Więcej...

Pruski - Uśpiony ambient

20.11.2018  | Piotr Lenartowicz
Pruski - Uśpiony ambient fot. E. Aleksander / III urodziny Off Radia Kraków

Paweł Pruski to uznany producent oraz dziennikarz od lat współpracujący z naszym magazynem. Jego album "Bangers Must Die" wydany pod pseudonimem Minoo powinien znaleźć się w większości podsumowań najciekawszych "bitowych" krążków z tego roku, dlatego tym bardziej interesująca jest stylistyczna wolta jakiej dokonał przy okazji swojego drugiego, tegorocznego wydawnictwa. "Sleeping Places", na którym producent występuje pod nową ksywką Pruski, to materiał utrzymany w ambientowej stylistyce a więc klimacie, którego raczej nie spodziewalibyśmy się po pochodzącym z Krakowa artyście. Dlaczego zdecydował się na ten krok? Między innymi tego dowiecie się z naszej rozmowy.

Znudziły ci się bity?

Pruski: Nie, ale na pewno potrzebuję chwili oddechu. Jestem pewien, że jeszcze nieraz wydam coś jako Minoo. Po prostu muszę mieć dobry pomysł na bardziej "bitowy" materiał. Na razie staram się eksplorować nieco inne rejony muzyki.

Ale uważasz, że przyszedł teraz moment pewnego przesytu bitem?

Dla mnie chyba trochę tak. W ujęciu bardziej obiektywnym - to trudne pytanie. Coraz częściej łapię się na tym, że każdy z nas żyje w swojej własnej bańce informacyjnej. Moje intuicje niekoniecznie muszą reprezentować jakiś szerszy trend. Niemniej jednak, coraz częściej odczuwam przesyt otaczających mnie bodźców. Ilość informacji jakimi jesteśmy bombardowani oraz pęd w jakim żyjemy może przyprawić o zawrót głowy. W tym kontekście, odcięcie się i zanurzenie w spokojnych dźwiękach może być całkiem skutecznym antidotum.

To "zanurzenie się w spokojnych dźwiękach" okazało się strzałem w dziesiątkę, bo "Sleeping Places" zbiera zewsząd bardzo fajne recenzje.

Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy. Ciekawe jest to, że to nowe rozdanie przekonało wiele osób, które od zawsze kibicowały mi jako Minoo. Do tego doszli nowi słuchacze do których trafiła bliska im estetyka a nie moje epizody z przeszłości. Budujące jest również podejście do kupna albumu. Wielokrotnie zdarza się, że nabywany jest po cenie o wiele większej niż ta na jaką został wyceniony. To również sympatyczny kredyt zaufania. Oczywiście moje uczucia "po" niekoniecznie odpowiadają tym, które miałem "przed" wydaniem płyty. Premiera "Sleeping Places" wiązała się z szeregiem obaw związanych z pracą w obrębie nowej dla mnie estetyki.

Z czego dokładnie one wynikały?

Jeżeli chodzi o aranżacje i brzmienie, ambient to dla mnie zupełnie inna "zabawa". Koncepcyjnie wiązało się to ze sporą reorganizacją. Operowanie tak surową, abstrakcyjną, a zarazem subtelną formą wymaga innej niż dotychczas metodologii. Być może niektórzy mają łatwość wchodzenia w nowe stylistyki - ja zwyczajnie musiałem się tego nauczyć. W dużym uproszczeniu - była to mentalna przesiadka w stronę minimalizmu. Wcześniej moja praca polegała raczej na stopniowym obudowywaniu pierwotnej struktury, obecnie proces ten przebiega w drugim kierunku. Zaczynam od sporej bryły dźwięku, by stopniowo odrzucać kolejne elementy. Czasem udaje się wyrzeźbić coś ciekawego, czasem okazuje się, że po tym zabiegu zostaje całkowicie z niczym. Trzeba zacząć od nowa.

To przejście od bitów do ambientu wymagało od ciebie zmiany narzędzi do produkcji z których korzystałeś do tej pory?

