Więcej...

Gibbs - Cały czas robię swoje

08.12.2019 
Gibbs - Cały czas robię swoje fot. Wojciech Ochocki

Gibbs znany ze współpracy z takimi raperami jak Kali czy Sarius to twórca, który mimo dość niewielkiego stażu na scenie zdobył już imponującą liczbę wyróżnień w postaci złotych oraz platynowych płyt. Opowiedział nam o swojej, niekiedy krętej drodze, która doprowadziła go do tego miejsca. Z naszej rozmowy dowiecie się w jaki sposób pracuje jeden z najbardziej rozchwytywanych bitmejkerów w Polsce.

Bardzo wcześnie zacząłeś się kształcić muzycznie, prawda?

Gibbs: Rzeczywiście, już w przedszkolu jedna z pań zwróciła uwagę moim rodzicom, że mam dobry słuch, więc najpierw trafiłem na zajęcia umuzykalniające w lokalnym domu kultury, a później miałem prywatne lekcje gry na keyboardzie. Wybór instrumentu wynikał przede wszystkim z faktu, że mój ojciec grał na klawiszach w kilku zespołach, a także na weselach. Po kilku latach nauki gry na instrumencie nauczyciel powiedział, że powinienem pójść do szkoły muzycznej. Tak też się stało, ale niestety nie było już miejsc w klasie fortepianu, więc zacząłem uczyć się gry na gitarze. Szło mi w miarę dobrze – gdzieś po drodze pojawiła się fascynacja gitarą elektryczną i pierwsze zespoły, z którymi występowałem w różnych lokalach w Częstochowie. W pewnym momencie miałem nawet ambicje, żeby dostać się do Instytutu Jazzu na Akademii Muzycznej w Katowicach, jednak wizyta na dniu otwartym tej uczelni skutecznie „wyleczyła” mnie z tego pomysłu.

Dlaczego?

Usłyszałem, że mam potencjał, ale to jeszcze na pewno nie ten moment. Z perspektywy czasu cieszę się, że tam pojechałem i zrezygnowałem z tego pomysłu, bo być może do dzisiaj bezskutecznie próbowałbym się dostać na tą uczelnię.

Ale wtedy czułeś jakby Twój świat się „zawalił”?

Właśnie nie. Chwilę wcześniej ściągnąłem z internetu demo FL Studio i zobaczyłem, że w zasadzie wszystko jest do zrobienia na komputerze. To było dla mnie coś niesamowitego. Dodatkowo w okolicach 2010 roku kolega pożyczył mi płytę Tylko dla dorosłych, którą nagrał O.S.T.R. i nie mogłem uwierzyć, jak to zostało zrobione. Słuchałem wtedy przede wszystkim rocka oraz metalu, więc zupełnie nie wiedziałem o co chodzi z samplingiem. To wszystko zbiegło się w czasie z coraz większym znużeniem grą na gitarze, a na dodatek pojawiły się problemy w szkole i w efekcie porzuciłem dalszą edukacje muzyczną.

Wyobrażam sobie, że w domu nie było łatwo.

Mój ojciec nie mógł uwierzyć, jak mogłem porzucić marzenia o Akademii Muzycznej na rzecz hip-hopu, którego – mówiąc eufemistycznie – nie był entuzjastą. Ciągle powtarzał mi, że nie będę miał z tego żadnych pieniędzy i pewnie wydawało mu się, że skończę pod blokiem puszczając kolegom bity. Teraz kiedy widzi, że za moją pracę otrzymuje złote oraz platynowe płyty to wszystko jest ok, ale początki były naprawdę ciężkie. Jednocześnie zawsze rozumiałem jego podejście – rodzice chcieli dla mnie jak najlepiej.

Jeszcze 10 lat temu mało kto mógł przypuszczać, że hip-hop stanie się najpopularniejszym gatunkiem muzycznym na świecie, więc rzeczywiście trudno się dziwić rezerwie Twoich rodziców.

