Prometh - Praca w studiu to nie tylko impulsy kreatywności

06.04.2021  | Piotr Lenartowicz
Prometh - Praca w studiu to nie tylko impulsy kreatywności

Z Promethem spotkaliśmy się niedługo po wydaniu jego debiutanckiej EP-ki mishmash, a mając już w perspektywie pierwsze długogrające wydawnictwo tego producenta. Jak sam mówi nie wyobraża sobie, że w przyszłości nie będzie żył z muzyki i nawet nie zamierza przygotowywać planu awaryjnego na taką ewentualność. Prometh postawił wszystko na jedną kartę i w naszej rozmowie opowiada jak przez lata pracy w studiu budował pewność siebie, która pozwoliła mu na taki ruch.

Jesteś jednym z tych producentów, których formowała szkoła muzyczna?

Prometh: Rzeczywiście wszystko zaczęło się u mnie od szkoły muzycznej, gdzie przez 6 długich lat uczyłem się gry na fortepianie. Po ukończeniu pierwszego stopnia nie myślałem jednak o kontynuacji nauki, ponieważ obawiałem się, że zupełnie zatracę pasję do muzyki. To była zwykła publiczna szkoła, w której czas zatrzymał się wiele lat wcześniej i chodzenie tam traktowałem jako smutny obowiązek. Dość powiedzieć, że po jej skończeniu przez ponad rok w ogóle nie usiadłem do pianina. Oczywiście z perspektywy czasu potrafię docenić to, co stamtąd wyniosłem, a więc umiejętność gry na instrumencie oraz wykształcony słuch, ale przy bardziej otwartym podejściu nauczycieli mogło być tego znacznie więcej. Mój kolega uczący się grać na perkusji mógł chociaż przynosić na lekcje utwory spoza kanonu i grać je wspólnie z nauczycielem. Mnie uczyły osoby, które ściśle trzymały się podstawy programowej i nie pozwalały na taką dowolność.

Co skłoniło Cię, żeby jednak ponownie usiąść do pianina?

Dzisiaj nie pamiętam jakiegoś konkretnego momentu, ale kiedy to się już wydarzyło, to od razu zacząłem tworzyć własne kompozycje. W tamtym czasie ogromne wrażenie robiła na mnie muzyka Hansa Zimmera i byłem przekonany, że ja również w przyszłości będę tworzył ścieżki dźwiękowe do filmów oraz gier komputerowych. Wtedy jeszcze w ogóle nie myślałem o produkowaniu muzyki elektronicznej jako takiej, tylko siedziałem przy pianinie i nagrywałem jakieś improwizacje na telefon. Jednocześnie powoli „wsiąkałem” w świat nowej muzyki, ale w odróżnieniu od moich rówieśników z okolic nie słuchałem rapu, a wolałem puścić sobie produkcje Skrillexa czy Tiesto. Wszystko poznawałem na własną rękę, za pośrednictwem YouTube, gdzie zobaczyłem również jak ludzie grają elektronikę za pomocą jakiegoś dziwnego narzędzia. Był to pierwszy Novation Launchpad, którego od razu zapragnąłem mieć. Jakoś udało się namówić rodziców i mimo że nie miałem pojęcia jak to urządzenie działa, finalnie trafiło w moje ręce. Razem z nim dostałem Abletona, jednak kompletnie nie wiedziałem co z tym wszystkim zrobić. Starałem się wgryźć w ten program, ale kilka miesięcy później kuzyn pokazał mi FL Studio...

Nastąpiła szybka zmiana DAW-a?

Tak, FL Studio od razu przemówił do mnie dużo bardziej niż Ableton. Ponadto okazało się, że w FL-u można dużo prościej używać Launchpada niż w wersji Lite Abletona bez Drum Racka – mogłem tam mapować konkretne przyciski na perkusjonalia i sample. Nie zmienia to jednak faktu, że już po pół roku go sprzedałem, ponieważ zupełnie nie pasował mi jego workflow. Natomiast coraz lepiej poznawałem FL Studio, co traktowałem jako dobrą zabawę – zamiast włączać jakieś gierki, uruchamiałem program i rozgryzałem go po swojemu metodą prób i błędów.

Po tych doświadczeniach z Launchpadem pojawił się jeszcze jakiś hardware czy wystarczało Ci klikanie myszką?

