Więcej...

Piernikowski - Od dziecka miałem tendencję do inscenizacji

12.01.2020 
Piernikowski - Od dziecka miałem tendencję do inscenizacji fot. Dawid Misiorny

Rok 2019 zamknęliśmy w Nowych Bitach mocnym akcentem, ponieważ rozmawialiśmy z Robertem Piernikowskim. Artysta znany z duetu SYNY wydał w ubiegłym roku, bardzo udany krążek "The Best Of Moje Getto", a niedługo później został nominowany do Paszportu Polityki. W naszej rozmowie opowiada o tym w jaki sposób pracował nad ostatnim wydawnictwem, oraz swoim podejściu do produkcji muzyki.

Uczyłeś się gry na jakimś instrumencie?

Piernikowski: W podstawówce grałem na flecie, ale nic poza tym. Takim ważnym momentem, który wrył mi się w pamięć był ten, kiedy zachorowałem i matka, aby poprawić mi humor zabrała mnie do sklepu muzycznego. Od razu podeszliśmy do półki z bajkami – Kot w butach, Plastusiowy pamiętnik i inne standardy. Spojrzałem jednak obok, gdzie zobaczyłem kasetę Chopina. Akurat wtedy w podstawówce czytaliśmy opowiadanie o jego młodości, więc zdecydowałem, że chciałbym właśnie tę taśmę. Leżąc w gorączce pod pościelą, słuchałem Chopina i patrzyłem jak dziwnie powiewała firana w oknie. Od zawsze muzyka działała na mnie w taki intensywny sposób, że od razu łączyła się z obrazami i stanami. Bawiłem się w słuchowiska, namawiałem kuzynostwo do mówienia i śpiewania do mikrofonu, a później to rejestrowałem. Dziś widzę, że jakaś tendencja do inscenizacji towarzyszyła mi od dziecka.

Inscenizacyjność, o której mówisz była już obecna w Napszykłat?

Tak. Nawet mój pierwszy taki świadomy numer jaki nagrałem był dialogiem, gdzie modyfikowałem mój głos nagrywając go przez rurę od odkurzacza. Chciałem w ten sposób osiągnąć efekt reverbu, ale bardziej wyszła z tego chyba toaleta. Używałem wtedy programu Digitone na Amidze, który przypominał Sound Forge’a, ale najciekawsze, że trzeba było rozpoczynać utwór od tyłu. Nie było możliwości wklejać rzeczy z przodu, a właśnie należało zacząć od końca. Tamte narzędzia miały mnóstwo ograniczeń, które paradoksalnie zupełnie nie ograniczały, a wręcz pobudzały do kombinowania.

A kto w ogóle wprowadził Cię w świat produkcji muzyki?

Początki były zupełnym samouctwem. Nagrywałem z magnetofonu na magnetofon i śpiewałem. Potem dostałem od rodziców wieżę, do której można było podpiąć mikrofon i to był dla mnie prawdziwy jakościowy skok. Od połowy lat 90. w Świnoujściu działała już ekipa hip-hopowych pionierów, której liderem był Artur Warzecha aka DJ Bruno – koleś, który miał już na koncie mixtape. Razem z Ansmanem, czyli drugim MC ze składu Napszykłat zgłosiliśmy się do niego, aby nas wtajemniczył. Sprzedawał coca-colę w budce pod kościołem, więc podbiliśmy do niego ot tak, z pytaniem czego potrzebujemy do robienia swoich bitów. Artur cierpliwie wysłuchał naszych naiwnych pytań i potraktował nas bardzo poważnie – nie wyśmiał nas, tylko dał kilka cennych rad. Dopadłem niezbędne rzeczy do Amigi i niedługo później udało mi się wysamplować kawałek bitu Cypress Hill, który zapętliłem i później słuchałem cały dzień – to była jakaś ekstaza. Samplowanie i zapętlanie. To był przełom, po którym zapadłem się pod ziemię. Chłopaki pytali, dlaczego nie wychodzę na podwórko, a ja po prostu siedziałem i samplowałem wszystko co miałem w domu. Artur nam doradzał, podrzucał kasety, z których można było powycinać fajne sample – bez wątpienia na początku był naszym guru.

Kiedy tworzyłeś swoje pierwsze utwory pojawiała się obawa o reakcje osób, które będą tego słuchać?

Zupełnie nie. Cały czas towarzyszyła mi myśl, aby jak najszybciej zorganizować pierwszy koncert i nagrać swoją kasetę. Od razu chciałem dotrzeć z tym do jak największego grona osób. To był lot na takich emocjach, że nie myślało się o jakiejś ocenie. Byliśmy zajarani rapem.

Być może taka obawa przed oceną jest domeną czasów współczesnych, bo ten wątek pojawia się w wielu rozmowach z producentami młodego pokolenia.

Rzeczywiście, widzę, że każdy odczuwa potrzebę wyrażenia bardzo kategorycznej opinii. Byle goguś musi napisać, że coś jest beznadziejne, żeby poczuć się lepiej. Współczuję trochę debiutantom i życzę im siły. Kiedy ja startowałem, panowała atmosfera wzajemnego „ciągnięcia” do góry.