W 2011 albo 2012 usłyszałem jak Sir Mich w jednym wywiadzie opowiadał o tym jak to jest być producentem hip-hopowym w Polsce. Powiedział wtedy, że jeżeli ktoś sobie wyobraża, że z tego zajęcia można wyżyć to niech od razu wybije to sobie z głowy. Wtedy powiedziałem sobie, że w takim razie będę tym pierwszym, któremu się uda. Ten upór nie pozwolił mi zrezygnować i od tamtego momentu cały czas robię swoje. Po drodze było sporo zawiłości, a przez moje ręce przeszło sporo instrumentów, ale może tak właśnie miało być? Dziś nie mam problemu, żeby zagrać coś na klawiszach czy gitarze i finalnie sądzę, że jest mi łatwiej produkować muzykę.

Wielu hip-hopowych producentów nie ma tego komfortu...

Faktycznie, większość bitmejkerów ma co prawda jakiś klawisz na biurku, ale grają na nim jednym palcem a melodie i tak programują myszką na piano roll. Poznałem jednak przynajmniej kilku twórców bez wykształcenia, potrafiących stworzyć bity, których jakość była dla mnie wręcz szokująca. Teoria pomaga, ale na pewno nie jest niezbędna.

Kiedy „odrabiałeś” lekcje z rapu, to od strony muzycznej te kawałki robiły na Tobie wrażenie?

Kilku producentów od razu zwróciło moją uwagę, ale w większości przypadków nie były to jakieś wybitne rzeczy. Artyści tacy jak wspomniany O.S.T.R., Magiera czy Matheo, który wtedy współpracował z Donguralesko i stworzył moim zdaniem jeden z lepszych bitów w historii polskiego rapu, czyli podkład do kawałka EL Polako, byli dla mnie wyznacznikiem jakości. Marzyłem, żeby kiedyś choć trochę zbliżyć się do tego poziomu.

Twoje pierwsze produkcje opierały się na samplingu?

Dokładnie, chodziłem po antykwariatach i szukałem płyt winylowych. Później w poszukiwaniu najciekawszych dźwięków przez kilka dni dokładnie ich słuchałem – nie sądziłem, że sampling jest aż tak czasochłonny. Również z tego powodu od jakichś trzech lat już nie sampluję. Dziś podchodzę do tego bardziej kompozycyjnie – wymyślam melodie i po prostu je gram. Dzięki temu działam szybciej i sprawniej, ale ciągle uważam, że najbardziej „klimatyczne” bity oparte są na samplach.

 

Dlaczego nie próbowałeś dogrywać żywych instrumentów? Wydawałoby się, że w Twoim przypadku to coś naturalnego.

Po tym jak mnie wyrzucono ze szkoły to na jakiś czas „obraziłem się” na gitarę. Wszystko robiłem tylko na komputerze i zupełnie nie myślałem o tym, aby urozmaicać moje produkcje żywymi instrumentami. Dopiero cztery lata później pojawił się pomysł, żeby dograć jakieś partie gitary. Dziś odrobinę żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej, bo przecież moje umiejętności gry na gitarze nie zmieniły się od jakichś 7 lat...

Nigdy nie ciągnęło Cię do sprzętu?

Mój setup od kilku lat jest niezmienny – laptop, Akai MPK 49 oraz monitory odsłuchowe Fostex. Niczego więcej nie potrzebuję.

Hardware, ale też nagrywanie żywych instrumentów wymaga inwestycji.

Owszem, wcześniej takich możliwości nie miałem. Zaczynałem od programu FL Studio 8, który nieustannie się zacinał. Miałem laptopa firmy NTT, która chyba do dzisiaj jest nikomu nieznana. Robienie na nim czegokolwiek to była tragedia. Ale i tak cieszyło mnie to, że mam swój komputer. Jeden z bitów, który na nim powstał pojawił się później na płycie Sentymentalnie, którą stworzyłem wspólnie z Kalim. To pokazuje, że chodzi przede wszystkim o pomysł oraz wyobraźnię. Dwa albumy, które osiągnęły status platynowej płyty nagrałem na karcie dźwiękowej M-Audio za 700 złotych. Wiem, że dobry sprzęt to podstawa, ale niejednokrotnie przekonałem się, że na średnim sprzęcie też można zrobić super rzeczy.

Współpraca z Kalim to był ważny moment.

