli na Octatracku coś dobrze brzmi, to nie interesuje mnie w jaki sposób zostało przycięte”

Obie wspomniane płyty wyszły w Nowych Nagraniach.

Tak i dzięki temu mieliśmy komfort w pracy nad albumem. Nie martwiliśmy się o to, co z tym zrobić po nagraniu. Z Mikołajem bardzo fajnie nam się pracuje, bo on w ogóle w takiej muzyce nie siedzi. Paradoksalnie to jest świetna sytuacja – nie ma żadnych nawyków i nie zna reguł, według których powinno się to robić. Stara się jedynie, aby to dobrze brzmiało. To jedyny wyznacznik.

Niedawno dołączyłeś też do formacji TRYP.

Zaczynając przygodę z zespołem Tryp miałem dość komfortową sytuację, ponieważ duża część muzyki została zrobiona wcześniej. Zespół miał zabukowany koncert na festiwalu i początkowo po prostu dołączyłem do składu, bo przede wszystkim chodziło o zagranie materiału z pierwszej płyty. Dostałem jednak wolną rękę, jeśli chodzi o partie basu. Mogłem korzystać z istniejących już na płycie basów, ale mogłem tworzyć zupełnie nowe, swoje. I z tej możliwości skorzystałem. Ponadto okazało się, że jeszcze przed tym koncertem powstała zupełnie nowa EP-ka Nagie Serce. Z jednej strony musiałem wejść w trochę hermetyczny świat zespołu, który był już zbudowany wcześniej, ale mogłem przyłączyć się i pomóc kształtować go dalej. To bardzo fajne, gdyż muszę się trochę napracować i dopasować do czegoś co już istnieje. Jednocześnie musi być to bas, który później z przyjemnością będę odgrywał na koncertach. Ten bas musi sprawić, że dany numer będzie lepszy. Siłą napędową grupy są dwie silne osobowości, czyli Kuba Wandachowicz i Marcin Pryt, dzięki czemu ja nie czuję na sobie tak dużej odpowiedzialności jak w Psychocukrze czy w mojej działalności solowej. Przez to łatwiej jest mi zagrać coś, czego w innej sytuacji może bym nie zagrał.

Powiedziałbym, że TRYP jest bardziej radykalny niż Psychocukier.

Tak, zarówno w samej muzyce jak i w przekazie tekstowym. Zespół wyrasta z nurtu industrialnego, więc gramy nawet więcej hałasu cyfrowego niż gitarowego, ale w mojej opinii nowa płyta Trypolis jest mniej brutalna niż poprzednia. Jest bardzo muzyczna a momentami nawet przebojowa. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych wydawnictw ostateczny kształt całości nadał Paweł Cieślak.

Wszyscy muzycy Psychocukru i TRYP-u pochodzą z Łodzi.

Prawie, Marcin Zabrodzki grający na saksofonie i klawiszach nie jest z Łodzi. Zawsze kiedy ktoś pyta mnie o tę „łódzkość”, to nie bardzo wiem co mam powiedzieć, bo mieszkam tutaj, więc ma to na pewno wpływ na muzykę, ale do końca nie umiem powiedzieć jaki. Czasami wydaje mi się, że Łódź jest takim marginesem całego kraju – miejscem dla dziwnych outsiderów. Nie chciałbym tego wyolbrzymiać, ale odczuwam coś takiego. Niby jesteśmy blisko Warszawy, ale jednocześnie jakoś poza tym, co dzieje się w głównym nurcie. Nawet jeśli badamy te same wątki, to jednak zupełnie od innej strony.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
maj 2019
Kup teraz