We dwóch z Ansmanem zakładaliście Napszykłat, ale ostatecznie w składzie pojawiły się też inne osoby.

W pewnym momencie podpisaliśmy umowę z SP Records, ale finalnie nie znaleźliśmy się na ich składance Hip-Hopla. Jak płyta wyszła, pobiegliśmy do Empiku, a tam okazało się, że nas nie ma. To był dla nas cios. Zawiesiliśmy działalność Napszykłat i zacząłem robić jakieś swoje rzeczy. Przez samplowanie poznałem mnóstwo ciekawej muzyki, która zaprowadziła mnie w bardziej eksperymentalne rewiry. Wyjechałem do Poznania na studia, tam poznałem Marka Karolczyka i Czarka Kołodzieja. Ostatecznie namówiliśmy Ansamana na przeprowadzkę do Poznania, żeby reaktywować Napszykłat. Każdy z nas miał inny background i wypadkowa naszych działań była trudna do przewidzenia. W tamtym czasie kupiłem Akai MPC 2000, jednak komputer okazał się bardziej plastyczny do działań na salce prób z ekipą instrumentalistów. Zainstalowałem Sound Forge’a, Cool Edit Pro, a później w sposób naturalny przesiadłem się na Abletona, który z pozoru daje nieograniczone możliwości, jednak dość szybko się nim zmęczyłem. Obudziła się we mnie potrzeba narzucenia sobie ograniczeń technicznych – chciałem wyjść z dźwiękiem poza komputer, żeby przetwarzać go na zewnętrznych efektach. Wróciłem zatem do MPC, tyle że tym razem było to MPC 1000. Paradoksalnie, ograniczenia tego urządzenia poszerzyły moje pole.

„Album "The Best Of Moje Getto" to głównie wtyczki firm FabFilter, Lexicon oraz Waves. Bardzo lubię reverby Lexicona”

Przy okazji dużego tekstu z okazji 60-lecia serii MPC, który ukazał się w naszym serwisie www.estradaistudio.pl wielu producentów wskazało ten model jako najbardziej nieudany.

Ma wady, ale jest mały i zmieści się do plecaka. Przesiadka na MPC uwolniła mnie od patrzenia w ekran. Sama forma graficzna utworu w DAW sprawia, że przestaję słuchać muzyki, a tylko patrzę na waveformy. Lepiej słyszę, kiedy nie widzę tych układanek i klocków.

Samo brzmienie było dla Ciebie ważne?

No jasne, ale wszystko zmieniło się, kiedy kupiłem DSI Evolver. Syntezatory kojarzyły mi się trochę z keyboardami, a tu nagle taka namacalna rzecz – byłem w szoku. Wtedy wkręciłem się w synthy. Do dzisiaj nagrywam na MPC pętle z synthów, później stosuję metodę dubową, czyli „wrzucam” na 12-kanałowy mikser wyjścia z MPC i wysyłkowo nakładam efekty zewnętrzne – głównie delay i reverb. W większości przypadków nagrywam w jednym pliku WAV, w stereo i jedynie czasami dogrywam jakieś rzeczy na kompie. W głównej mierze pełni on jednak rolę rejestratora, ale nie znaczy to, że jestem jakimś analogowym freakiem. Czasami robię numery w aplikacji GarageBand.

Nie wykorzystujesz wtyczek efektowych z Abletona?

Jedynie EQ, kompresor i jakiś reverb. Tak jak wspominałem, DAW używam w charakterze rejestratora, gdzie zgrywam utwory z MPC jako parę stereo i do tego dogrywam wokale. Wszystko miksuję sam, bo trudno byłoby mi komukolwiek to oddać. Traktuję miks jako element komponowania.

Ile ścieżek mają Twoje projekty w Abletonie? Są bardzo rozbudowane, czy niekoniecznie?

Wszystko zależy od tego, ile nagram wokali, bo muzykę zgrywam stereo. Czasami coś dogram lub przytnę. Nie piszę tekstów na kartkach tylko wymyślam je przy mikrofonie, a to powoduje, że ścieżki wokalowe się mnożą. To wszystko sprawia, że w moich projektach panuje nieład, ale szkoda mi czasu na jakieś wizualne porządki w miksie.

Wpadłeś kiedyś w pułapkę zbierania sprzętu?

Chciałoby się mieć jak najwięcej fajnych instrumentów, ale nigdy nie miałem „wkręty” kolekcjonerskiej. Podochodzę do tego w pragmatyczny sposób i kiedy czuję, że już wyeksploatowałem dany instrument to szukam innego, który gdzieś mnie zaprowadzi i czymś zaskoczy. Staram się maksymalnie eksploatować urządzenia, ale lubię też rozpoznawalne presety, ponieważ w ten sposób mogę „grać” ich znaczeniami. Często też sampluję samego siebie. Co ciekawe w Synach, razem z 1988 mamy bardzo podobne setupy. Wzajemnie podpatrywaliśmy u siebie jakieś rzeczy i trochę się z tego nabijamy. Mamy bardzo podobną technikę, gdyż obaj operujemy głownie mikserem.