To prawda. Zanim nawiązaliśmy współpracę wysyłałem demo do najważniejszych wytwórni hip-hopowych w kraju, ale nikt mi nie odpisał. Z dzisiejszej perspektywy nie dziwię się temu, ale wtedy czułem się podłamany. Teraz wiem, jak to działa w labelach – tam nie ma nikogo kto zajmuje się odsłuchiwaniem tych setek demówek. Kilka miesięcy później kolega namówił mnie żebym wysłał paczkę bitów do Kaliego. Po kilku dniach dostałem odpowiedź, że musi jeszcze wszystkiego posłuchać, ale za jakiś czas się odezwie. Byłem zachwycony już samym faktem, że dostałem jakąkolwiek odpowiedź, a kiedy po kilku dniach zadzwonił, byłem w ciężkim szoku. Powiedział, że jeżeli chodzi o brzmienie to jest sporo do poprawy, ale harmonie i same pomysły na numery są naprawdę fajne. Wszystko potoczyło się w ten sposób, że pół roku później przyjechałem do niego i zaczęła się cała moja historia z jego kolektywem Ganja Mafia. Na ostatnią maturę jechałem już spakowany, bo po niej ruszałem prosto do Zabrza, gdzie Kali tworzył właśnie swoje domowe studio. Mieszkałem u niego przez pięć miesięcy i wtedy powstawał album Sentymentalnie.

To było dla Ciebie pierwsze zetknięcie z takim profesjonalnym studiem nagrań?

Nigdy wcześniej nie byłem w żadnym studiu. A tutaj okazało się, że mam być również realizatorem i rejestrować wokale Kaliego. Kiedy po raz pierwszy włączyłem Pro Toolsa to nie wiedziałem co się dzieje. W studiu był nowiutki Mac Pro, a ja przyjechałem z komputerem stacjonarnym pod pachą, bo mój beznadziejny laptop niedługo wcześniej ostatecznie padł. Możliwość obcowania z mikrofonami Neumann U 87, interfejsem MOTU Traveler Mk3, czy przekozackim preampem Avalon VT-737SP była dla mnie spełnieniem małolackich marzeń, a jednocześnie totalnym zderzeniem różnych światów. W pewnym momencie nie dawałem już rady ogarniać wszystkiego naraz i Kali pół płyty zarejestrował sam. Biegał między kabiną, a realizatorką i wszystko kontrolował. Był to dla mnie spory przeskok, ale finalnie jakoś się przystosowałem.

Produkcje, które trafiły na Wasz wspólny album powstały w tym studiu?

Większość instrumentali miałem gotowych jeszcze zanim przystąpiliśmy do wspólnej pracy. Na miejscu powstały dwa albo trzy numery, ale i tak najwięcej pracy było przy aranżach. Kali, jako bardziej doświadczony, wspierał mnie w tym aspekcie. Ponieważ główna warstwa muzyczna była gotowa wcześniej, to w samych bitach nie było znaczących zmian.

Wraz z pojawianiem się kolejnych wersji FL Studio od razu „przesiadałeś się” na nowe odsłony tego programu?

Nie, zostałem przy pierwszej z jaką miałem kontakt, a po dwóch latach pracowałem już na Abletonie. Do dziś jednak uważam, że różnice pomiędzy poszczególnymi DAW są drugorzędne. Jeżeli masz pomysł i umiejętności to nawet na Audacity mógłbyś zrobić wszystko. Chodzi tylko o człowieka, a dyskusje o tym, który program jest najlepszy, są dla mnie zabawne.

"Nie chciałbym też, żeby przylgnęła do mnie łatka „producenta z gitarą”. Od zawsze chciałem być twórcą, który będzie potrafił się odnaleźć w każdym klimacie" (fot. Wojciech Ochocki)

Używasz dużej liczby zewnętrznych pluginów?

Bardzo ważną wtyczką był dla mnie Kontakt 5. Kiedy usłyszałem jak tam brzmią instrumenty, to aż złapałem się za głowę. Podobne wrażenie zrobił na mnie Spectrasonics Omnisphere. Mimo tego, że ma naprawdę dużą bazę świetnych brzmień, to przeważnie nie używam gotowego presetu tylko nakładam kilka efektów, żeby finalna barwa była choć trochę „moja”. Do tego dochodzi Guitar Rig 5, który bardzo pomaga w kreowaniu brzmienia nagranej gitary. Gdy odkryłem tę wtyczkę, nie miałem problemu, żeby sprzedać mój ulubiony wzmacniacz Peavey Classic 50.