Logiczne wydawało mi się połączenie tych dwóch światów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że klawiatura komputerowa również może funkcjonować jako MIDI, więc kupiłem Akai MPK Mini. Po tym zakupie zaczęło się nieco poważniejsze produkowanie. Choć nadal nie wiedziałem czym jest miks, to mimo wszystko numery z tamtego okresu miały ręce i nogi. Byłem wtedy bardzo kreatywny.

Zobacz także test wideo:
Audient iD4/iD14 - interfejsy audio
Audient iD4/iD14 - interfejsy audio
Z nowymi wersjami modeli iD4 oraz iD14 firma Audient zamierza mocno powalczyć o klienta z całą „budżetowo-interfejsową” konkurencją, z Focusrite Scarlett na czele. Trzeba powiedzieć, że nie jest w tej walce skazana na porażkę.

Równolegle cały czas grałeś na pianinie?

Tak, ciągle traktowałem tworzenie muzyki w FL Studio jak zabawę i byłem przekonany, że znacznie lepiej wychodzą mi powstające przy pianinie melodie „filmowe”. Wychodziłem z założenia, że nie każdy potrafi usiąść przy instrumencie i zagrać ładną kompozycję, dlatego nadal wyobrażałem sobie, że w przyszłości będę pracował przy filmie. Z drugiej strony chciałem skonfrontować moje produkcje z opinią innych, więc wymyśliłem ksywkę Vantic i założyłem konto na platformie SoundCloud. Umieszczałem tam numery z pogranicza house i EDM. Trwało to jakiś czas, aż zacząłem słuchać wave, czyli takiej smutnej i niezbyt skomplikowanej w tworzeniu muzyki, która swoją prostotą przemawiała do mnie, jak i do masy innych początkujących producentów. Moim faworytem z pewnością był SOKOS, który pojawił się niedawno w EiS, należący do wąskiej grupy wyjątków, których twórczości nie nazwałbym „niezbyt skomplikowaną”. Co więcej, okazało się, że aby robić nieźle brzmiący wave, wystarczy wykształcony słuch i minimalna wiedza o produkcji. Już jako Prometh wziąłem się za takie mocno emocjonalne numery i bardzo szybko zauważyłem, że ich wyświetlenia systematycznie rosną. Kiedy mój kawałek 4 AM pojawił się na jednym ze streamów na kanale the_accidental_poet, poczułem, że to kamień milowy. W tamtym momencie po raz pierwszy pomyślałem sobie, że jestem w stanie produkować dobre numery, których ludzie będą chcieli słuchać. I właśnie wtedy marzenie o udźwiękawianiu filmów i gier odchodziło powoli do lamusa.

Co było podstawowym budulcem tych pierwszych utworów?

Początkowo moim głównym narzędziem był Sylenth1. Traktowałem ten instrument podobnie jak FL Studio i w zasadzie każdą inną rzecz, po którą sięgałem, czyli jako nową zabawkę, którą trzeba rozgryźć. Czasem używałem presetów, ale głównie kręciłem knobami i starałem się usłyszeć różnicę w brzmieniu. Na pewno przełomowym momentem było pobranie Spectrasonics Omnisphere – dosłownie zakochałem się w tych 65 GB dźwięków i instrumentów. Nie używałem jednak ani sampli ani loopów, miałem wówczas bardzo rygorystyczne podejście i wszystko chciałem robić sam. Nawet jeśli wybierałem jakiś preset to musiałem go zmodyfikować, aby nie korzystać z gotowców. Dzisiaj trochę się to zmieniło, znacznie chętniej sięgam po gotowe presety, chociażby pianina elektrycznego czy gitary basowej, jednak ciągle kręcę i raczej nie sięgam po melodyjne loopy. Jednocześnie nie mam problemu, jeżeli ktoś tak robi, a utwór ma się czym obronić. Dziś oceniam pod tym względem już tylko siebie.

Przez Twoje ręce przeszło dużo wtyczek?

Sporo, jednak znaczna większość nie dorównywała narzędziom, które już miałem – mowa o wtykach imitujących instrumenty oraz syntezatorach. Jeżeli chodzi o wtyki efektów, to nieprzerwanie odkrywam nowe. Mogę powiedzieć, że od premiery numeru 4 AM zacząłem zajmować się muzyką na poważnie, bo przykładałem większą wagę do miksu oraz innych technicznych aspektów produkcji. Dokształcałem się również teoretycznie, oglądając mnóstwo filmików na YouTube czy streamów na Twitchu. Od tamtego momentu widać u mnie duży progres i wtedy też zauważyli mnie inni producenci, jak choćby NOCNY. Dzięki wsparciu od the_accidental_poet uzyskałem nawet małą rozpoznawalność na scenie wave. Ludzie zaczęli mówić, że mam specyficzne brzmienie, które odznacza się „płaczącymi” i rozjeżdżającymi się synthami oraz dużą ilością reverbu. To były mroczne i dość smutne utwory, ale u mnie zawsze było tak, że charakter muzyki, którą robiłem, zależał od tego, jak w danym momencie się czułem. W czasach szkolnych byłem raczej smutnym dzieciakiem i to słychać w tej wave’owej muzie.