Są też dosyć wyraźne różnice – u Ciebie jest zdecydowanie więcej melodii.

Zgadza się, mamy zupełnie inne style i mam wrażenie, że dla każdego z nas kluczowe są inne elementy. Co do melodii, to robię to w jakiś całkowicie nieświadomy sposób. Potrafię stwierdzić ten fakt, ale nie wiem, dlaczego tak się dzieje.

W moich projektach panuje nieład, ale szkoda mi czasu na jakieś wizualne porządki w miksie.

Tworzenie utworu zaczynasz właśnie od melodii?

Trudno powiedzieć. Zwykle jest trochę tak, że wrzucam jakieś brzmienie, tak jakbym rozrzucał rzeczy na stole. Krok po kroku dodaję kolejne elementy, słucham jak to razem gra. Nie jestem wykształconym muzykiem, więc do wszystkiego dochodziłem sam. Do DSI Evolver wydrukowałem kiedyś instrukcję obsługi, ale nawet nie doczytałem jej do końca. Używam rzeczy po swojemu i nie zawsze we właściwy sposób.

Uszkodziłeś kiedyś jakiś sprzęt?

Rozwaliłem kilka pogłosów sprężynowych, bo posługuję się nimi stanowczo. Nie przyznałbym się do wielu rzeczy masteringowcom, ponieważ niekiedy to, co chcę osiągnąć, wymaga niepoprawnych metod jak np. wpuszczenie miksu w sampler na totalnym przesterowaniu, żeby mieć specyficznie pompujące brzmienie. Zwykle dotyczy to niszczenia dźwięku. Oczywiście są wtyczki, które to robią, jednak dla mnie jest to też trochę symboliczne, bo wiem, że w ten sposób pracował Madlib, takie rzeczy robił również Lee „Scratch” Perry.

Co jest dzisiaj Twoim głównym narzędziem pracy?

Najintensywniej używam Polivoksa, Juno-106, Korga M1 oraz DSI Tetra. Każdy z nich przydaje się do czegoś innego, ale jestem też przekonany, że muzykę można zrobić na wszystkim. Trzy numery na mojej poprzedniej płycie No Fun powstały w aplikacji GarageBand na iPadzie. Czasem wychodząc ze studia mam „schizę”, że zaprószyłem ogień i obawiam się, że cały sprzęt nie pójdzie z dymem. Później dochodzę jednak do wniosku, że nawet gdyby tak było, to bez tych wszystkich gratów i tak bym sobie poradził.

Śledzisz rynek nowinek sprzętowych?

Niespecjalnie. Jeśli czegoś potrzebuję, to dopiero wtedy szukam. Juno i Korga VC10 podsunął mi Maciej Polak z analogia.pl, który chyba wyczuł, co mi się przyda. Trochę jakby wykuł miecz „rycerzowi MIDI”.

Swój pierwszy utwór w życiu nagrałeś przez rurę od odkurzacza, czyli od początku starałeś się jakoś przetwarzać wokal. Z każdym kolejnym projektem jest tego więcej, a na The Best Of Moje Getto pojawia się też Auto-Tune.

Konkretnie Waves Tune. Na płytach Orient i No Fun korzystałem głównie ze sprzętowych pogłosów sprężynowych oraz delayów. Z kolei albumy Sen i The Best Of Moje Getto to głównie wtyczki firm FabFilter, Lexicon oraz Waves. Bardzo lubię reverby Lexicona.

Twój głos przetworzony przez Auto-Tune dało się usłyszeć w numerze z Pezetem i chyba można było to odbierać w kategorii pewnego zaskoczenia.

Przecież to jest to taki sam efekt jak chociażby reverb. W moim przypadku głos na auto-tune powoduje, że w głowie pojawia mi się jakaś postać. W kawałkach często nagrywam kilka głosów, które nie należą do jednego podmiotu lirycznego, tylko tych postaci jest więcej.

Poza przetwarzaniem wokalu ewoluowało również Twoje podejście do adlibów i podbić.

To wszystko nie wynika z jakiegoś ułożonego planu, a raczej z chwilowych „zajarek”. W tytułowym numerze z The Best Of Moje Getto przez cały czas jego trwania adlib jest moim „cieniem”. Kiedy tworzę tekst to nagrywam jeden wers, cofam go, słucham i od razu robię adlib nagrywając kolejny. Z tego powodu w zasadzie w każdym numerze funkcjonują dwie a czasami nawet trzy postacie. Akurat tutaj wyobraziłem sobie, że jestem na koncercie i mam obok siebie takiego nadpobudliwego hypemana, który momentami nie trafia w bit. To nie było zaplanowane, tylko zwyczajnie się wydarzyło.   

„W zasadzie w każdym numerze funkcjonują dwie a czasami nawet trzy postacie” (fot. Piotr Pytel)

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
grudzień 2019
Kup teraz