W zasadzie mój setup sprzętowy radykalnie się nie zmienił, nadal wykorzystuje te same narzędzia, choć robię to w inny sposób. Cały czas używam Elektron Octatrack, Analog Four oraz Teenage Engineering OP-1. Sporo dzieje się też w komputerze, bo tam programuje różne rzeczy w Max MSP. Przy okazji "Sleeping Places" w zdecydowanie większym stopniu niż dotychczas korzystałem z wirtualnej taśmy w OP-1 oraz resamplingu opartego na tradycyjnych szpulowcach. Często wygenerowane brzmienia było dopiero początkiem. Później dźwięk trafiał na szpulę czy dyktafon, tam np. zwalniałem tempo, resamplowałem za pomocą mikrofonu itd. Na etapie miksu również starałem się pracować w maksymalnie kreatywny sposób. Mogłem sobie pozwolić na pełną swobodę - np. wycięcie kluczowego pasma, saturację pozostałości i stworzenie czegoś zupełnie nowego.

Korzystanie z OP-1 to taki twój znak rozpoznawczy.

Rzeczywiście, bardzo lubię to narzędzie. Moim zdaniem niezwykle ważnym elementem wykorzystania jest pomysł. Wyjście poza manual oraz prezentacje jakie znajdziemy na YouTube. Ugryzienie go po swojemu. Na "Bangers Must Die", czyli krążku poprzedzającym moje przejście do ambientu, OP-1 było bardzo słyszalne – wszystkie melodie zagrałem właśnie na nim. Obecnie mocno zacząłem eksploatować wirtualną taśmę i wbudowane sekwencery. Super, że mimo gigantycznego rozwoju technologii jest to praca zbliżona do tej jaką kiedyś wykonywano za pomocą nożyczek taśmy i prostych zabiegów edycyjnych. Najlepszym przykładem mogą być rzeczy jakie działy się  w ramach Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Co ciekawe taka forma przetwarzania dźwięku może być bardzo przystępna. Sporo zabawy może dostarczyć najprostszy, używany dyktafon za 40 złotych.

Przy okazji "Sleeping Places" w zdecydowanie większym stopniu niż dotychczas korzystałem z wirtualnej taśmy w OP-1 oraz resamplingu opartego na tradycyjnych szpulowcach.

To co było w tym przejściu do stylistyki ambientowej najtrudniejsze?

Chyba to, co określa się jako warsztatowy progres. Moim zdaniem nie jest wielką sztuką podpatrzenie kilku patentów, użycie losowych efektów, czy też wygenerowanie ściany dźwięku. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby korzystając z takiej metody osiągnąć zamierzony sukces. Moim zdaniem to krótkowzroczna strategia. Uważam, że jeśli traktujesz muzykę jako proces w jakim jesteś zanurzony, dobrze mieć w miarę rozsądną metodologię. Rozwijać się, inspirować, eksperymentować. Oczywiście nie gwarantuje to sukcesu, ale może sprawić, że sam proces będzie pasjonujący. Koniec końców, wydawanie muzyki jest tylko, krótkim, choć bardzo ważnym momentem - poza nim lwią część czasu spędzasz na pracy z dźwiękiem. Nie chodzi tutaj oczywiście o tonięcie w sprzęcie, ale raczej o małe proste rzeczy. Wbrew pozorom jest wiele dobrych wzorców, a co za tym idzie metodologii pracy. Możemy podglądać innych, studiować literaturę, czy też otoczyć się ludźmi, którzy będą nas napędzać i podciągać ku górze. Przewrotnie, często są to rzeczy, które pozostają jedynie w kuluarach i są niedostępne, czy zwyczajnie nieistotne dla słuchacza.

No właśnie, na ile takie założenia są możliwe do wychwycenia przez odbiorców?