Mogło się wydawać, że po płycie z Kalim wypłyniesz na szerokie wody, a tymczasem...

To fakt, spodziewałem się, że zapytań o współpracę będzie więcej. Dopiero po jakimś roku zaczęły otwierać się nowe furtki. 2014 rok, kiedy wyszedł nasz album, to był moment, w którym zaczęły się pojawiać „niuskulowe” płyty. My stworzyliśmy raczej ciężką i oldskulową produkcję, która dość znacznie różniła się od tego co wówczas wychodziło.

Opłacało się jednak chwilę poczekać, bo w 2017 roku byłeś producentem, który wydał najwięcej singli.

Miałem wtedy ciężką sytuację finansową, więc siedziałem całe dnie przed komputerem i bez przerwy „tłukłem” bity. Dzięki intensywnej pracy udało mi się wyjść z opresji i dzisiaj jestem z tego dumny. Na dodatek to był okres, kiedy jako 20-latek wynająłem z kumplem dom z basenem, który byłby trudny do utrzymania nawet dla kogoś lepiej sytuowanego. Ale to temat na inną opowieść...

Momentem przełomowym był album Antihype nagrany wspólnie z Sariusem, dla którego również był to punkt zwrotny.

Bardzo zależało mi na tym, aby Sarius osiągnął sukces, bo wiedziałem, że jest bardzo dobry technicznie oraz lirycznie, a jedyne czego mu brakuje, to ten „pierwiastek hitu”. Podczas pracy nad Antihype Mariusz zamieszkał u mnie na jakiś czas, co pozwoliło nam świetnie rozumieć się na płaszczyźnie muzycznej. Chwilę wcześniej wypuściliśmy EP-kę Czasem, która była bardzo różnorodna i na jej podstawie trudno byłoby przewidzieć, co wydarzy się później. Ostatecznie „pogodziłem się” z gitarą i wtedy też zaczął się krystalizować mój styl. Dlatego na Antihype dominują brzmienia gitary i jest sporo śpiewanych refrenów.

Tworząc albumy z Kalim i Sariusem spędzaliście ze sobą sporo czasu – taka formuła współpracy jest dla Ciebie najlepsza?

Kiedy pracujesz z kimś „oko w oko” to potrafisz o wiele lepiej zrozumieć tę drugą osobę. Może przez internet jest to możliwe, aczkolwiek ja jestem fanem bezpośredniej współpracy, najlepiej we własnym studiu. Z doświadczenia wiem, że wtedy wychodzą najlepsze rzeczy.

Liczba produkcji, które wydajesz mogła by świadczyć o tym, że pracujesz szybko.

Kiedy już mam pomysł, to tak, ale, niestety, nie przychodzą one do mnie codziennie. Uważam jednak, że i tak co rano powinienem siadać do kompa i po prostu pracować, bo niekiedy wena przychodzi podczas zwykłego dłubania w Abletonie. Mój kolega PSR traktuje robienie bitów prawie jak pracę na etacie – każdego dnia siada do komputera na 8 godzin dziennie i dzięki temu pod koniec roku ma 300 bitów do sprzedania. Dla mnie jednak jest to niemożliwy tryb, gdyż ja po stworzeniu jednego podkładu jestem na tyle zmęczony, że muszę odejść od komputera.

Od czego zaczynasz pracę nad utworem?

Są dwie drogi – albo od harmonii, albo od melodii, która jest chyba dla mnie najważniejsza. Jak mam jedno z dwóch, to reszta rzeczy idzie już bardzo prosto. Najczęściej zaczynam od pianina, nawet jeśli później ono nie pojawi się w numerze. Na klawiszach najłatwiej jest mi lewą ręką grać harmonię, zaś prawą melodie. Wtedy mogę od razu nakreślić dwie rzeczy naraz.

5 ulubionych wtyczek Gibbsa

1.