Twoje późniejsze produkcje świadczyłyby o tym, że z czasem zrobiło się u Ciebie trochę weselej.

To prawda! Przede wszystkim wyprowadziłem się z domu do Wrocławia, a więc dużego miasta, gdzie poznałem ludzi interesujących się tymi samymi rzeczami co ja. Wcześniej nie znałem zbyt wielu osób zajmujących się muzyką, a na pewno nie osobiście. Rzeczywiście po przeprowadzce częściej bywałem uśmiechnięty i wtedy zaczęła się też pojawiać weselsza muzyka, bardziej w stylu house. Szukałem własnej formuły i gatunku, w którym mógłbym naprawdę zabłysnąć. Szybko zrozumiałem, że takie trapowo/wave’owe rzeczy nie mają w moim wypadku większej przyszłości i ich tworzenie nie przyniesie mi pieniędzy. A nie ukrywam, że myślałem również o tym, w jaki sposób moja pasja mogłaby przynosić mi zyski. Przez pewien czas próbowałem robić bity dla raperów, ale nie szło mi to zbyt dobrze, gdyż nigdy nie słuchałem rapu. Trzeba słuchać gatunku, w którym chce się zaistnieć, to podstawowa zasada, bo musisz wiedzieć jak dana muzyka działa. Szybko porzuciłem ten pomysł i koncentrowałem się na muzyce house, która wychodziła mi coraz lepiej. Kiedy wyprodukowałem kawałek Miosa, nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę ja zrobiłem taki numer. Chyba właśnie wtedy dotarło do mnie, że jeżeli będą pracował wystarczająco ciężko, to będę w stanie opanować każdy gatunek.

Na jakimś etapie pojawiło się granie na żywo?

Bardzo długo nie wiedziałem, jak to działa, nigdy nie miałem też żadnego kontrolera. Kiedy przyjechałem do Wrocławia, poznałem wielu producentów i muzyków, którzy grywali imprezy regularnie. SOKOS, czy Młody Dzban (wtedy jako T.T One) puszczali tam moje kawałki i to też był dla mnie jakiś przełom. Moje granie pojawiło się dość późno, ponieważ pierwszy raz zagrałem razem z ekipą Himalaya Collective, czyli chłopakami kojarzonymi przede wszystkim z eksperymentalnymi bitami i stylistyką lo-fi. Ja też bawiłem się w te brzmienia przez jakiś czas, ale zawsze kojarzyły mi się bardziej z zabawą niż planem na przyszłość. Odkąd zacząłem tworzyć własne rzeczy od razu myślałem o największych możliwych osiągach – zawsze chciałem zostać legendą pokroju co najmniej Tchamiego.

W zeszłym roku postawiłeś ważny krok na drodze do realizacji tego celu, bo wypuściłeś swoją pierwszą EP-kę mishmash.

To wydawnictwo jest podsumowaniem mojej dotychczasowej drogi. Kiedy zacząłem pracę nad tą EP-ką, to już wiedziałem, że niebawem pójdę bardziej w stronę formuły piosenkowej, więc chciałem stworzyć moją „producencką” wizytówkę. Nie miałem wielkich ambicji związanych z wypuszczeniem tego materiału, nawet jeszcze sam dołożyłem do niego, żeby zrobić fajną grafikę. Kiedy skończy się to całe zamieszanie związane z pandemią to zrobię imprezę, na której zagram te numery dla siebie i dla kolegów, którzy tego słuchają. W ten sposób zamknę pewien ważny dla mnie rozdział.

„Moje granie pojawiło się dość późno, ponieważ pierwszy raz zagrałem razem z ekipą Himalaya Collective, czyli chłopakami kojarzonymi z eksperymentalnymi bitami”

Z formułą piosenkową, o której wspominasz próbowałeś się już wcześniej, bo przecież wypuściłeś chociażby taki numer jak Gra w życie.