W takich momentach zawsze przypomina mi się anegdota dotycząca Daft Punk. W jednym z utworów na "Random Access Memories", swoją historię opowiada Giorgio Moroder. Do chronologii jego opowieści dobrane zostały charakterystyczne dla tego czasu mikrofony. Na pytanie o to, czy słuchaczom robi to jakąś różnicę, padła odpowiedź w stylu "nie ważne - my o tym wiemy". Odpowiadając nieco bardziej serio - technikalia nie są moim zdaniem, tym co powinno zaprzątać głowę słuchacza. Publikuję materiał i od tego momentu, on żyje swoim życiem. Założenia, narzędzia, czy też oczekiwania zostają ze mną. Album albo trafia w czyjąś wrażliwość, albo go nudzi, może też irytuje. Żeby nie zostać źle zrozumiany - technikalia są super - ale pozostają w obszarze roboczym.

Jesteś też wiernym użytkownikiem narzędzi stworzonych przez firmę Elektron.

Octatrack to przede wszystkim genialne, niezwykle logiczne i przemyślane workflow. To trochę sprzętowy Ableton, który przewrotnie nie próbuje udawać Abletona. Szczególnie jeżeli chodzi o grę na żywo. Możesz improwizować, reagować na to, co dzieje się w twojej głowie lub na scenie. Posiada możliwość wrzucania losowości - za pomocą lfo lub tzw. conditional trigs. W klasycznych zespołach podczas koncertów niekiedy pomiędzy tym, co robią poszczególni członkowie zespołu pojawia się specyficzna chemia. Nakręcają się między sobą. Tutaj masz maszynę, która wbrew pozorom jest w stanie cię zaskakiwać i inspirować. Oczywiście nadal pozostaje tylko narzędziem, w tym przypadku wyglądającym jak kasa fiskalna, niemniej jednak jest to bardzo wdzięczna pomoc.

Wielu producentów narzeka jednak na trudności w jego obsłudze.

W przypadku wszystkich instrumentów Elektrona ważnym krokiem jest zapoznanie się z instrukcją obsługi. Jest ona bardzo "sucha", ale ułatwia życie. W praktyce do dyspozycji masz mały wyświetlacz, kilka pokręteł, fader i sekwencer. Jeśli zrozumiesz jak funkcjonują poszczególne struktury na jakich w Octatrack oparty jest projekt, jesteś jedną nogą w domu. Tak naprawdę dopiero wtedy zaczyna się "zabawa" - szukanie swoich patentów i wymyślanie własnych rozwiązań. To jest dla mnie najbardziej interesujące. Mam wśród znajomych przynajmniej kilku producentów korzystających z Octatracka i każdy z nas działa na nim w zupełnie różny sposób. Osobiście wiele czasu zajęło mi dopasowanie mojego pomysłu na live act do tego, co oferuje Octatrack. Wkomponowanie w urządzenie szkieletu na którym jestem w stanie "na żywo" dogrywać kolejne elementy. Nie lubię kiedy pomiędzy utworami pojawia się cisza, więc cała struktura musi uwzględniać swobodne przejścia pomiędzy tym, co mam ochotę w danym momencie zagrać. Do dyspozycji mamy wiele rozwiązań. Możemy skorzystać np. pickup machine, który funkcjonuje podobnie do klasycznego loopera gitarowego. Możesz na żywo nagrywać partie z OP-1, a następnie przetwarzać je za pomocą efektów i sekwencera. Oczywiście podobnie jak w przypadku Abletona - musisz zdecydować w którym momencie chcesz postawić granicę pomiędzy czymś zaaranżowanym, a improwizacją. Jeśli przesadzisz w którąś ze stron - ograniczysz się do odtwarzania lub podczas tzw. złego dnia możesz na scenie zostać z niczym. Uważam, że osoby przychodzące na koncert chciałyby usłyszeć coś czego wcześniej nie słyszały na płycie. Kiedy słyszę jak na koncercie, ktoś sekunda w sekundę piłuje utwory z płyty, czuję, że nie traktuje mnie serio.  

Octatrack to przede wszystkim genialne, niezwykle logiczne i przemyślane workflow. W przypadku wszystkich instrumentów Elektrona ważnym krokiem jest zapoznanie się z instrukcją obsługi - jest ona bardzo "sucha", ale ułatwia życie.