NI Kontakt 5 Komplete

Moje ulubione "żywe" instrumenty. Skrzypce, pianina, praktycznie cała orkiestra – wszystko w jednym miejscu i w świetnej jakości.

2.

NI Guitar Rig 5

Zamiennik dawnego pieca i wszystkich efektów gitarowych. Nawet po podłączeniu najgorszej gitary można z tego dużo fajnego wyciągnąć. Świetnie współpracuje z moim Fenderem Stratocasterem

3.

NI Massive

Najrzadziej używam z całej tej listy, ale jeśli chodzi o "nieoczywiste" brzmienia, potrafi nieźle zaskoczyć. Polecam szczególnie do muzyki stricte elektronicznej.

4.

Spectrasonics Omnisphere 2

Tutaj zawsze szukam dźwięków, które mogłyby poprowadzić główną melodię. Niektóre presety naprawdę potrafią zaskoczyć i w jednej chwili zmienić moją koncepcje na numer. Najbardziej podoba mi się dodatek Keyscape, który ma świetne rhodesy.

5.

Lennar Digital Sylenth 1

Ulubiony syntezator. Ten, kto na nim pracował, wie jakie ma możliwości. Gdy szukam mocnych synthowych basów to tylko w nim.

Dla wielu osób Twoim znakiem firmowym jest gitara.

Zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie kojarzą mnie z produkcjami opartymi na brzmieniach gitary, ale nie wiem, czy możemy mówić o „znaku firmowym”. Dzisiaj rzeczywiście jest moda na takie bity i jeśli przyłożyłem do tego choćby jeden palec to świetnie. Podobne klimaty pojawiały się za Oceanem już kilka lat temu, jak chociażby na świetnym albumie Yelawolfa Love Story z 2015 roku. Nie chciałbym też, żeby przylgnęła do mnie łatka „producenta z gitarą”. Od zawsze chciałem być twórcą, który będzie potrafił się odnaleźć w każdym klimacie.

Na pewno obserwujesz to, co dzieje się na rapowej scenie producenckiej, gdzie poza gitarami ostatnio dyskutowanymi tematami są paczki pętli oraz tzw. „type beats”.

Jeżeli ktoś tworzy numery z gotowych melodii, to musi mieć bardzo mało swoich pomysłów. Ludziom to jakoś nie przeszkadza, bo albo nie mają świadomości, albo po prostu wystarczy im, że numer „bangla”. Wtedy wszyscy są zadowoleni. Po tylu latach nauki zwyczajnie czułbym się źle z samym sobą, gdybym nie potrafił wymyślić „hitowej” melodii. A jeżeli chodzi o „type beats” to dużo osób, które nagrywa w moim studiu robi to właśnie na takich produkcjach, przede wszystkim dlatego, że jest do nich najłatwiejszy dostęp. Choć najczęściej tworzą je mało znani producenci, to niekiedy trafiają się takie „kosy”, że wypada tylko przyklasnąć. Wszędzie można trafić na perełki.

 

Poza produkcją zajmujesz się również realizacją nagrań w prowadzonym przez siebie studiu.

Trzy lata temu otworzyłem z moimi serdecznymi kumplami Dope House Studio w Zabrzu i nagrywamy tam sporo płyt. Sarius zarejestrował u nas swoje dwie ostatnie płyty, Kartky już trzecią, od początku istnienia nagrywa u nas też Kacper HTA oraz ekipa FONOS. Dopiero teraz stajemy na nogi, bo początki nie były kolorowe. Spędzam tam większość czasu. Na miejscu stworzyłem bazę produkcyjną, więc kiedy nie chce mi się siedzieć w domu to jadę do studia. Różnica jest taka, że w domu mam średniej jakości monitory odsłuchowe Fostex PX5 i małą klawiaturę M-Audio, zaś w studiu są porządne monitory APS Aeon, moje Akai MPK 49 oraz dobry interfejs Focusrite Scarlett 18i20. No i najważniejsze – mam tam święty spokój.

(fot. Wojciech Ochocki)

Artykuł pochodzi z numeru:
Nowe wydanie Estrada i Studio
Estrada i Studio
listopad 2019
Kup teraz