Słusznie, ten numer był takim testem, czy w ogóle ma to sens. Jeszcze w podstawówce często śpiewałem, jeździłem nawet na konkursy, ale po mutacji wydawało mi się, że już tego nie umiem. Dopiero Michał Anioł przekonał mnie, że warto spróbować do tego wrócić. Szczerze mówiąc, największy problem mam ciągle z tekstami, ponieważ nigdy nie zwracałem specjalnej uwagi na treść piosenki, a jedynie na melodię. Pewnie dlatego niespecjalnie trafiał do mnie polski rap, w którym wykonawcy stawiali przede wszystkim na treść i przekaz. Wydaje mi się, że w niesmutnej piosence słychać już pewien progres w tym zakresie, ale kosztowało mnie to sporo pracy. Wiem, że jeszcze dużo wysiłku przede mną, ale nie mam wyboru, bo zamierzam wydać cały album wypełniony piosenkami.

Zanim pomówimy o planach, wróćmy do EP-ki mishmash. W jaki sposób pracowałeś nad tymi numerami?

Zwykle zaczynam od perkusji, bo to absolutna podstawa groove’u. Jeśli będzie dobrze ułożona to jest to coś, do czego już można się bujać. Nigdy nie układam linii basowej jako pierwszej melodycznej rzeczy. Bywa, że włączam Akai MPK Mini i zwyczajnie sobie klikam, aż przez przypadek zagram jakąś fajną progresję. Wtedy ją nagrywam i jeśli mam już tę podstawę, to przechodzę do pracy nad basem. Czuję, że bas to mój instrument – linie basowe wychodzą mi chyba najlepiej. Najczęściej tworzę je za pomocą Spectrasonics Trilian, ale okazjonalnie korzystam też ze Scarbee Rickenbacker dla Kontakta. Czasem zdarzy się, że basem będzie sampel z jakiejś paczki – to dzieje się coraz rzadziej, ale bywa i tak.

Możesz zdradzić nam swoje autorskie patenty produkcyjne?

Zawsze bardzo lubiłem melodyczne plucki na portamento i glide’owane synthy. To „rozjeżdżanie” zawsze dodaje charakterystycznego klimatu kawałkowi. Oprócz tego ogromną wagę przywiązuję do doboru sampli perkusyjnych. Czasem wybieram kick przez 10 minut, hat przez 5 i clap przez kolejne 15, bo uważam, że dobranie ich do siebie jest ważniejsze niż to, jak się je potem zmiksuje. Zawsze też łączę je w grupę, na której aktywuję kompresor FabFilter Pro-C 2, żeby były jeszcze bardziej spójne, a często przyprawiam jeszcze saturatorem Elysia Karacter. A skoro już mowa o efektach, to moją zdecydowaną topką jest zestaw Valhalli: Room, Plate, Delay i UberMod. Lubię je głównie ze względu na przejrzystość interfejsu, ale brzmieniowo też niczego im nie brakuje. Oprócz tego często korzystam z RC-20 Retro Color – absolutny klasyk, wielozadaniowość, dobre brzmienie i piękny design. Cała reszta to już zależnie od konkretnego projektu i pomysłu na brzmienie.

Długo pracujesz nad poszczególnymi kawałkami?

Nie ma tutaj reguły, ale nie mam wątpliwości, że zdecydowanie najlepiej wychodzą numery stworzone pod wpływem impulsu. Najbardziej lubię sytuacje, kiedy już przy układaniu pierwszej melodii wiem jak będzie brzmiał cały numer. Wtedy całość można zamknąć w kilka godzin. Takie rzeczy się zdarzały i wiem, że zazwyczaj numery powstałe w ten sposób są potencjalnymi hitami. Jednakże, żeby coś takiego w ogóle miało miejsce, trzeba cały czas pracować, ponieważ nie wiadomo, kiedy taki impuls znowu przyjdzie. Nie można robić samych hitów i nie wszystkie piosenki to impulsy kreatywności. Niekiedy jest żmudnie i monotonnie, ale jeśli numer jest tego wart, wtedy na siłę go wykańczam, co w moim przypadku może trwać nawet tydzień. Bywa też, że pozostawiam obiecujące pomysły na czas nieokreślony, żeby wrócić do nich ze świeżą głową i weną.

Sam zajmujesz się miksem i masteringiem?