Materiał z ostatniego krążka wymagał od ciebie ponownego przemyślenia grania na żywo?

W przypadku wcześniejszych rzeczy miałem kawałki rozbite w śladach, składających się głównie z tzw. one shotów zagnieżdżonych w sekwencerze. Był jakiś aranż i zabawa polegała na tym by w ciekawy i spontaniczny sposób  zaprezentować ten pomysł na żywo. Miałem możliwość nielinearnego grania i dokonywania szybkich modyfikacji. W przypadku "Sleeping Places" powyższe elementy pozostały, ale struktura przedstawia się nieco inaczej. W ruch poszło trochę rozwiązań opartych na samogeneratywności, czyli wspomnianej losowości. W praktyce oznacza to, np. że "snujący się" pad cały czas podskórnie się zmienia. Część zmian wprowadzam na żywo, część podąża za lfo, czy wspomnianą generatywnością. Dla mnie pociągające jest to, że jest to model, który ciągle doskonalę. Do tej pory miałem okazję zagrać  "Sleeping Places" w 10 miejscach i za każdym razem wracałem z nowymi pomysłami. Mam nadzieję, że ta przygoda jest ciekawa również dla publiczności. Bez wazeliniarstwa - to dla mnie kluczowy element. Gdybym miał zamknąć się w załadowanej sprzętem piwnicy i nie wychylać stamtąd nosa - umarłbym z nudów. Od od zawsze w moje myślenie wpisana jest dzielenie się tym, co robię z innymi. Mogą to być wydawnictwa, koncerty, czy też spotkanie się w kilka osób i wspólny jam. Nie tworzę niczego dla potomności, pompowania ego, czy udowadniania czegokolwiek. Lubię to robić, więc robię. Banalna motywacja.

Ostatnio grałeś jakimś evencie, gdzie zgromadzona publiczność mogła pójść… spać.

Tak! Było to w Kolonii Artystów. Wpadliśmy na pomysł, żeby po tym jak skończy się live act przejść w dronowy podcast. Chętni mogli się położyć i w towarzystwie tych dźwięków spać do 6 rano. Ogólnie, gdy tylko jest to możliwe - staram się wplatać w granie jakieś dodatkowe elementy. Inną atrakcją trasy była wizualizacja oparta na filmie "Bulit to Last". Jest to eksperymentalny dokument, prezentujący nieistniejącą już architekturę. W oryginalnej wersji miałem przyjemność stworzenia muzyki do fragmentu poświęconemu Polsce. W rewanżu reżyserka pozwoliła mi korzystać z filmu jako wizualizacji na koncertach. Korelacja tego motywu z "Sleeping Places" była dość oczywista.

fot. E. Aleksander / III urodziny Off Radia Kraków

Poza swoją autorską działalnością muzyczną zajmujesz się również recenzowaniem aplikacji oraz programów do tworzenia muzyki w ramach cyklu "Mobilny producent" na łamach EiS. Tytułowa mobilność rzeczywiście jest dla ciebie aż tak istotna?

Bardzo. Zgadzam się, że fajnie jest mieć rozbudowany setup składający się z synthów, studyjnych mikserów i innych dobrodziejstw. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jeśli nie dysponujesz super logistyką i bazujesz na sile własnego kręgosłupa -  wtedy rzeczona mobilność zaczyna odgrywać ważną rolę. Moją ostateczną instancją jest myśl - czy jestem w stanie spakować się lecąc samolotem? Wspomniane dylematy są jedną z inspiracji podczas wyszukiwania ciekawych materiałów do wspomnianego cyklu. Jest XXI wiek i warto korzystać z dobrodziejstw związanych z mobilnością. Dla przykładu - bez większych wyrzeczeń jesteś w stanie nagrać album na swoim iPhonie. Instalujesz program DAW, syntezatory, samplery, jeśli potrzebujesz podłączasz mikrofon i możesz tworzyć muzykę. Oczywiście nie chodzi o to żeby na siłę porzucać wszystko i iść w tę stronę. Istotne jest to, że istnieje cały wachlarz możliwości. Najlepsi producenci nie wstydzą się tego, że korzystają z syntezatorów na iPadzie. Osobiście często odpalam Mooga Model 15 i tworzę rzeczy, które później znajdują miejsce w moich produkcjach.

Mówisz, że najlepsi producenci korzystają z tych aplikacji ale nadal istnieją grupy, które silnie kontestują środowisko cyfrowe.

To prawda, ale to również  kwestia tego na ile muzykujemy (na ile konfrontujemy się z problemami pojawiającymi się podczas grania na żywo, tworzenia i wydawania), a na ile traktujemy dany instrument jedynie jako obiekt. To są dwie zupełnie inne perspektywy. Najczęściej taki opór stawiają osoby, które po prostu zbierają syntezatory, bawią się nimi, ale nie są producentami. Czy to źle? Bynajmniej. Każdy ma prawo do samodzielnego wyboru narzędzi oraz tego co z nimi robi. Trzeba również zauważyć, że z niektórymi markami związane są silne grupy nerdowych ultra fanów. Przykładem może być wspomniany Elektron. Często czytając na forum posty łapię się za głowę. Warto jednak zauważyć, że dla wspomnianych marek to niezwykle cenni ludzie. Generują bardzo ważny, a zarazem darmowy feedback. Jeśli dana firma potrafi słuchać - korzysta. Dla mnie cyfrowo/analogowa dychotomia jest nieistotna. Niekiedy lubię popracować z analogowym sprzętem, niekiedy zaś doceniam komfort towarzyszący cyfrze.

Bez większych wyrzeczeń jesteś w stanie nagrać album na swoim iPhonie. Instalujesz program DAW, syntezatory, samplery, jeśli potrzebujesz podłączasz mikrofon i możesz tworzyć muzykę.

Po jakie jeszcze cyfrowe rozwiązania sięgasz?

Poza programem DAW jest to głównie Max for Live. A więc gigantyczna baza świetnych rozwiązań oraz możliwość tworzenia własnych. Programowania obiektowe nie jest jakoś specjalnie złożone i jeśli tylko wykażesz się odrobiną cierpliwości oraz zaangażowania - moim zdaniem Max for Live stoi otworem. Dla mnie bardzo ważne są efekty służące do przetwarzania sygnału audio. Niekiedy z zupełnie topornego i nieciekawego źródła dźwięku przepuszczonego przez ciekawy łańcuch efektów można wygenerować coś wartego uwagi. Nie wiem na ile jest to popularne podejście. Mój środek ciężkości osadzony jest właśnie po tej stronie.

Jesteś na bieżąco jeżeli chodzi o nowe sprzęty, więc jest może coś na co szczególnie się "czaisz"?

Chciałbym szpulowca firmy Nagra. To takie moje chcenie z przymrużeniem oka a tak serio to nie mam jakiś wielkich potrzeb sprzętowych. Pojawia się wiele nowych fajnych rzeczy. Niemniej jednak, po opadnięciu entuzjazmu zawsze zadaję sobie pytanie, co dana rzecz miałaby wnieść do moich produkcji. W większości przypadków przełożenie jest dość małe, co wynika głównie z tego, że w dość przemyślany sposób od lat nabywam kolejne instrumenty. Czy mnie kusi? Oczywiście, ale staram się nad tym panować. Żeby nie być gołosłowny - niedawno pisałem o OP-Z i uważam że jest bardzo ciekawy sprzęt. Niestety pomimo wielkiej sympatii - nie przeszedł powyższego testu.

A syntezator modularny?

Przyznam szczerze, że na razie brak mi jakiegoś globalnego pomysłu na modulary. Wszystkie moje funkcje bardziej "wyszukane" jestem w stanie zrobić w MAX MSP. Mam niewielki system ale pełni on bardziej rolę efektów audio niż eksploruje świat modulacji CV. Być może w przyszłości się to zmieni, na razie w większej skali byłoby to odtworzenie pomysłów z wspomnianego Maxa. Jeśli zacznę dostrzegać większe korzyści  - czemu nie.