EP-kę mishmash miksowałem sam, a mastering zrobił kolega, który się na tym zna. Nie mam profesjonalnych monitorów studyjnych, więc uczyłem się miksu dogłębnie poznając posiadany przeze mnie sprzęt. Aktualnie pracuję na słuchawkach Sennheiser HD 200 Pro (których nie polecam do studia ze względu na brak presetu w Sonarworksie), a wcześniej były to Creative Fatality Gaming HS-800 i na nich zmiksowałem większość dorobku Prometha. Ten etap nie był też w jakiś szczególny sposób oddzielony od produkcji, bo wrzucając do kompozycji nowy element od razu dostosowuję jego głośność, nakładam na niego efekty i jakoś osadzam w całości. Nigdy nie uważałem się jednak za inżyniera studyjnego – jestem artystą.

„Bywa, że włączam Akai MPK Mini i zwyczajnie sobie klikam, aż przez przypadek zagram jakąś fajną progresję”

Nie sądzisz, że potrzebujesz nieco doposażyć się, jeżeli chodzi o odsłuchy?

Myślę o tym od dawna, ale jestem strasznym leniem. W życiu nie przepracowałem zbyt wiele czasu w żadnej „normalnej” robocie, więc nigdy nie było mnie stać na porządne monitory i interfejs. Teraz natomiast myślę, że nie jest to aż tak bardzo konieczne w tym, co robię. Skoro nie zamierzam zajmować się postprodukcją, to nie mam parcia, żeby kupować pomagający w tym sprzęt. Natomiast mam parcie, aby kupić rzeczy, które przyspieszą mi cały proces twórczy, czyli chociażby mikrofon. Mam już dość nagrywania wokali na telefon, bo jest to naprawdę uciążliwe.

Wcześniej mówiłeś o swoich ogromnych ambicjach, a teraz o lenistwie. Jak to pogodzić?

Tak, sam się pogrążyłem... Jestem leniwy w rzeczach, które mnie nie interesują – na dłuższą metę nie byłbym w stanie wysiedzieć 8 godzin w normalnej robocie (rekord to 6 miesięcy i już nigdy go nie pobiję). Dlatego też nie poszedłem na żadne studia, bo miałem dość nauki. Szkołę średnią skończyłem z dobrymi wynikami na profilu matematyczno-fizycznym, więc dostałbym się na politechnikę, ale nie chciałem tam iść. Jeżeli chodzi o samorozwój muzyczny i producencki to nadal spędzam dużo czasu przed YouTube, gdzie oglądam producenckie streamy oraz materiały przeznaczone dla twórców muzyki. Mocno w siebie wierzę i nie przykładam większej wagi do przyszłości. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem odpowiedzialny, bo nie myślę o tym jak będę sobie kiedyś radził, jeśli nie wyjdzie mi z muzyką. Nigdy nie miałem planu B i nie zamierzam go kreślić – nie potrzebuję wyjścia awaryjnego.

Dużo sobie obiecujesz po albumie z piosenkami, o którym wspominałeś.

Tak, to będzie coś, na co od zawsze czekałem i jeśli się nie uda, to będę naprawdę bardzo zawiedziony. Dlatego nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że ten album nie osiągnie tego, co wydaje mi się, że ma szansę osiągnąć. Do tej pory cały czas szukałem siebie i gdy wypuszczałem kolejne numery, niespecjalnie zabiegałem o atencję, ponieważ to nie było do końca „moje”. Od dawna wszyscy namawiali mnie, żebym zrobił pełnoprawny album, a ja mówiłem, że to jeszcze nie jest ten czas. Dopiero niedawno, bo jakieś pół roku temu doszedłem do momentu, w którym jestem w stanie stworzyć oryginalny podkład, napisać do niego dobry tekst i zaśpiewać go w ciekawy sposób. To jest ten etap, w którym czuję, że robię dobre rzeczy i mogę oficjalnie rozpocząć moją karierę. Fakt, że w wydanie tego projektu zaangażował się idealny dla mnie label, tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że to jest ten czas. Powstaje zupełnie nowa, ciekawa wytwórnia i mój album długogrający będzie pierwszym wydawnictwem w katalogu. Czekałem na moment podpisania wszystkich papierów, a teraz jestem szczęśliwy i biorę się do pracy.

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
luty 2021
Kup teraz
Close icon
Poczekaj, czy zapisałeś się na nasz newsletter?
Zapisując się na nasz newsletter możesz otrzymać GRATIS wybrane e-wydanie jednego z naszych magazynó
Copyright © AVT 2020 Sklep AVT